Stan umysłów
REMANENT, cotygodniowy felieton Jerzego Chromika
Miałem pisać tylko o AO i Wawrince, a właściwie to o... Wawrinku, ale... W niedzielę po południu w Oberstdorfie skoczyła... sama narta. Co ja piszę, skoczyła – ona nawet poleciała, bo to była „drużynówka” w lotach narciarskich. Osiągnęła 124 metry bez właściciela! Ten eksperyment może uratować skoki przed zapomnieniem.
Rzadko pisuję o tej erze pomałyszowej, bo dawna małyszomania powoli staje się manią, ale prześladowczą. Dlaczego? Nie tylko dlatego, że prześladuje nas pech. W latach 80. ubiegłego wieku (niedługo tak będzie trzeba pisać stale, bo nowe pokolenie X, Y lub Z nie kojarzy, że było coś jeszcze przed rokiem 2000) koleżanka redakcyjna Agata Bleja z tygodnika „Sportowiec” przeprowadziła szczerą rozmowę z „włodarzem” jakiegoś związku sportowego. Boże, jak nie cierpię tego słowa! Ale trudno. Tenże boss na pierwsze podchwytliwe pytanie odpowiedział bez ogródek: „Jestem prezesem, co się zowie!”.
Teraz takim prezesem jest Pan Adam. Celowo wielką literą, bo nigdy nie robiłem z nim wywiadu, nawet środowiskowego, i nawet nie spierałem się, kto pierwszy napisał: „Leć, Adaś, leć!”. Znamy się tylko przelotnie, z telewizji, i pewnie to się już nie zmieni. Bywamy co prawda czasami u siebie, ale ja u siebie, a on w... studiach telewizyjnych.
Ostatnio niestety coraz częściej, bo musi tłumaczyć, dlaczego Stoch w Zakopanem został pożegnany niezbyt godnie, bo spikerzy-freelancerzy nie skorzystali ponoć z gotowego scenariusza PZN i po swojemu skroili ceremonię rozstania z wielkim mistrzem. A prezesowi Adamowi nie skacze ostatnio ani Kubacki, ani Zniszczoł, ani nawet młody Tomasiak. Najczęściej skacze mu ciśnienie. Po kolejnych aferach. Oby nie musiał za często korzystać z NFZ, bo zdrowie jest najważniejsze!
PZN zastępuje niestety coraz częściej PZPN podczas naszego Narodowego Festiwalu Obciachu (NFO). To przecież tylko jedna litera różnicy, a pan Cezary K. przynajmniej do baraży wydaje się mieć spokój. Pan Adam odwrotnie. Ma przed sobą lada tydzień igrzyska. Niby w Mediolanie, ale chyba... bardziej w Cortinie i Predazzo. Pal licho skoczków, którzy spadają w tym sezonie jak ulęgałki, ale oto biały zarząd nie chciał wysłać na ZIO „lepszej” alpejki, a wysłał „gorszą”, tak trochę po znajomości. Gdy zrobiło się za głośno o sprawie nominacji, to ta „niegodna” zrezygnowała z wyjazdu, ale tak pechowo, że dzień po tym, jak związek ją i tak po cichu skreślił. Jakby mało było tego zamieszania, to do brutalnej gry wszedł PKOl ze swoim „prezesem, co się zowie”. Wyrzucił z kadry olimpijskiej alpejczyka Habdasa, a wstawił Jasiczka, mimo że ten ostatni nie bada się za często antydopingowo i może nie spełniać kryterium czystości. Jak napisał celnie Jakub Pobożniak na sport.tvp.pl, mamy taki stan: „Trzy miejsca, pięcioro powołanych, dwoje do igrzysk dopuszczonych. Dwa zarządy podejmujące zupełnie różne decyzje personalne”. Istne białe szaleństwo! A nawet stan umysłów.
No właśnie, przecież miało być o Stanie, Stanie Wawrince. Jego babcia pochodziła z Polski, wydała się za Czecha i stąd pewnie ten wspomniany bałagan w deklinacji. Rodzaj żeński, a nie męski. To bardzo mylące, bo ten utytułowany tenisista to właśnie mężczyzna, co się zowie! Stuprocentowy. Jego pojedynek z Francuzem w drugiej rundzie AO porwał widownię, bo fala meksykańska wokół kortu nie zdarza się tak często, nawet w turniejach Wielkiego Szlema. Eksponowano więc nie bez powodu na trybunach kartony z napisem „Stan the Man”, a Szwajcar na potwierdzenie wskazywał palcem, że jego zwoje mózgowe mają się lepiej niż u przeciętnego czterdziestolatka. A i nogi, i ręce wciąż dają radę. To był przepiękny Dzień Dziadka. I wiedział dobrze Stan, jak w Melbourne skończyć! Wypił sobie na pożegnanie z najważniejszym organizatorem turnieju coś z puszek i choć odpadł, bo nie dał rady Fritzowi, to ma moją sympatię do końca świata. I o jeden dzień dłużej...
Coraz mniej jest takich sportowców na świecie. Oby tylko nie przyszło mu do głowy zostać prezesem Szwajcarskiego Związku Tenisowego, w skrócie Swiss Tennis.
No chyba, że do spółki z Federerem.
Stan Wawrinka – 20 lat w Australian Open! Tenisista co się zowie! Fot. Press Focus
