Stać nas na wiele
Rozmowa z Kacprem Dudą, piłkarzem Wisły Kraków, reprezentantem Polski do lat 21
Kacper Duda, podobnie jak większość Wiślaków, rozgrywa pierwszy sezon w ekstraklasie. Fot. Krzysztof Porębski/Press Focus
Pokonaliście Raków po dwóch golach debiutantów, w tym pana. Spełnił pan obietnicę złożoną Bartkowi Ignacikowi z Canal+, że zdobędzie bramkę. Trener Mariusz Jop żartuje, że zaprosi redaktora na trening, by następni zawodnicy złożyli taką deklarację.
- W środę jesteśmy umówieni na nagranie „Turbokozaka” i może znowu Bartek Ignacik coś wywróży? To dla mnie bardzo przyjemne i pozytywnie to odebrałem. A to, że Bartek z fusów wywróżył gola, to już inna sprawa, z której jestem bardzo szczęśliwy.
Mówi się, że nic tak nie smakuje jak gol w 90. minucie. Co pan sobie myślał, gdy zbliżała się piłka wybita przez Patryka Makucha? Była chwila na zastanowienie? Świetnie przełożył pan obrońcę przed strzałem.
- To była po prostu taka reakcja na wydarzenie boiskowe. Do końca nie spodziewałem się tej piłki, ale jak już spadła, to w ułamku sekundy stwierdziłem, że zrobię tak i tak. I kończyło się to golem. Jestem mega szczęśliwy. Myślę, że przyzwyczailiśmy naszych kibiców do goli w doliczonym czasie gry, ale - szczerze mówiąc – nie chciałbym, żeby tak to do końca wyglądało. Wolałbym, żebyśmy bardziej kontrolowali spotkania u siebie.
Zgodzi się pan ze stwierdzeniem, że był to jeden z trudniejszych meczów w Krakowie? Raków był niewygodnym rywalem, nisko ustawionym. Musieliście kruszyć mur.
- Trochę przypominało to mecze pierwszoligowe. Spotykaliśmy się już z drużynami prowadzonymi przez trenera Dawida Szwargę, więc wiedzieliśmy, czego możemy się spodziewać – że to będzie niski, trudny do złamania blok. W drugiej połowie udało nam się to zrobić po ładnej akcji. W doliczonym czasie sprzyjał nam los i padła druga bramka.
Nie za mocno się cofnęliście po pierwszym golu? Można było odnieść wrażenie, że zapraszacie Częstochowian na swoją połowę.
- Nie do końca wyglądało to tak, jak byśmy sobie wymarzyli. Było tam dużo rzeczy do poprawy. Myślę, że z tego momentu wyciągniemy najwięcej wniosków, czego nie robić na przyszłość. Było tam bardzo dużo łatwych błędów z piłką i bez piłki, w naszym ustawieniu, w komunikacji. Dużo rzeczy zawodziło i ja też nie byłem zadowolony z tych 20 minut. W końcówce znów złapaliśmy rytm, co przyniosło nam drugie prowadzenie.
To dla pana debiutancki sezon w w ekstraklasie. Przeważnie był pan jednym z lepszych graczy Wisły, ale brakowało „kropki nad i” w postaci gola. W sobotę udało się spełnić marzenie na tym etapie kariery?
- Nie wiem, czy to piłkarskie spełnienie. Jestem spełniony, jeżeli wygrywa drużyna. Kiedy zwyciężamy u siebie, to wszystko jest super. Teraz musimy dołożyć zwycięstwa i punkty na wyjeździe, bo tego na ten moment nam brakuje. Uważam, że stać nas na wiele.
W 12 meczach zdobyliście 21 punktów. Głównym celem na starcie sezonu było zdobycie 42 punktów i utrzymanie, więc można powiedzieć, że jesteście w połowie drogi.
- Ten cel to chyba sobie media ustawiały, bo mamy kompletnie inne. Znamy swoją jakość.
To nie tyle media, prezes też twierdził, że podstawowym celem jest utrzymanie.
- A następny jest mecz w Poznaniu i gramy o trzy punkty.
Jak jechać na tego Lecha, który potrafi zrobić takie rzeczy jak 6:1 z Koroną Kielce czy 4:1 we Wrocławiu? Tam widać, że siła ofensywna jest bardzo duża.
- Zrobimy wszystko, żeby ich powstrzymać i urwać punkty. Wiadomo, to jest klasowy przeciwnik, według mnie najgroźniejsza drużyna w ekstraklasie. Widzieliśmy też ich ostatni wynik w europejskich pucharach – fajnie zagrali. Pojedziemy po swoje, bo wiemy, że mamy mnóstwo jakości.
Będzie miał pan z tyłu głowy, że trzeba uważać? Jedna żółta kartka i ominą pana derby z Cracovią.
- Nie myślę o tym.
(mik)
