Tak blisko remisu...
Raków postawił się Fiorentinie, ale przegrał pierwsze spotkanie w doliczonym czasie.
Piłkarze Rakowa byli wściekli i rozczarowani po ostatnim gwizdku we Florencji. Fot. Grzegorz Misiak / Press Focus
Częstochowianie w stolicy Toskanii zaprezentowali dwa oblicza. Bojaźliwe i pełne błędów w pierwszej połowie oraz odważne, momentami przebojowe w drugiej. Kilku zawodników z pewnością trafiło do notesów włoskich menadżerów, a sprawa awansu przed rewanżem w Sosnowcu wydaje się otwarta.
Włoskie inspiracje
Italia kojarzy się przeważnie z piękną pogodą, ale akurat jak na złość w dniu meczu w Częstochowie było cieplej i słoneczniej niż w deszczowej Florencji! To niewątpliwie urokliwe miasto jest rajem dla miłośników architektury renesansowej oraz potężnych kościołów z tego okresu. Katedra Santa Maria del Fiore jest czwartym co do wielkości kościołem na świecie. Florencja żyje swoim tempem, nikomu specjalnie się tu nie spieszy. Korzystając z komunikacji miejskiej, warto wziąć na poprawkę, że godziny odjazdu na rozkładzie niekoniecznie pokrywają się z rzeczywistością, a i trasa tej samej linii w jedną stronę nie musi oznaczać identycznego powrotu. Jednak zwiedzanie miasta, w którym prawdopodobnie ostatni raz Juliusz Słowacki spotkał się ze swoim przyjacielem Zygmuntem Krasińskim, nie było głównym celem naszej wyprawy. Dwaj wielcy wieszcze polskiego romantyzmu zdecydowanie częściej komunikowali się za pomocą listów. Łukasz Tomczyk nie zamierzał raczej takowych wysyłać do Paolo Vanoliego, ale przed meczem nie szczędził Włochom komplementów: – Serie A to nadal topowa liga na świecie. Można stąd czerpać wiele pomysłów, wyciągać wiele aspektów, szczególnie defensywnych. Od wielu włoskich trenerów zawsze można się było inspirować – mówił przed spotkaniem.
Nieopłacalna Liga Konferencji?
Na boisku kurtuazji raczej się już nie spodziewaliśmy. Raków chciał wykorzystać swoją szansę, tym bardziej że przed meczem zewsząd słychać było głosy, że gospodarze wystawią na Raków przede wszystkim rezerwowych, ponieważ absolutnym priorytetem jest dla nich utrzymanie w Serie A, a trzeciorzędna z perspektywy Włochów Liga Konferencji może tylko ten cel zaburzać. – Jak to czemu? Zwycięzca Ligi Konferencji zgarnia trzy miliony euro, a kontrakt kontuzjowanego obecnie Moise Keana wynosi dwa razy tyle – przekonywał nas kelner późnym środowym wieczorem, gdy po 15 godzinach lądowej podróży dotarliśmy na miejsce spoczynku znajdujące się cztery kilometry od Stadio Artemio Franchi. To najlepiej oddawało podejście gospodarzy do drugiej już z rzędu konfrontacji z polskim klubem. Na spotkanie przyszło niespełna osiem tysięcy kibiców, a średnia na meczach Serie A przekracza 20 tysięcy. Calcio w Italii cieszy się jednak niezmiennie ogromnym zainteresowaniem. Na wszystkich telewizorach można było oglądać starcie Realu z Manchesterem City, a obserwując reakcje gości, szybko dojść do wniosku: za angielskim futbolem raczej tu nie przepadają.
Paraliżujący strach
Dobrej grze z pewnością sprzyjała murawa, która bardziej przypominała dywan w najlepszych czasach Wimbledonu niż polskie boiska po ciężkiej zimie. Raków dobrze wszedł w spotkanie, bez respektu przed zdecydowanie bardziej utytułowanym rywalem. Już w 3 minucie Tomasz Pieńko przedarł się lewą stroną pola karnego, stwarzając zagrożenie pod bramką Olivera Christensena. Pary starczyło Częstochowianom jednak tylko na siedem minut, po tym czasie jakby dotarło do nich, z kim i o jaką stawkę grają i… się przestraszyli. Raków momentami miał problem z przejęciem i wybiciem piłki w pozornie niegroźnych sytuacjach. Na szczęście dla nich Fiorentina była wyjątkowo nieskuteczna, a w kilku sytuacjach Raków wyratował Oliwier Zych. Na lewej stronie szalał Jacopo Fazzini, który w 28 minucie miał wymarzoną okazję na otwarcie wyniku – na szczęście dla polskiej drużyny chciał zdobyć gola zbyt ekwilibrystycznie i… przeniósł piłkę nad bramką.
Metamorfoza
Drugą połowę Częstochowianie zaczęli podobnie jak pierwszą, ale tym razem dobry poziom byli w stanie utrzymać niemalże do samego końca. Jonatan Braut Brunes rozegrał jedno z najlepszych spotkań w Rakowie, ukoronowane bramką w 60 minucie, gdy niczym snajper z najlepszych europejskich lig bezlitośnie wykorzystał błąd defensywy Fiorentiny. Tyle że wicemistrzowie Polski za bardzo „się podpalili” objęciem prowadzenia i niespełna dwie minuty później do remisu przepięknym strzałem z dystansu doprowadził Cher Ndour. Kiedy wydawało się, że Raków wywiezie z Florencji dość korzystny przed rewanżem remis, piłkę ręką w polu karnym zagrał Michael Ameyaw. Rzut karny pewnym strzałem w prawy róg Zycha zamienił Albert Gudmundsson. Przegrana jedną bramką nie zabiera drużynie Tomczyka szans na awans, ale wściekłość i rozczarowanie Rakowa po ostatnim gwizdku były ogromne.
◼ ACF Fiorentina - Raków Częstochowa 2:1(0:0)
0:1 – Brunes, 60 min; 1:1 – Ndour, 62 min; 2:1 – Gudmundsson, 90+3 min (rzut karny)
FIORENTINA: Christensen – Fortini (68. Dodo), Comuzzo, Ranieri, Gosens (58. Harrison) – Fabbian, Mandragora (82. Fagioli), Ndour – Parisi, Fazzini (58. Gudmundsson) – Piccoli (82. Braschi). Trener Paolo VANOLI.
RAKÓW: Zych – Tudor, Racovitan, Svarnas – Ameyaw, Repka, Struski (70. Bulat), Pieńko (59. Arsenić) – Makuch, Ivi Lopez (59. Diaby-Fadiga) – Brunes (79. Rocha). Trener Łukasz TOMCZYK.
Sędziował Georgi Kabakov (Bułgaria). Widzów: 7852. Żółte kartki: Ranieri, Parisi, Fagioli – Struski, Tudor, Zych.
Mariusz Rajek, korespondencja z Florencji
Kościół Santa Maria del Fiore imponuje swoją potęgą, choć akurat z tej perspektywy może zdawać się niepozorny. Fot. Mariusz Rajek
Pamiątkowe szaliki z okazji tego meczu musiały się pojawić! Fot. Mariusz Rajek
Włoskie sklepiki z piłkarskimi pamiątkami jak zawsze dobrze zaopatrzone. A ceny? Sami oceńcie. Fot. Mariusz Rajek
Stadion Fiorentiny może nie imponuje architekturą, ale trwające na nim prace remontowe mają poprawić jego ogólną jakość. Fot. Mariusz Rajek
Wąskie uliczki Florencji tym razem nie w słońcu, a w deszczu były skąpane. Fot. Mariusz Rajek
