Sygnaliści czy kapusie?

POWRÓT DO KORZENI, cotygodniowy felieton Michała Listkiewicza

Donoszenie na bliźnich to paskudna przypadłość, ale niestety dość powszechna. Kiedyś donosicieli nazywano kapusiami, kablarzami, ludźmi z gumowym uchem. W sportowej szatni szybko takich namierzano i izolowano. Głośne rozmowy zamieniały się w szept gdy donosiciel wchodził do pomieszczenia. Świetnie to pokazano w moim ulubionym serialu „Ted Lasso” ukazującym piłkarski światek w krzywym zwierciadle i obnażający próżność środowiska. Ignorant zza oceanu udowodnił, że znajomość ludzkiej psychiki, instynkt i empatia znaczą więcej niż formułki wyuczone w szkole dla trenerów.

Genialny aktor Bronisław Pawlik - chętnie grający w filmach ze sportowymi motywami - jechał kiedyś nocnym autobusem. Na przystanku na żądanie w strugach deszczu rozpaczliwie machał jegomość. Kierowca już chciał zatrzymać pojazd, gdy Pawlik uderzył do niego w te słowa: „Kapusiów nie zabieramy, jedź pan dalej”. Autobus przyśpieszył, a pan Bronek wytłumaczył zdumionym pasażerom, że ten z przystanku donosi na kolegów do tajnych służb, partii komunistycznej i dyrekcji teatru. Dostał brawa większe niż po najlepszej roli na scenie. Historia jest autentyczna, opowiedział mi ją mój tata, Zygmunt, serdeczny druh Pawlika, także do kielicha.

Dziś donosicieli nazywa się sygnalistami, tak brzmi lepiej. Mam mieszane odczucia. Z jednej strony ujawnienie naruszenia prawa, o którym ma się wiedzę, to obywatelski obowiązek. Od tego rozpoczęło się rozbijanie piłkarskiej korupcji w Polsce. Sam nie byłem bez grzechu, wykazując naiwność i łatwowierność, za co spotkał mnie zmasowany hejt ze strony polityków, mediów i dużej części kibiców. Przyjąłem to na klatę, choć ministrów tak nie grillowano za korupcję w służbach celnych, skarbowych, mundurowych czy służbie zdrowia. Nigdy się nie zawaham, by zgłosić stosownym organom złodziejstwo, przemoc (polecam świetny film „Dom dobry” Wojciecha Smarzowskiego) czy wandalizm, ale też nigdy nie doniosłem na kolegę urywającego się z pracy przed fajrantem, romansującego w tajemnicy przed żoną, oglądającego paskudne filmy lub wyznającego nieakceptowane przez ogół poglądy. W moich szkolnych czasach pewien lizus poskarżył się wychowawczyni, że Franek ściągał na klasówce. Nazajutrz nikt nie chciał z nim siedzieć w jednej ławce. Obawiam się, że walcząc o miejsce w składzie niektórzy sportowcy donoszą trenerom na kolegów z szatni. Dobry szkoleniowiec wie, co z tym zrobić, słaby wywoła aferę rozbijając zespół.

Ile twarzy ma Marek Papszun? Pytanie jest jak najbardziej aktualne wobec tego, co dzieje się na linii Częstochowa - Warszawa. Publiczna przepychanka naprawdę nikomu nie służy, kilka osób wyszło przed szereg. Być może ktoś wyznaje zasadę „nieważne, co o mnie mówią, najważniejsze, by nie przekręcali nazwiska”. Ludzie z Dolcanu Ząbki (dziś Ząbkovia) chwalą Papszuna za warsztat szkoleniowy, ale od razu dodają, że z relacjami międzyludzkimi bywało różnie. Sprzątaczki i magazynierzy nie czuli się dobrze w atmosferze pokrzykiwań i poniżania. W Legii nikt nie da sobie wejść na głowę ani zaliczać „suszarki”. Na razie Papszun nie jest polskim Aleksem Fergusonem, może kiedyś?

Właściciel Rakowa Michał Świerczewski wykazał opanowanie cechujące biznesmenów z najwyższej półki, komentując sprawę stanowczo, acz taktownie. To prawda, że same chęci pracownika nie wystarczą, by zmienić pracodawcę. W Legii za najlepszych czasów, z Gadochą, Deyną, braćmi Blautami, Brychczym i Żmijewskim, pracował magazynier o ksywce „Malinowy”. To z racji specyficznego koloru nosa w wyniku zamiłowania do mocnych trunków prosto z meliny. Miał w klubie pozycję tuż po prezesie i trenerze, budził respekt. Gdy Henryk Apostel schodził do szatni po pierwszym treningu w Legii, magazynier zabrał mu buty do czyszczenia choć nowicjusze musieli to robić sami. „Kaziu Deyna podawał ci często piłkę, czyli coś już potrafisz” - usłyszał wychowanek Polonii Bytom od legendy słynnego klubu. Zwiedzając stadion Old Trafford w Manchesterze, w galerii klubowych sław znalazłem fotkę nieznanego mi starszego pana w kaszkiecie w otoczeniu gwiazd futbolu największego formatu. Okazało się, że to Jimmy, który przepracował z „Czerwonymi Diabłami” ponad pół wieku jako magazynier. Jest tak samo szanowany przez klubową społeczność, jak Denis Law, Bobby Charlton, George Best czy Gordon Strachan.

Jestem fanem serialu dokumentalnego „Polska z góry” na antenie Canal+. Po każdym odcinku mam ochotę pojechać gdzieś w Polskę i zwiedzać, przy okazji uzupełniam kolekcję przewodników turystycznych. Nie dla mnie Egipty, Karaiby i inne wypasione destynacje. Polska jest najpiękniejsza! Właśnie pokazują nasze stadiony z lotu ptaka. Zabójcze w złych rękach drony okazują się wspaniałym wynalazkiem przybliżającym nam piękno natury. Z góry widać więcej niż z trybun, wiele stadionów jest cudownie wkomponowanych w okoliczny krajobraz, pięknie współistnieją z naturą. Stadion Śląski najlepszym tego przykładem. Napawając wzrok, można przy okazji dowiedzieć się wielu ciekawych rzeczy. Choćby o historii rybnickiego żużla. Obok bieżących emocji sport zapewnia też zrozumienie ciągłości dziejów lokalnych społeczności, uczy szacunku do tradycji. Młodym fanom polecam oglądanie cyklu „Polska z góry”, szczególnie odcinków stadionowych. Z trybun widać tylko fragment pięknego zjawiska sportem zwanego.


To prawda, że same chęci pracownika nie wystarczą, by zmienić pracodawcę… Fot. Grzegorz Misiak/PressFocus

Materiał premium

Dalsza część jest dostępna dla subskrybentów

Odblokuj pełne wydanie i korzystaj bez ograniczeń. Czytaj ekskluzywne wywiady, analizy i felietony sportowe. Słuchaj podcastów oraz oglądaj materiały wideo.

Zobacz pakiety i odblokuj wydanie

Dostęp od 12,50 zł • BLIK / karta • Anulujesz online, kiedy chcesz

Masz już dostęp? Zaloguj się