Stało się!

Rozmowa z Antonim Piechniczkiem

Sebastian Szymański (z lewej) i Nicola Zalewski w trakcie meczu ze Szkocją. Fot. Mateusz Porzucek/PressFocus

Przez kraj przetacza się dyskusja o polskiej reprezentacji po jej spadku z najwyższej dywizji Ligi Narodów. Jest pan rozczarowany faktem, że nie udało się utrzymać?

- Wszyscy spodziewaliśmy się czegoś więcej, wszyscy liczyliśmy na pozostanie w niej, choćby po barażach. Kibice już wcześniej pomstowali po meczu z Portugalią, ale warto zwrócić uwagę na pozytywy właśnie z tego spotkania -  w pierwszej połowie byliśmy równorzędnym przeciwnikiem: stwarzaliśmy bardzo dobre sytuacje, potrafiliśmy zagrać pressingiem, wysoką obroną na połowie gospodarzy, potrafiliśmy też odzyskiwać piłki.

Jednak tak szczerze mówiąc – z tymi najsilniejszymi europejskimi reprezentacjami nam zdecydowanie nie idzie, co pokazują statystyki. Piotr Tubacki, mój kolega z redakcji, zrobił interesujące zestawienie: porównał bilans z ostatnich dziesięciu lat Polski i drużyn o zbliżonych umiejętnościach w starciach z jedenastoma najsilniejszymi reprezentacjami świata – Niemcami, Anglią czy Argentyną. Okazuje się, że Biało-czerwoni rozegrali takich spotkań 30. Wygrali tylko dwa, oba z Niemcami, zremisowali – 11. Procent zdobytych punktów więc niski: 18,88. Lepiej w tym względzie wypadają choćby Austriacy czy Czesi, ale już gorzej Serbowie czy Norwegowie. Co właściwie taki bilans pokazuje?

- Może rzeczywiście zaskakiwać, że Polsce udało się wygrać ledwie dwa takie mecze... To rzeczywiście trochę mało. Widać, że pozycja Polski w światowym futbolu obsuwa się. Oczywiście nie jest to powód do dumy, ale – w moim przekonaniu do przesadnego załamywania rąk również. Statystyki bowiem jedynie dopełniają obraz naszego futbolu, ta rzeczywiście jest bardzo ciekawa. Może i rozczarowująca, ale przecież nie jesteśmy sami. Jak widać wiele równorzędnych nam reprezentacji ma ten bilans jeszcze gorszy. No i najważniejsze: przecież tylko od nas samych zależy, czy można takie statystyki poprawić. W dziejach każdej reprezentacji są lepsze i gorsze momenty. Gdyby brać pod uwagę liczbę zdobytych punktów na mundialach w latach 1974-82 – zajęlibyśmy pierwsze miejsce na świecie! Gdy byłem selekcjonerem udało nam się wygrać z dwoma ówczesnymi mistrzami świata: w 1981 roku z Argentyną w Buenos Aires i w 1985 roku z Włochami na Stadionie Śląskim. Wierzę, że takie dni jeszcze dla polskiej reprezentacji nadejdą.

Ostatni mecz z drużyną ze światowego topu skończył się wynikiem 1:5…

- Zawsze ciekawi mnie, jak selekcjonerzy wykorzystują przerwę w meczu, żeby zmienić obraz gry. Podejrzewam, że trener Martinez w szatni Portugalczyków powiedział podopiecznym coś w stylu: „Wygląda mi na to, że wy lekceważycie Polaków. Wam się wydaje, że możecie ich ograć na chodzonego. Jeśli nie poprawicie się w drugiej połowie, to możecie nawet przegrać”.

Z kolei w naszej szatni sytuację zdominowały kontuzje. Michał Probierz musiał wprowadzić przymusowe zmiany. One spowodowały, że na drugą połowę wyszła inna drużyna, nie ta sama, dobrze poukładana, dobrze rozumiejąca się… Wiem jedno: nie można pięcioma młodzieńcami, choćby bardzo zdolnymi, ogrywać czołowej drużyny świata na jej terenie. To żądanie na wyrost…

Coś jak żądanie od dobrego sztangisty, żeby podniósł 500 kg?

- Otóż to. Oczywiście trzeba też oddać wielkość Portugalczykom, którzy w drugiej połowie zagrali rzeczywiście świetnie.

A ostatni mecz ze Szkocją?

- To spotkanie rzeczywiście pozostawia duży niedosyt. Najważniejsze była ostatnia minuta i ostatnia centra pod polską bramkę. Trochę zdrzemnął się nasz wahadłowy Nikola Zalewski. We wcześniejszych meczach potrafił dać nam powody do satysfakcji, ale tym razem nie zachował się należycie, nie zareagował właściwie i Szkoci zdołali strzelić zwycięską bramkę. Wcześniej zastanawiałem się, dlaczego nie jest w Romie podstawowym zawodnikiem. Kiedy zobaczyłem parę jego błędów w defensywie – zrozumiałem.

Jeszcze jedno: błędem było to, że gdy zdobyliśmy wyrównującego gola, nie dążyliśmy za wszelką cenę, żeby jak najszybciej strzelić drugiego. Gdybyśmy prowadzili 2:1, to skończyłoby się remisem i jedziemy dalej…

Po tych dwóch przegranych meczach trwa narodowa dyskusja pod hasłem „Michał Probierz powinien odejść czy zostać”. Co pan sądzi?

- Uważam, że powinien zostać. Wiem, że argument, iż to polski trener, a taki zawsze zostawi więcej, bo utożsamia się z drużyną, a nie tylko jest wynajętym fachowcem, nie do wszystkich trafia. Probierz jest szkoleniowcem o dużym doświadczeniu, jednak powinien mieć czas na budowę drużynę. W jakich meczach powinien mieć możliwość testowania pomysłów i rozwiązań? Właśnie tych w Lidze Narodów! Probierz zasługuje, by tę reprezentację prowadzić dalej.

Selekcjoner podkreśla, że chce, by polska reprezentacja grała ofensywnie. Dostrzega pan ten trend?

- Tak. Widać, że robi wiele, by tak było. Dowodem choćby piękna bramka strzelona przez obrońcę Kamila Piątkowskiego w ostatnim meczu. W mojej drużynie podczas mistrzostw świata bramki strzelało ośmiu piłkarzy: Boniek – cztery, pozostali po jednej. To był dowód, że każdy stanowi zagrożenie, o to chodzi. Wydaje mi się, że to samo u swoich zawodników próbuje zaszczepić Michał Probierz.  Trzeba wierzyć, że mu się uda.

Jeszcze jedno: ciekawi mnie powrót naszych reprezentantów do swoich zagranicznych klubów. Czy oni potem w ogóle jeszcze myślą o reprezentacji? Czy porażka ze Szkocją ich boli? A może zapominają? Faktem jest, że wyjeżdżając z kraju po takich meczach nie odczuwają w ogóle presji niezadowolonego społeczeństwa, nie musi się wstydzić, gdy jest na stacji benzynowej czy w sklepie i widzi te spojrzenia…

Głośna jest sprawa Karola Świderskiego, który nie został wpisany do protokołu meczowego i w efekcie nie mógł zagrać. Selekcjoner nie wskazał winnego palcem, mówiąc jedynie o „błędzie ludzkim”. Dobrze zrobił?

- Dobrze. Podobało mi się, że jest lojalny wobec własnych ludzi nawet w tak trudnych chwilach. Podobało mi się, że wziął winę na siebie.

Robert Lewandowski miał kontuzję, więc ostatnie mecze były doskonałym momentem, by sprawdzić innych. Nie wyszło. Co pan na to?

- Pierwsza myśl, która mi się w głowie pojawiła to taka, że szkoda, iż nie ma tam Lewandowskiego, bo gdyby był, to którąś z tych szans przeciw Portugalczykom i Szkotom by wykorzystał. On jest królem takich sytuacji… Niemniej każdy ze sprawdzanych napastników, i nie tylko napastników, powinien mieć poczucie, że dostał szansę. Inna sprawa, czy ją wykorzystał… Wiem, że Michał ma ciągoty do młodzieżowców, przecież pracował z reprezentacją juniorów. Oczywiście – każdy z tych młodych piłkarzy testowany przez Michała pokazuje potencjał, pokazuje, że warto dawać mu kolejne szanse. Niemniej muszę przypomnieć słowa Alexa Fergusona: „nie można robić mistrzostwa bez dzieci, ale nie można też robić mistrzostwa samymi dziećmi”. Selekcjoner musi wyważyć proporcje…

Muszę spytać o obronę. Tracimy dużo bramek…

- Zapominamy o jednej sprawie. Gra w zonie czy sposób przemieszczania jest oczywiście ważny, ale mam przeświadczenie, że w grze obrońców zapomina się o jednym ważnym aspekcie: o grze jeden na jeden. To dla mnie najważniejsza zaleta obrońcy, czy zawodnika mającego w danej chwili zadania defensywne. Gdyby Zalewski w końcówce meczu ze Szkocją był rozsądniejszy, to wystarczyłoby, żeby stanął koło rywala oddającego strzał i mu przeszkodził – na tyle, żeby ten strzał na bramkę był niecelny albo łatwy do wybronienia przez bramkarza.

Niektórzy uważają, że selekcjoner powinien szukać zupełnie nowych ludzi na obronę, bo obecni się nie sprawdzają. Co pan na to?

- Prawda jest taka, że każdy z nich zalety ma. Mogą się jeszcze czegoś nauczyć, a myślę, że każdy z nich może być lepszy niż jest. Trener powinien z każdym indywidualnie porozmawiać, poświęcić na to dużo czasu, klarownie wyjaśnić, na czym mu zależy – tak żeby każdy z zawodników wiedział, czego się od niego konkretnie wymaga. I jeszcze jedno: podstawową, wręcz niezbędną w dzisiejszych czasach zaletą obrońcy jest szybkość. Szkoleniowiec musi mieć pewność, że jego wybrańcy są szybcy.

Tak czy inaczej - kibice są rozgoryczeni.

- Trudno im się przecież dziwić... Niedawno mogli wracając do domów dyskutować o golu dla Polski wbitym na sam koniec, a teraz ze Szkotami mieli antybramkę… Też mogli o niej rozmawiać w drodze ze stadionu, ale charakter tych rozmów był już inny. Niektórzy wytykali, że publiczność zawiodła, bo kibice na stadionie gwizdali na reprezentację. Zdziwiłem się: to święte prawo kibica – gwizdać, gdy mu się nie podoba! Co ma robić, gdy mu się nie podoba? Krzyczeć, że „nic się nie stało, Polacy, nic się nie stało”? No nie: przecież stało się!  

Rozmawiał: Paweł Czado

Antoni Piechniczek. Fot. Marcin Bulanda