Taktyka strefowa Legii Warszawa

WYMIANA KOSZULEK, cotygodniowy felieton Wojciecha Kuczoka

Legia nadal stosuje taktykę strefową – wiernie trzyma się strefy spadkowej. Dopiero pod koniec meczu w Białymstoku Legioniści popsuli sobie uroczą statystykę, po godzinie gry mieli bowiem dwa zdobyte gole przy zerowym dorobku celnych strzałów. Mając zawodników wypoczętych i wybieganych, Warszawianie z każdym kwadransem gry mieli większą przewagę nad Jagiellonią, wyczerpaną bojem we Florencji, ale przy braku klasowego napastnika nic by z tej przewagi nie wycisnęli bez pomocy szczęścia i nieporadności obrońców rywala. Melepeta Rajović znowu popisowo skiksował i na trzecim metrze oddał strzał prawą nogą w… swoją lewą nogę, jego koledzy w napadzie też nie grzeszyli precyzją, więc Legia wydarła kolejny remis siłą woli. To jest jednak jakaś sztuka - tu bym upatrywał efektu nowej miotły, bo Raków Papszuna nie był ekipą błyskotliwych techników, tylko wybieganych walczaków. Nowy trener Legii przywrócił graczy o takich właśnie parametrach, którzy jesienią w Warszawie byli kozłami ofiarnymi – to właśnie toporni, ale szybcy i wściekli Chodyna z Kunem byli ojcami remisu z liderem tabeli. Trudno ten remis nazwać zwycięskim, bo Legia dość szybko opanowała sytuację i w drugiej połowie była bliższa zwycięstwa od Jagi, poza tym wciąż nie wygrzebała się spod kreski. Dwa najbogatsze obecnie polskie kluby na kwartał przed zakończeniem sezonu wciąż się bardziej zbliżają do 1. ligi niźli do spokojnego finiszu, co z obiektywnej perspektywy jest zabawne i nadzwyczaj ubarwia rozgrywki. Przy czym Legia z meczu na mecz sprawia lepsze wrażenie i jednak tylko wyjątkowo niefortunny splot okoliczności mógłby ją spuścić o klasę niżej; z Widzewem jest inaczej – drużyna za pierdyliard złotych nie jest nawet zlepkiem indywidualności, bo nic się tam nie lepi, nie klei ani kupy nie trzyma. Gra tragicznie, perspektyw na zmianę nie widać, a lud domaga się głowy trzeciego trenera w tym sezonie. W Warszawie operacja utrzymanie rozpoczęła się jednak z początkiem przerwy zimowej, w Łodzi dopiero teraz zauważono, że zamiast dokupować co tydzień piłkarza na lukratywnych warunkach warto byłoby jednak pomyśleć też o zmianie sztabu szkoleniowego. Nie wierzę w to, by mimo wszystko pewnie zmierzający po mistrzostwo Polski Adrian Siemieniec dał się skusić do Łodzi, ktoś tam w Widzewie chyba zachorował na trumpizm i uznał, że wszystko sprowadza się wyłącznie do ilości zer w ofercie kontraktowej. Widzew opłaca najemników i ściąga ich w trybie awaryjnym. Jeśli tegoroczny sezon miałby mieć jakiś morał, jakąś sensowną puentę, to właśnie Widzew powinien polecieć z ekstraklasy, aby malowniczo i spektakularnie zilustrować starą piłkarską prawdę o tym, że pieniądze nie grają. Siemieniec stworzył w Jagiellonii model klubu skrajnie przeciwny do tego, co się próbuje zbudować w Łodzi. Jagiellonia wciąż wyłuskuje ze swojej szkółki młode perełki z wielkim potencjałem i cierpliwie je wprowadza do składu. Potencjał się skinetyzował ostatnio w dziewiętnastoletnim Bartoszu Mazurku, bo strzelić hat trick we Florencji w europejskich pucharach to jednak nie przelewki, to jest wejście smoka na rynek transferowy (szczęśliwie tuż po jego zamknięciu, więc Jaga może być spokojna, że przynajmniej do końca sezonu nikt jej tej perełki nie zabierze). Kibice jeszcze nie zdążyli osuszyć łez po odejściu Oskara Pietuszewskiego do FC Porto (skądinąd Polak poczyna tam sobie na skrzydle odważnie i bezczelnie, czyli tak, jak oczekiwano od gracza kupionego za 11 milionów euro, właśnie strzelił najszybszego gola w historii klubu, trafiając do siatki w trzynastej sekundzie), a już mają nowego idola wyjętego przez trenera Siemieńca z białostockiej szkółki piłkarskiej. Mazurek zagrał we Florencji mecz życia, szarpał, strzelał i był blisko kolejnych goli, wydaje się zresztą, że nie mając na ławce sensownych zmienników, trener mógł temu młodzianowi pozwolić pozostać na boisku, bo Polak nie był jakoś skrajnie wyczerpany i wciąż absorbował obrońców. W pierwszej połowie Mazurek tak namieszał zarówno na boisku, jak i w głowach sztabu szkoleniowego, że trener Violi w przerwie zmienił nawet… bramkarza. Między słupkami stanął niegdyś wybitny golkiper Atletico i Manchesteru United, David de Gea, który już po kilku minutach musiał wyjmować piłkę z siatki, a pod koniec dogrywki wpuścił jeszcze, a raczej sam sobie wbił „farfocla” Jesusa Imaza. Niestety już w minutę po zejściu Mazurka w drugiej części dogrywki Jaga zaczęła tracić gole, dzięki czemu już „może skupić się wyłącznie na lidze” (do niedawna to były słowa wypowiadane przez polskich trenerów z rozkoszną ulgą). A w związku z tym że jej najgroźniejsi rywale, Lech i Raków, mają przed sobą jeszcze co najmniej po dwumeczu z ciężkimi przeciwnikami w Europie, to białostockie „pszczółki” są na pole position w wyścigu o odzyskanie tytułu mistrzowskiego.

Materiał premium

Dalsza część jest dostępna dla subskrybentów

Odblokuj pełne wydanie i korzystaj bez ograniczeń. Czytaj ekskluzywne wywiady, analizy i felietony sportowe. Słuchaj podcastów oraz oglądaj materiały wideo.

Zobacz pakiety i odblokuj wydanie

Dostęp od 12,50 zł • BLIK / karta • Anulujesz online, kiedy chcesz

Masz już dostęp? Zaloguj się