Szmacianka

Z DRUGIEJ STRONY - Paweł Czado

Brazylijska samba powoli cichnie w mojej głowie i na zakończenie kanarkowych opowieści, które snułem w „Sporcie”, nurkując w bebechach Sao Paulo, Sorocaby czy Santos - chcę podzielić się… smutkiem, który po tych wszystkich brazylijskich wojażach osiadł we mnie jak wewnętrzny kurz... Tak myślę - porównując Brazylię i Polskę, że coś niespostrzeżenie się u nas - nad Wisłą, Odrą i Wartą - jednak skończyło. Na zawsze. 

Szmacianka z Museo Pele. Fot. Paweł Czado

Zazwyczaj felieton na początku każdego numeru "Sportu" nie posiada materiału ilustracyjnego, postanowiłem jednak na chwilę zaburzyć tę prawidłowość. Oto szmacianka z Museo Pele, która uzmysławia mi dobitnie coś przygnębiającego. O co chodzi? Otóż prawda taka, że u nas w Polsce całkowicie zanikła gra uliczna. Gra na placykach i boiskach, gdzie sami ustaliśmy reguły. Kiedy byłem bajtlem, zdarzało się, że po szkole, już do końca dnia spędzałem czas na jednym z pięciu boisk, jakie były do dyspozycji. Nikt niczego nas nie uczył: ani techniki, ani taktyki, ani cwaniactwa, ani motoryki. Wszystko rozwijało się w nas samo. Graliśmy zazwyczaj na asfalcie, pięciu na pięciu. Było nas więcej, więc zasada była taka, że wygrywający zostawał na boisku, a przegrywający schodził i ustawiał się w kolejce. Jeśli było nas ledwie pięciu, żadnych zbiórek nigdy nie było, na plac wychodził kto mógł - to graliśmy dwóch na dwóch na jedną bramkę. Zdarzało mi się też rozgrywać mecze jeden na jednego na dwie bramki. Kondycja przychodziła sama. Jeśli komuś chciało się pić, wbiegał do najbliższego familoku, na klatce schodowej był kran, więc chłeptało się wodę, odkręciwszy kurek...

Graliśmy w byle czym, nikt przed nikim się nie prężył, choć oczywiście jak się trafiła jakaś fajna koszulka, to wszyscy szczęśliwcowi zazdrościli. Tyle że szmaciankami nie graliśmy, epoka, w której robili je Pele czy Gerard Cieślik, minęła jeszcze przed nami. Graliśmy normalnymi piłkami, biedronkami, z których bezlitośnie w trakcie gry zdzieraliśmy skórę, bo zazwyczaj graliśmy na asfalcie. Na końcu robił się im cyc, czyli z pękniętego szwu wychodziła guma, która po którymś kopnięciu pękała ze smutnym hukiem. Potrzebna była nowa biedronka. 

To jednak szmacianka stała się dla mnie symbolem czasów, które już nigdy nie wrócą. Czasów szczęśliwego dzieciństwa, dla polskiej piłki - czasów naturalnych talentów, które do klubów przychodziły za bajtla, umiejąc już grać w piłkę. Dziś nie jest to już takie oczywiste. Właśnie przespacerowałem się na moje boiska z dzieciństwa. Czterech już nie ma, na jednym sztuczna trawa. Jakiegokolwiek dziecka z balą - brak.

To jest już koniec, nie ma już nic.

Materiał premium

Dalsza część jest dostępna dla subskrybentów

Odblokuj pełne wydanie i korzystaj bez ograniczeń. Czytaj ekskluzywne wywiady, analizy i felietony sportowe. Słuchaj podcastów oraz oglądaj materiały wideo.

Zobacz pakiety i odblokuj wydanie

Dostęp od 12,50 zł • BLIK / karta • Anulujesz online, kiedy chcesz

Masz już dostęp? Zaloguj się