Teksas i Kalifornia na fali
Pięćdziesiąte zwycięstwo Spurs i szósta z rzędu wygrana Lakers.
Ostrogi z San Antonio mają „okrągłe" powody do zadowolenia. Fot. San Antonio Spurs
Ostatniej nocy były dwa ciekawe mecze między drużynami z Teksasu i Kalifornii. Clippers w Intuit Dome w Inglewood podejmowali Spurs. Wynik do ostatnich sekund pozostawał niewiadomą. Oba zespoły grały seriami. Gospodarze wygrali pierwszą kwartę, mając nawet 14 punktów przewagi. Natomiast goście wysoko wygrali drugą ćwiartkę, ale potem omal nie roztrwonili 24 „oczek” prowadzenia, doprowadzając do nerwowej końcówki. – Oni uderzyli nas mocno w pierwszej kwarcie. Czasami, gdy gra się nie klei, trzeba pokazać trochę charakteru, zagrać agresywniej i to właśnie zrobiliśmy – zaznaczył po meczu Victor Wembanyama ze zwycięskiej drużyny.
Stephon Castle wyrasta na kolejną gwiazdę – w poniedziałek 21-latek był najskuteczniejszym zawodnikiem San Antonio, zanotował 23 pkt, 8 asyst i 7 zbiórek. – Widziałem w nim wielkie przywództwo i dawanie świetnego przykładu, dokładnie tak, jak to ma w zwyczaju. Wykonał zadanie, pokazał zadziorność – dodawał Wembanyama, który zdobył 21 pkt i zanotował 13 zbiórek. Ten duet poprowadził Ostrogi do pierwszego sezonu z 50 zwycięstwami od rozgrywek 2016/17. – Świetnie się bawimy. Wszyscy osiągamy nowe szczyty, zarówno indywidualnie, jak i jako zespół. Przebywanie na boisku to czysta przyjemność – podkreślał Francuz. San Antonio wygrało 18 z ostatnich 20 meczów i z bilansem 50-18 jest wiceliderem Konferencji Zachodniej.
Tymczasem w Houston Rakiety podejmowały Lakers. Te drużyny walczą o rozstawienie i trzecie miejsce na Zachodzie. Prowadzenie zmieniało się aż 13 razy, ale ostatecznie zespół z LA odniósł szóste zwycięstwo z rzędu.
LeBron James odnalazł podaniem Marcusa Smarta, który rzutem za trzy punkty z narożnika dał gościom prowadzenie 94:90 na dwie minuty przed końcem. James zakończył mecz z 18 pkt, 5 zbiórkami i 5 asystami. Na finiszu goście zanotowali serię 10:0, a Rakiety w finałowej odsłonie popełniły aż dziewięć strat, zdobywając zaledwie 12 pkt. Kevin Durant wziął winę na siebie. – Czułem po prostu, że to ja przegrałem nam dzisiaj ten mecz – powiedział gwiazdor, który w drugiej połowie zdobył tylko dwa punkty i popełnił siedem strat. – To proste. Oczywiście mogliśmy trafić więcej „trójek”, ale biorę to na siebie. Szczerze mówiąc, jestem motorem tej ofensywy, więc rywale użyją wszystkich zasobów, bym nie czuł się komfortowo – dodał lider Rockets.
Głównym architektem sukcesu Lakers był Luka Doncić. Słoweniec zdobył 36 pkt, miał 6 zbiórek, 4 asysty i 2 przechwyty. – Zatrzymaliśmy ich na 92 punktach, co w przypadku tej drużyny jest naprawdę niesamowite. Wykonaliśmy świetną robotę w obronie – cieszył się Doncić.
Lakers pozostali w Houston, bo w środę oba zespoły spotkają się ponownie.
Atlanta - Orlando 124:112, Washington - Golden State 117:125, Brooklyn - Portland 95:114, Boston - Phoenix 120:112, Chicago - Memphis 132:107, New Orleans - Dallas 129:111, Houston - LA Lakers 92:100, LA Clippers - San Antonio 115:119
(pp)
