Teorie spiskowe

POWRÓT DO KORZENI – felieton Michała Listkiewicza

Czy znajdzie się ktoś wśród licznego grona zwolenników wywiezienia Jana Urbana na taczkach, kto zdobędzie się na zwykłe „przepraszam”? „Sorry Seems To Be The Hardest Word” śpiewał wzruszająco Elton John, jeden z moich ulubionych piosenkarzy doby współczesnej. Pośród wielu bzdur, które niosą stada chmur (to z kolei fragment piosenki Krystyny Prońko, też przeze mnie ulubionej) zdarzały się i te sugerujące niecne działanie Roberta Lewandowskiego, na dodatek w uzgodnieniu z selekcjonerem. Chodzi o dwie żółte kartki eliminujące go z występu w Zenicy w poniedziałek.

Teorie spiskowe są stare jak świat, ta wymieniona powyżej nie jest ani pierwsza. ani ostatnia. Pocieszni są ci mianujący się dziennikarzami młodzi ludzie bez potrzebnego w tym zawodzie wykształcenia, którzy przypisują sobie moce nadprzyrodzone. „Demolujemy PZPN, ujawniamy kompromitujący film, pokazujemy tajemnice alkowy gwiazdy futbolu” - tego typu pudelkowatych i gońcowatych mediów teraz ci u nas dostatek. Filmu nikt nie widział, PZPN jak stał tak stoi, małżeństwo idola ma się dobrze? Trudno, skoro fakty się nie zgadzają, tym gorzej dla faktów. Nie takiego dziennikarstwa mnie onegdaj uczono, także w „Sporcie”. Lech Drapiński, Janusz Jeleń, Czesław Ludwiczek, Grzegorz Stański, Adam Barteczko i wielu innych profesorów dziennikarstwa nauczyło mnie rzetelności, która jest ważniejsza od talentu.

Jan Urban nie jest jeszcze Kazimierzem Górskim, ale dla podtrzymania go na duchu zacytuję mu tytuł z polskiej gazety po przegranym przez reprezentację Polski sparringu z Polonią Bytom: „Bytomianie na Igrzyska Olimpijskie, reprezentanci na urlopy”. Oczywiście nikt poważny tym się nie przejął, na turniej pojechała armada Górskiego i zdobyła złoty medal.

Insynuowanie Robertowi Lewandowskiemu celowego złapania kartek w celu szybszego powrotu do Chicago przypomniało mi zdarzenie sprzed wielu lat. Sędziowałem jakiś mecz ligowy, jeden z zawodników od początku nagabywał mnie, bym pokazał mu żółtą kartkę. Wiedziałem, że za tydzień czekał go mecz z outsiderem, a następnie dużo ważniejszy z liderem w obecności zagranicznych menadżerów. Absencja w tym pierwszym meczu byłaby pożądana, w drugim fatalna. Gość faulował co chwila, ale byłem tego dnia wyjątkowo tolerancyjny i tylko groziłem mu palcem. Mecz zbliżał się do końca, a on ciągle bez kartki. „Ty kaloszu - wypalił zdesperowany. „Za mało!” - odparłem rozbawiony. „Ty głupi, ślepy kaloszu!” - dołożył i już nie miałem wyboru, żółtko! Po meczu w tunelu nawtykał mi, używając słów z męskim organem płciowym na „ch” i czynnością prokreacyjną na „j”. Dostał za to kartkę czerwoną i nie grał w trzech meczach. Przesolona zupa nie nadaje się do jedzenia.

Komuś bardzo zależy na zrobieniu pod górkę Jerzemu Brzęczkowi, więc puszcza w eter plotki o zastąpieniu Jana Urbana właśnie opiekunem polskiej młodzieżówki. Wiem, że obaj panowie bardzo się szanują, a nawet przyjaźnią. Nie z nami te numery Brunnerowie z niepoważnych portali piłkarsko-plotkarskich. Nie zmienia to faktu, że zwolnienie Jerzego Brzęczka przez Zbigniewa Bońka uważałem, uważam i będę zawsze uważał za wielki błąd i niesprawiedliwość. W kolportowanych od tamtego czasu plotkach i ploteczkach znów przewija się Robert Lewandowski, który rzekomo miał naciskać na prezesa PZPN, by ten zwolnił selekcjonera.

Jak było naprawdę? Może dowiemy się tego od niezastąpionego Cezarego Kucharskiego, byłego menadżera, a teraz śmiertelnego wroga „Lewego”. On jest zawsze w pierwszym szeregu, jeśli chodzi o portfel, sypialnię i barek Lewandowskich. Przypomina starą babę z magla, co „jedna pani drugiej pani powiedziała”.

Też mógłbym snuć fantastyczne teorie, że drugim dnem w zwolnieniu Jerzego Brzęczka było zrobienie miejsca dla Paolo Sousy i zapewnienie sowitej premii jego włoskiemu menadżerowi. Kto mógł przypuszczać, że cwany Portugalczyk zostawi nas na lodzie przy pierwszej okazji? Coś tam wtedy usłyszałem i natychmiast wyrzuciłem z pamięci na zasadzie „jednym uchem wleciało, drugim wyleciało”. Dopiero teraz sobie ową plotkę przypomniałem po lekturze moich ulubionych tekściarzy portalowych przekonujących, że Brzęczek był słabym selekcjonerem. Daj nam Boże takich kiepskich trenerów, którzy awansują do finałów EURO...

Dyskutowanie o wyższości polskiej siatkówki nad piłką nożną przypomina słynne dywagacje profesora mniemanologii stosowanej Jana Tadeusza Stanisławskiego o wyższości świąt Bożego Narodzenia nad świętami Wielkanocnymi (lub odwrotnie). Na oba święta czekamy z jednakową radością przecież. Kilku polskich siatkarzy świetnie gra w futbol, kilku piłkarzy w siatkówkę, wszyscy w siatkonogę. Marzą mi się sukcesy Polaków we wszystkich grach zespołowych, jak przed laty. Nie przeciwstawiajmy jednych dyscyplin innym. Jedna jest biało-czerwona drużyna i nikt mnie nie przekona, że jest inaczej.

Niecne działanie Roberta Lewandowskiego, jakoby rozmyślnie faulującego na żółtą kartkę, by nie zagrać w Zenicy, to bzdurna teoria spiskowa... Fot. Paweł Andrachiewicz/ PressFocus

Materiał premium

Dalsza część jest dostępna dla subskrybentów

Odblokuj pełne wydanie i korzystaj bez ograniczeń. Czytaj ekskluzywne wywiady, analizy i felietony sportowe. Słuchaj podcastów oraz oglądaj materiały wideo.

Zobacz pakiety i odblokuj wydanie

Dostęp od 12,50 zł • BLIK / karta • Anulujesz online, kiedy chcesz

Masz już dostęp? Zaloguj się