To ci historia

WYMIANA KOSZULEK - Wojciech Kuczok

Moja świętej pamięci mama w sędziwym wieku motywowała się do życia zadaniowo: wyznaczała sobie cele, których głupio byłoby nie dożyć. Tak po prawdzie zawsze chodziło o katolickie ceremonie: chrzciny lub komunię, a jako że doczekała się pokaźnej gromady wnucząt i prawnucząt, dożyła prawie dziewięćdziesiątki. W końcu wykorzystała przerwę w nieustającej sztafecie sakramentów, bo akurat najmłodsze szczenię zostało ochrzczone i nie było żadnego nowego w drodze, więc zawinęła się z tego świata w spokoju ducha. Dodam, że za tę kościelną obrzędowość odpowiadało moje bogobojne rodzeństwo, ja tam żyję bezbożnie, dziecka moje na szczęście takoż, więc innych muszę szukać motywacji.

Teraz już wiem, że co najmniej do lata 2026 muszę dbać o siebie, żeby na własne oczy zobaczyć coś, czego w historii polski futbol jeszcze nie doświadczył. Będziemy mieli pięć klubów w europejskich rozgrywkach! Zaprawdę, głupio byłoby tego nie dożyć. Jasne, puryści mogą się zżymać, że przecież miewaliśmy kiedyś dodatkowych reprezentantów w efemerycznym Intertoto, zwanym nie bez powodu Pucharem Lata, a nawet odnosiliśmy w nim niejakie sukcesy (Ruch Chorzów dotarł do finału w 1998), ale poważni kronikarze te rozgrywki traktują jako sparingowe lub zupełnie ignorują.

Uściślijmy: latem'26 dwa nasze kluby wystartują w eliminacjach Ligi Mistrzów. O to grały w czwartek Legia i Jagiellonia, oprócz oczywistych profitów z awansu do 1/4 finału Ligi Konferencji. Teraz już mogą sobie na luzie spożyć deser w postaci dwumeczów z Chelsea i Betisem, które na tym etapie na pewno nie wystawią już rezerw, ani też nie wyjdą na mecz rozkojarzone. Każdy punkt zdobyty w którymkolwiek z czterech spotkań ćwierćfinałowych będzie graniczył z cudem, na szczęście nasi pucharowicze już niczego zdobywać nie muszą. Wykonali w tym sezonie perfekcyjną robotę, przepchnęli ekstraklasę do top 15 w rankingu UEFA, za co należy się Adrianowi Siemieńcowi, Goncalo Feio i ich podopiecznym wszelka cześć i chwała.

Czwartkowy wieczór 13.03.2025 zapisał się złotą czcionką w annałach nadwiślańskiej piłki - dwie nasze drużyny przeszły swoich rywali i zameldowały się w ćwierćfinale europejskiego pucharu. Jaga uczyniła to co prawda w bardzo kiepskim stylu, uprawiając survival-football na boisku drużyny, która rozpaczliwie broni się przed spadkiem z ligi belgijskiej. Legia z bardzo przeciętnym Molde rozegrała przyzwoite 165 minut, ale tak pokpiła sprawę w pierwszych 45, że jej awans do końca wisiał na włosku. Ale cóż tam niesmak, co tam styl -dopięli swego, wspięliśmy się wyżej niż kiedykolwiek, ekstraklasa przynajmniej na jakiś czas przestanie być traktowana jak źródło pośmiewisk.

Kiedyśmy ostatnio mieli dwie ekipy w europejskich ćwierćfinałach? Jeszcze mnie nie było na świecie ani nawet w planach, matka dopiero zastanawiała się, czy narwany chorzowski malarz jest dobrą partią na drugie małżeństwo. Oglądali na czarno-białym telewizorze, jak partia pod przywództwem Edwarda Gierka postanowiła odbudować z wojennej ruiny Zamek Królewski w Warszawie. Oscara za całokształt otrzymała gwiazda kina niemego Lilian Gish, radio podbijał nowy singiel Johna Lennona pod tajemniczym tytułem „Imagine”, na Bliskim Wschodzie powstało nowe państwo: Zjednoczone Emiraty Arabskie. W reprezentacji Brazylii jeszcze grał Pele.

To było 54 lata temu. Alojzy Piontek odnaleziony po tym jak przetrwał tydzień bez wody i pożywienia w zawalonym korytarzu kopalni Rokitnica w pierwszych słowach do ratowników zapytał jak grał Górnik. Chodziło o rewanż z Manchesterem City, niestety przegrany, podobnie jak trzeci mecz (dogrywek ani karnych wtedy jeszcze nie stosowano). Legia też radziła sobie całkiem nieźle, odpadła z Atletico Madryt pomimo remisowego bilansu dwumeczu (bramki wyjazdowe liczyły się wtedy podwójnie). W Legii prym wiedli Deyna i Gadocha, w Górniku seryjnie trafiał Lubański, trenerem kadry od niedawna był Kazimierz Górski -zaczynała się złota era polskiego futbolu. Historio, skoro lubisz się powtarzać, zrób to i teraz.