To bez znaczenia!

Wygrana z Cracovią nie pozwoliła jeszcze stołecznej ekipie uciec ze strefy spadkowej. Marka Papszuna ów fakt jednak... nie martwi.

Marek Papszun lada kolejka może wyciągnąć zza pleców znaczący argument, czyli Jeana-Pierre'a Nsame. Fot. Michał Kość / Press Focus

LEGIA WARSZAWA

Kiedy w grudniu 2021 Aleksandar Vuković przejmował stołeczny zespół po Marku Gołębiewskim (wcześniej pracował z nim Czesław Michniewicz), Legia plasowała się w strefie spadkowej. Po 24 kolejce – a więc w tym momencie sezonu, w którym jesteśmy obecnie – była już jednak dwunasta w tabeli, z przewagą czterech „oczek” nad kreską oznaczającą degradację.

Markowi Papszunowi na razie podobnego „skoku” w ligowej hierarchii zrobić się nie udało. Do szesnastej – czyli spadkowej – pozycja swej drużyny trener Wojskowych nie przywiązuje jednak wielkiej wagi! W tej chwili wyjście ze strefy spadkowej nie ma aż tak dużego znaczenia. Ważna jest liczba punktów i kto punktuje. Zespołów w walce o utrzymanie jest bardzo dużo, na tę chwilę pewnie pół ligi jest zagrożone spadkiem – mówił opiekun Legii na przedmeczowym briefingu prasowym. I szukał pozytywów w postawie swej ekipy.

Jestem zadowolony, że zagraliśmy ostatnio na „na zero z tyłu”. To pierwsza taka sytuacja, do tej pory mieliśmy z tym problem szkoleniowiec podkreślał wagę skromnego 1:0 z Cracovią. Na występ bez straconego gola ekipa z Łazienkowskiej rzeczywiście czekała bardzo długo: poprzedni zdarzył się jej pod koniec października, w domowym meczu z Lechem. Jeśli nie tracisz bramki, to masz przynajmniej remis, a to z kolei przybliża cię do zwycięstwa. Zawsze stworzymy jakieś sytuacje i coś strzelimy – dodawał Papszun.

Wygraną z Pasami dał jego drużynie Mileta Rajović, ale nawet ten gol nie zatrzymał fali krytyki, jaka spada od wielu miesięcy na Duńczyka. Zresztą mecz zaczął na ławce, a na murawie pojawił się wyłącznie z powodu urazu Antonio Colaka. Tego ostatniego na pewno nie zobaczymy w Radomiu. Po raz kolejny szkoleniowiec przypomniał jednak, że w pełni sił jest Jean-Pierre Nsame. W siedem letnich tygodni Kameruńczyk w ekstraklasie i w eliminacjach Ligi Konferencji zdobył sześć goli, z miejsca stając się ulubieńcem trybun. A potem... zerwał Achillesa, a włodarzom stołecznego klubu – mimo dwóch dyrektorów sportowych w gabinetach i wydanych milionów – nie udało się znaleźć jego następcy...

(DaL)

Materiał premium

Dalsza część jest dostępna dla subskrybentów

Odblokuj pełne wydanie i korzystaj bez ograniczeń. Czytaj ekskluzywne wywiady, analizy i felietony sportowe. Słuchaj podcastów oraz oglądaj materiały wideo.

Zobacz pakiety i odblokuj wydanie

Dostęp od 12,50 zł • BLIK / karta • Anulujesz online, kiedy chcesz

Masz już dostęp? Zaloguj się