Telerecording
REMANENT – cotygodniowy felieton Jerzego Chromika
Jan Ciszewski to miał dobrze. Gdy na czarno-białym ekranie odbiornika telewizyjnego, choćby takim jak Ametyst 102, niewiele było widać, to spokojnie czekał na powtórkę. I tak ją, w przybliżeniu, zapowiadał:
– Za chwilę obejrzą państwo tę sytuację raz jeszcze z płyty telerecordingu.
Wszystko było niby na zwolnionych obrotach taśmy, ale czy klarowne? Przyjmijmy na potrzeby tego felietonu, że tak!
Na zawsze pozostanie ze mną zdanie wypowiedziane przez Jerzego Pilcha, który zapytany o śledzenie finałów MŚ w 2006, odpowiedział, że nie widział li tylko drugiej połowy spotkania Kostaryki z... Ekwadorem i do tej pory nie może spojrzeć w lustro...
A propos lustra. Dawno temu Zbyszek Zamachowski za podszeptem Magdy Umer wydał zbiór pierwszych prób poetyckich, w którym znalazła się taka króciutka:
Lustro?
Codzienne golenie zmartwień
Urzekło mnie to i myślę o tym, ilekroć biorę maszynkę do ręki. A zmartwień z wiekiem nie ubywa, a wręcz jest ich coraz więcej. Na razie będzie o troskach kibica – telewidza – emeryta.
Niby wreszcie jesteś już panem swego czasu (z wyjątkiem oczywiście wtorkowego pisania o sporcie dla „Sportu”), a i tak wszystkich meczów od A do Ż nie zobaczysz. No bo jak?
Niby są powtórki z nocy po nocy, ale jak odpalasz (jak mawiają dużo młodsi ode mnie) i chcesz obejrzeć choćby frapująco zapowiadający się mecz Demokratycznej Republiki Konga z nieustraszonym Uzbekistanem, to owszem, możesz podjąć taką próbę nawet bez udziału komentatorów, ale jesteś, kibicu, skazany na przewijanie od bramki do bramki bez tzw. combo. Combo, jak uczył mnie swego czasu Darek Szpakowski, to jest to, co widać w lewym, rzadziej prawym rogu ekranu z aktualnym wynikiem meczu i minutą. Ważny stały element gry, bo dzięki combo każdy komentator, gdy nie ma nic do powiedzenia, może nam przypomnieć, jaki mamy czas na zegarze. To teraz się prawie nie zdarza, bo wszyscy oni mają do powiedzenia aż za dużo. A mimo wszystko o czasie przypominają nam co najmniej raz na kwadrans.
To taka dygresja, ale nie o tym miało być, bo tematem przewodnim tego odcinka i wątkiem, do którego wracam, jest powtórka telewizyjna, dobrze nam znana także od czasów Jana Ciszewskiego. Tu dwie historyjki. Jedna prawdziwa. Była kłótnia, jakich w każdym domu mamy trochę, ale ta wypadła akurat podczas jakiegoś mundialu. Nadal nie lubię tego słowa, bo nasze legendarne wyniki reprezentacji to był przecież Weltmeisterschaft 1974, a nie żaden mundial. Wracajmy do małżeństwa X. On nagrał sobie mecz, bo wypadał akurat na jego szychcie, wrócił do domu zmęczony i wprawdzie dostał rosół, ale nieco przesolony. Od słowa do słowa i padło zdanie:
– Tylko mi spróbuj powiedzieć, jaki był wynik meczu nagranego przeze mnie na VHS, to cię...
Nie zdążył dokończyć, gdy ona zamknęła mu usta jednym stwierdzeniem:
– Nie będę wredna tak jak ty i nic ci nie powiem, ale i tak żadnego gola nie zobaczysz!
Tę opowiastkę powtarzałem przyjaciołom długo, aż ta nagle przeniosła się do realu, czyli mego życia zawodowego.
Legia grała przy Łazienkowskiej w europejskich pucharach. Nieważne z kim. Byłem na stadionie i siedziałem jak na rozżarzonych węglach z zatkanymi uszami, bacząc, by nikt z tranzystorem nie zdradził mi wyniku rozgrywanego prawie równolegle meczu drugiej polskiej drużyny. W miejskim autobusie też przypominałem dziwaka z uszami zasłoniętymi dłońmi, ale się udało. Prawie. Do domu miałem nie więcej niż 300 metrów, gdy na ekranie komórki pojawił się On – Andrzej Strejlau. Z przyzwyczajenia odebrałem i zacząłem od ostrzeżenia złotoustego trenera:
– Tylko nie podawaj mi wyniku!
A on ze zrozumieniem:
– No nie podam, właśnie zaczęła się dogrywka!
Dogrywka, ach ta dogrywka...
Wreszcie są, a z nimi nawet frapujące karne, bo zaczęła się faza pucharowa. W niedzielę wieczorem był tylko jeden mecz! Kanada – RPA. Dzięki temu miałem trochę więcej czasu na pisanie dla Was.
Jeśli niepotrzebnie, to... z dołu przepraszam!
Sprzęt z tamtej epoki. Najlepszy z możliwych, ale też nie zawsze i nie każdemu gwarantował obejrzenie meczu nagranego nocą lub pod nieobecność. Fot. JCH
