Tarcza
LIGOWIEC - Paweł Czado
Lech w Warszawie odniósł spektakularny triumf. My, jako medium obiektywne, nie napiszemy, że "Legia przegrała". Napiszemy, że "Lech wygrał". Bo w tym wypadku to Lech ewidentnie jest podmiotem, a Legia - dopełnieniem. "Mało Lecha w Lechu, jest nie do poznania" - niby narzekali niektórzy w przerwie. Po ostatnim gwizdku okazało się jednak, że... jest do Poznania. Z tarczą.
Goście byli w tym meczu skuteczni, cyniczni (wobec tych, którzy początkowo wierzyli, że są zmęczeni i niedysponowani), a przede wszystkim – pragmatyczni. To, co zrobił obrońca tytułu na Łazienkowskiej – mogło się podobać. Miały być wielkie grzmoty i... były. A że nie takich spodziewała się Łazienkowska – to już – jakby powiedział Kipling – zupełnie inna historia.
Goście przyjeżdżali do Warszawy opromienieni niezwykłą passą: w ostatnich dwudziestu meczach przegrali tylko raz – w Zabrzu. Z kolei Legia w tym sezonie nie uległa ani razu, więc oprócz prestiżu oczywistym było, że mierzą się zespoły z czuba tabeli. Pamiętne są mecze, w których długo wydaje się, że wygra jedna drużyna, a na końcu okazuje się, że to ta druga święci triumf. Nie będzie dla Legii pocieszeniem, że jej gra w tym meczu mogła się podobać, ponieważ to był mecz z gatunku tych, gdzie to jest całkowicie nieważne... Wrażenia artystyczne są nieistotne.
Wygrali jedni, przegrali drudzy, ale w obu zespołach znajduję zwycięzców. U gospodarzy bardzo podobał mi się nastoletni Mateusz Szczepaniak. Odważny, gibki, szybko myślący, dużo umiejący. Przyszłość przed nim, im więcej takich piłkarzy – tym lepiej. Presja chłopaka nie przygniotła. Brawo!
Goście wygrali 2:1, więc w ich przypadku wymienię dwójkę – na wielkie słowa uznania zasłużyli bramkarz Mateusz Lis i napastnik Patrick Wålemark. O pierwszym mówiło się, że nigdy Lechowi jeszcze nie wygrał meczu, no to... właśnie był ten. Parada w ostatnich sekundach, która zapobiegła wyrównaniu, była doprawdy fantastyczna! Z kolei Wålemark momentami jeździł po boisku na rowerku niczym Messi, ugć-ugć-ugć. Widać było, że chce i że umie, a jego wejście w obronę Legii, po której padła pierwsza bramka dla Lechitów, to majstersztyk. Tylko ten bezokolicznik nadaje się w tym miejscu do użycia – imponujące!
Siła Lecha polega na tym, że zaimponować może tam właściwie piłkarz na każdej pozycji, a jeśli nie on, to... jego kolega. Trener Nils Frederiksen rzeczywiście stworzył potwora, z którego wyskakują kolejne diabełki, jak z pudełeczka.
Wszyscy patrzyli na Pablo Rodrígueza, który dał przecież taki koncert w ostatnim meczu w Kielcach (dwa gole, trzy asysty). Czy to powtórzył? Nie. Tym razem wyskoczył za to Hondurasanin Luis Palma, który nie strzelił gola od sierpnia, gdy trafił z Widzewem, a dziś – po dłuższej, ale i najwłaściwszej chwili.
Jan Urban oglądał ten mecz w towarzystwie Dariusza Mioduskiego, większościowego właściciela Legii. Czy może być zadowolony jako selekcjoner? Choć wszystkie gole zdobyli obcokrajowcy – z pewnością. Nie twierdzę, że kilku piłkarzy zgłosiło akces do kadry, ale z pewnością dało sygnał, że warto im dalej się przyglądać.
Powtórzmy więc: derby środkowej Polski dla Poznaniaków.
