Świat w prezencie
Co prawda Kamil Stoch już wiele razy obleciał glob dookoła, podróżując na zawody, ale dopiero po ostatnim skoku może przyjrzeć się uważnie najpiękniejszym jego miejscom.
Ewa i Kamil, czyli państwo Stochowie, tym razem ruszą we wspólną podróż przez świat. Fot. PAP/Grzegorz Momot
Na finałowe zawody PŚ, będące pożegnaniem Kamila Stocha ze światowymi skoczniami, od rana ściągały do Planicy tysiące kibiców. Część fanów oglądała konkurs spoza ogrodzenia. Gdy trzykrotny mistrz olimpijski otwierał drugą serię konkursową, słoweński spiker krzyknął: „Slovenija pozdravlja Poljsko” i zapowiedział ostatni skok wielkiego mistrza. Po tym skoku nastąpiła przerwa w konkursie. Stoch odrzucił narty i nisko ukłonił się publiczności. Na ramiona wzięli go koledzy z kadry, Piotr Żyła i Dawid Kubacki, którym towarzyszyli młodsi - Aleksander Zniszczoł z Klemensem Joniakiem, wszyscy ubrani w plastrony z wizerunkiem Mistrza i jego nazwiskiem. Stoch przeszedł pod szpalerem ustawionym z nart.
Wzór (nie tylko) dla Geigera
Później był czas na zdjęcia i wywiady. Udzielając ich, Stoch co chwilę przerywał, żeby wyściskać się z kolejnymi skoczkami, którzy po swoich próbach musieli przejść przez tzw. strefę mieszaną. Szczególnie serdecznie pożegnał się z Niemcem Karlem Geigerem. - Powiedział mi, że byłem dla niego inspiracją w sezonie, w którym mi nie szło, bo widział, z czym się zmagam. On też przechodził bardzo trudne chwile i stawiał sobie mnie jako wzór do naśladowania. „Jak ty dałeś radę, to ja też dam radę” – powiedział. To mnie bardzo zbudowało – wyjaśnił ową wylewność nasz mistrz.
16 cudów Ziemi
Gdy konkurs się zakończył, Stoch ponownie został zaproszony na zeskok. Nastąpiła kolejna sesja fotograficzna, tym razem z oficjelami, trenerami i osobami związanymi z jego klubem Eve-nement Zakopane. Prezes Polskiego Związku Narciarskiego, Adam Małysz, wielki poprzednik Stocha, wręczył mu nagrodę ufundowaną przez PZN i jednego ze sponsorów: „Bilet na podróż dookoła świata”, który obejmuje „16 cudów Ziemi”. Skoczek ową podróż odbędzie oczywiście z żoną Ewą.
Sobota pełna wzruszeń
W sobotni wieczór Stoch spotkał się ze swymi rywalami – i zarazem przyjaciółmi – ze skoczni, ale także z kibicami, w Domu Polskim, zlokalizowanym w centrum Kranjskiej Gory. Otrzymał prezenty od sponsorów, od gospodarzy Zakopanego i Planicy, a także tablicę z autografami i życzeniami od innych skoczków. Kryształowy puchar od Słoweńców wręczył mu Peter Prevc.
Punktem kulminacyjnym wieczoru była rozmowa Stocha z kibicami, pełna humoru, żartów, ciętych ripost, ale i momentami poważna. Mikrofon wędrował z rąk do rąk. Całością kierowali redaktorzy Roman Czejarek z Polskiego Radia, jednego z organizatorów spotkania (drugim była ambasada RP w Lublanie), oraz Igor Błachut.
Kartka, która wyciska łzy
Stoch opowiadał, że zamierza wrócić do książek, które już czytał. Ze swoich skoków najbardziej zapamiętał lot na mamucie w Planicy w 2017 roku, gdy osiągnął 251,5 m, a także wszystkie „magiczne” skoki po zwycięstwo w Zakopanem. Wielką wartość ma dla niego kartka, którą otrzymał w samolocie od nieznajomej kobiety. - Gdy wracałem po nieudanym turnieju, przybity, z głową spuszczoną, pewna pani podeszła do mnie, dała mi kartkę i odeszła bez słowa. Później przeczytałem: „Nieważne, co się wydarzy. I tak Ciebie kochamy”. Wracałem do domu szczęśliwy, ze łzami w oczach. Jeżdżę z tą kartką do tej pory – zwierzył się.
Ksywe nózki mam...
- Kielo zakurzyło w Zębie? – zapytał kibic z Poronina, wywołując salwę śmiechu. Ktoś z tłumu podpowiedział, że w rodzinnej miejscowości Stocha spadło 25 centymetrów śniegu. - Więc pierwszy dzień na emeryturze spędzę na „łopatowaniu” – odpowiedział trzykrotny mistrz olimpijski. Inny mieszkaniec Poronina poprosił Stocha, by zatańczył „po góralsku”. - Mam ksywe nózki, to nie zatance – ripostował ze śmiechem Stoch, lecz po chwili dał się namówić i zastukał obcasami.
Mistrz przypomniał także, że Kranjska Gora to dla niego miejsce szczególne. – Dokładnie tu, gdzie stoi scena, zaręczyłem się! – przyznał.
_____________________________
Wreszcie jestem wolny!
Rozmowa z Kamilem Stochem, trzykrotnym mistrzem olimpijskim
Ostatni skok już za panem. Jakie to uczucie?
- Wreszcie jestem wolny (śmiech). Wolny od swoich ambicji, od podkręcania siebie samego, że ma być tak, jak ja chcę. Dotrwałem do końca i powalczyłem.
Ten finałowy sezon – i finałowy konkurs – był dla pana trudny...
- To prawda. Nie szło mi. Stoczyłem największą batalię chyba w całej mojej karierze. Tu, w Planicy, byłem maksymalnie skoncentrowany, chciałem oddać dalekie skoki, ale głowa po prostu odmówiła posłuszeństwa. Miało być trochę dalej, chciałem skoczyć ponad 200 metrów, ale nie udało się
Weekend, pożegnanie w Domu Polskim w Słowenii, owacje na trybunach – coś niezwykłego...
- Jest we mnie tyle emocji, że jeszcze długo będę te dni wspominał, roztrząsał. Najbardziej odczuwam szczęście i radość, że wytrwałem do końca. Teraz zaczynam nowe życie.
I jeszcze niezwykły „starter” w ostatnim skoku!
- To bardzo symboliczne. Sygnał do skoku daje ci żona, która czeka na to, żebyś wrócił do domu. Tego nie widziałem, dowiedziałem się później.
Po ostatnim skoku zdjął pan narty i je odrzucił - ma ich pan dość?
- Nie. Chciałem się ukłonić kibicom, a narty mi przeszkadzały. Musiałem je odrzucić. Może to wyglądało jakoś symbolicznie, ale nie było zamierzone. Planowałem co innego: żeby głęboko pokłonić się tej wspaniałej publiczności, która specjalnie do mnie przyjechała do Planicy, aby mi towarzyszyć po raz ostatni...
Jakie ma pan plany na życie bez skoków?
- Przede wszystkim chciałbym odpocząć. Jest wiele rzeczy, które chciałbym robić. Na pewno będę jednak na skoczni oglądał moich kolegów, którym życzę jak najlepiej.
