„Sport” - miłość pierwsza i dozgonna

Rozmowa z Andrzejem Grygierczykiem, redaktorem naczelnym naszej gazety

Za sterami „Daru Pomorza ” - Andrzej dopłynął nim do... „Sportu” .

Czy pamiętasz swój pierwszy mecz, który obsłużyłeś jako dziennikarz?

- To były studenckie czasy, odbywaliśmy praktyki w różnych redakcjach, w tym między innymi w „Sporcie”. Młodzi ludzie wpychali się w to dziennikarskie towarzystwo, choć nikt za nimi nie tęsknił, bo wiadomo jak to jest - nic nie wiedzą i same z nimi problemy (śmiech). Pierwszy mecz? To było na drugim albo trzecim roku moich studiów na Uniwersytecie Śląskiem, 1975 albo 1976 rok. Wysłano mnie ze „Sportu” na mecz AKS-u Niwka. Nie pamiętam już z kim ten zespół grał, natomiast obsługa tego wydarzenia wiązała się z dużą... logistyką podróżniczą. Mecz skończył się wynikiem 1:1, a przypomniał mi się całkiem niedawno, przy okazji śmierci Zbigniewa Mikołajowa, który był znaczącą postacią i w AKS-ie Niwka, i w Zagłębiu Sosnowiec (trzykrotny reprezentant Polski zmarł w wieku 72 lat 20 grudnia ub. roku - przyp. red.).

Miałeś jakiś klub do którego jako początkujący dziennikarz byłeś przypisany, tak jak ma to miejsce teraz u nas w redakcji?

- Z racji mojego ówczesnego miejsca zamieszkania, w Tychach, gdzie narodził się pełen ambicji GKS, i gdzie mieściła się redakcja tygodnika „Echo” - wspomnę tylko, że miał wtedy nakład i sprzedaż w wysokości 80 tysięcy egzemplarzy – zacząłem się tam pojawiać. Wysyłano mnie do pomniejszych klubów, również na mecze z ich udziałem. Chodziło o to, by czytelnik miał orientację, co przykładowo słychać w Czułowiance. Oczywiście, byłem stałym bywalcem na meczach GKS-u Tychy, który akurat miał dobry czas, w 1976 roku został przecież wicemistrzem Polski. Ale relacje z tych wydarzeń robił etatowy dziennikarz.

Twoją pierwszą etatową pracą dziennikarza był nie „Sport”, nie „Echo”, ale „Wieczór”. Jak tam trafiłeś?

- Po studiach zamierzałem zostać na uczelni. Ale... Obroniłem pracę magisterską 4 kwietnia 1978 roku, poszliśmy z kolegami to uczcić, a następnego dnia mama zrobiła „leczniczą jajecznicę”. W trakcie jedzenia odezwał się telefon. Dzwonił z redakcji „Wieczoru” mój kolega ze studiów – już zatrudniony w tej redakcji – Tadek Gańczarczyk; notabene później był zastępcą naczelnego w „Trybunie Śląskiej”. Zapytał, czy nie byłbym zainteresowany pracą w dziale sportowym w „Wieczorze”. Pojechałem, porozmawiałem ze Stanisławem Wojtkiem, który był wtedy zastępcą naczelnego, no i 1 maja 1978 roku zacząłem tam pracować.

Z „Wieczoru” jeździłeś na mecze ekstraklasy?

- Tak. Ale było nas dwóch w dziale sportowym, więc trudno było przypisać sobie jeden czy drugi klub na stałe. Albo się jechało do Zabrza na Górnika, albo do Chorzowa na Ruch, albo do Sosnowca na Zagłębie czy do Milowic na siatkówkę. Jeździłem tam dziesiątki czy setki razy. Tak samo było z koszem w Zagłębiu, które było wtedy liczącą się w Polsce siłą.

Interesuje mnie, jak wyglądała wtedy z dziennikarskiego punktu widzenia obsługa meczu ligowego. Teraz są mix zony, gdzie można porozmawiać z piłkarzami, obowiązkowe konferencje z trenerami, a jak to wyglądało wtedy, pod koniec lat 70. i na początku 80.?

- To była pełna improwizacja. Nikt niczego nie narzucał, ale też od początku do końca trzeba było polegać na sobie. Inna sprawa, że kontakt z działaczami, piłkarzami, trenerami był wtedy dużo łatwiejszy niż teraz, bo nie było barier natury formalnej. Potem z wolna zaczęliśmy stosować praktykę, że jak się jechało na mecz, to nie opisywało się tylko tego, co działo się na boisku. Wprowadziliśmy krótkie rozmówki z trenerami, a następnie także z piłkarzami. Zaczęło się to rozrastać, bo też sportową kolumnę, mimo że w „Wieczorze” była tylko jedna, trzeba było zapełnić, no i jakoś odróżnić się od „Trybuny Robotniczej” czy „Dziennika Zachodniego”, które w kioskach pojawiały się kilka godzin wcześniej. Nie muszę dodawać, że nie było wtedy podpórek w rodzaju internetu, cały materiał trzeba było zebrać samemu – poprzez wyjazd czy rozmowę telefoniczną. Z przyczyn technicznych i z tym były kłopoty. Kiedy zacząłem pracować w „Sporcie”, zlecono mi temat Grunwaldu Ruda Śląska, który był wtedy na drugim poziomie rozgrywkowym, a chodziło o zmiany kadrowe. Połączenie telefoniczne przez jakieś zakładowe czy górnicze kable było fatalne, niewiele słyszałem i pochrzaniłem ileś tam nazwisk. Był powód, żeby się rumienić.

Jeżdżąc na mecze ligowe poznałeś wielu ludzi, z którymi dobrze się zapoznałeś i z którymi utrzymywałeś stały kontakt?

- Najczęściej kontaktowałem się z trenerami. Byłem bardzo mile zaskoczony rozmowami z Leszkiem Jezierskim. Miał nieprawdopodobną cierpliwość. Pamiętam, że po zdobyciu z Ruchem mistrzostwa Polski w 1979 wyjechał do Łodzi, bo stamtąd przecież pochodził, robiłem z nim wywiad telefoniczny. Zrywało połączenie z pięć czy sześć razy, bo takie były wtedy realia, ale on cierpliwie trwał przy aparacie. Jakoś tam się zaprzyjaźniliśmy. Zresztą „Napoleona” trudno było nie lubić i nie cenić. Tak poza tym nigdy jakichś problemów ze szkoleniowcami nie miałem. Zaprzyjaźniłem się ze Zdzichem Podedwornym, kiedy prowadził Górnika. Same ciepłe słowa mogę też skierować pod adresem Alojzego Łyski czy Huberta Kostki – jeśli mowa o starszej generacji. Taka anegdota odnośnie Huberta Kostki. Szombierki Bytom, których z wielkim powodzeniem był trenerem, były na zgrupowaniu w Kokotku koło Lublińca. Postanowiłem się tam udać, choć o trenerze krążyła fama, że jest oschły i nieprzystępny. Pół nocy nie przespałem przed wyjazdem, a było bardzo sympatycznie. I takie też nasze relacje pozostały. Zresztą towarzyszyłem potem i jemu, i Górnikowi w świetnych dla nich czasach, w połowie lat 80., kiedy zdobywali kolejne mistrzostwa Polski. Ogromnie sobie ceniłem - i cenię - znajomość z Antonim Piechniczkiem, który imponował i osiągnięciami, i wiedzą, i swadą, z jaką ją prezentował. Wspomnę również o Waldemarze Fornaliku, Janie Urbanie, Piotrze Piekarczyku, Albinie Wirze, Edwardzie Lorensie, Józefie Dankowskim i wielu innych zawodnikach, a potem trenerach. To głównie osoby ze Śląska, choć dobrze wspominam m.in. Leszka Ćmikiewicza z czasów jego pracy w Górniku Zabrze.

Zagraniczne wyjazdy z kadrą? Ostatnio - przy okazji sztuki teatralnej „Ezi” o Erneście Wilimowskim i jego spotkaniu na MŚ 1974 z Kazimierzem Górskim, wyemitowanej w TVP - wspominałeś o wyjeździe w maju 1985 na mecz eliminacji meksykańskiego mundialu z Grecją do Aten…

- Były to biedne czasy, więc często bywało, że jak dziennikarz chciał jakiemuś wydarzeniu towarzyszyć, to często decydował się na tzw. wyjazd bezdewizowy. Było coś takiego, jak Biuro Współpracy z Zagranicą przy RSW Prasa-Książka-Ruch, które oczywiście mieściło się w Warszawie. Tam decydowano kto, gdzie, dokąd może pojechać. Wyjazd bezdewizowy polegał nam tym, że dostawałeś do ręki paszport służbowy, bilet lotniczy oraz trzydzieści parę dolarów – to była wtedy jedna dieta. No i człowiek kombinował jak koń pod górę, jak tutaj sobie poradzić - ze spaniem, jedzeniem... Nawiązując do tego wyjazdu do Aten. Przyjaźniłem się z Darkiem Górskim, świetnym fotoreporterem, a jednocześnie synem legendarnego Pana Kazimierza, który akurat wtedy w Grecji pracował. Darkowi napomknąłem o wyjeździe i... Wylądowaliśmy w Atenach, znaleźliśmy się na lotnisku, czułem się trochę zagubiony. No i w pewnym momencie przybiega kolega ze „Sztandaru Młodych”, Rysiek Starzyński. „Ty, bo cię Kaziu Górski szuka!” - krzyknął. Pan Kazimierz, tą swoją charakterystyczną wymową, powiedział tylko: „Pan pojedzie ze mną”. I pojechaliśmy do niego do mieszkania, a oprócz mnie byli tam również Darek Szpakowski, Jurek Chromik i właśnie Rysiek Starzyński.

I przyjął was gościnnie.

- Powiedzieć, że przyjął nas gościnnie to nic nie powiedzieć! Byliśmy przyjęci z niesamowitą serdecznością i cierpliwością, a żona trenera, pani Maria, to była kobieta z sercem na dłoni. Dzień przed naszym powrotem do kraju, a byliśmy tam 3-4 dni, pan Kazimierz otwiera lodówkę i mówi: „Patrz Marysiu, tak martwiliśmy się, że lodówka pełna, a już jest prawie pusta”. Na swój sposób było im to na rękę, bo też niebawem wracali z Grecji do kraju. Na pożegnanie Trener Tysiąclecia kupił jeszcze każdemu z nas po „Metaksie”. A wracając do samego meczu – bardzo dla nas udanego, bo wygranego 4:1. Jechaliśmy na stadion metrem, w którym obecność trenera Górskiego budziła sensację. Zewsząd dobiegało nas „Gorski, Gorski, Gorski” ... Cieszył się tam wielką renomą i szacunkiem. No ale pod każdym względem była to postać wielkiego formatu.

Kilka lat wcześniej, kiedy dziennikarze lecieli razem z piłkarzami z meczu eliminacji ME z Holandią w Amsterdamie, dało się słyszeć szczekanie. Adresatami tego byli żurnaliści! Miałeś podobne przygody?

- Z takimi przypadkami, jak ten wymieniony, nie miałem do czynienia. Ale też nie jestem do końca miarodajną osobą, bo tych wyjazdów zagranicznych za wiele z kadrą nie miałem. Byli ludzie w kolejce przede mną. W „Trybunie Robotniczej”, gdzie przez kilka lat pracowałem, jeździł głównie ówczesny szef działu Jerzy Wykrota. Obsługiwał on m.in. MŚ w Hiszpanii w 1982 i w Meksyku cztery lata później.

Jako dziennikarz byłeś za to aż na sześciu letnich igrzyskach olimpijskich! Nie wiem, czy któryś ze śląskich dziennikarzy był na większej ilości igrzysk niż ty...

- Myślę, że na pewno więcej razy był na igrzyskach Andrzej Zydorowicz – jako komentator telewizyjny. Jeśli chodzi o dziennikarzy prasowych, to chyba rzeczywiście jestem rekordzistą. Pierwsze moje igrzyska to Moskwa 1980. Totalny przypadek z tym wyjazdem, bo jak przypomnę, tym igrzyskom towarzyszył bojkot Amerykanów i dużej części państw zachodnich. Zwolniły się miejsca i stąd też wyjazd do Moskwy. Towarzyszyłem słynnemu gestowi Kozakiewicza na stadionie Łużniki.

Następna olimpiada to Seul 1988?

- Tak, bo z kolei igrzyska w 1984 roku w Los Angeles zostały zbojkotowane przez kraje tzw. obozu socjalistycznego. To był rewanż za Moskwę. Potem w moim przypadku to tak poleciało, Seul, Barcelona, Atlanta, Sydney i Ateny w 2004 roku.

Najmilsze olimpijskie wspomnienie?

- Atlanta w 1996 roku.

Dlaczego?

- Pracując w „Trybunie Robotniczej”, zostałem przypisany do zapasów. Potem, siłą rozpędu, kiedy ponownie na początku lat 90. trafiłem do „Sportu”, tych zapasów się trzymałem. Jeździłem na niemal wszystkie zawody, stając się częścią tego środowiska. A im bliższy kontakt z ludźmi masz, tym więcej się dowiesz. Dzięki temu poznałem całe zapaśnicze środowisko, w tym naszych wielkich mistrzów. I właśnie przedstawiciele tej dyscypliny, dzięki swoim medalom - złotym Ryszarda Wolnego, Andrzeja Wrońskiego, Włodzimierza Zawadzkiego, srebrnym Jacka Fafińskiego i brązowym Józefa Tracza - „zrobili” mi igrzyska w Atlancie. Nie ma nic przyjemniejszego dla dziennikarza niż opisywanie sukcesów, a tamten sukces był gigantyczny i niepowtarzalny. W ogóle Atlanta była pomyślna – zdobyliśmy tam 17 medali, w tym aż siedem złotych. Na kolejnych igrzyskach nawet nie zbliżyliśmy się do tego osiągnięcia.

A jak w ogóle trafiłeś do „Sportu”?

- Po raz pierwszy znalazłem się w nim w 1981 roku. I w trochę dla mnie krepujących okolicznościach, czułem się bowiem jak niewdzięcznik. Otóż jako dziennikarz „Wieczoru” zostałem wydelegowany na cudowny, niepowtarzalny, trzytygodniowy rejs „Darem Pomorza”. Był to przedostatni w ogóle rejs tego legendarnego żaglowca. Potem jeszcze popłynął na Wyspy Kanaryjskie ze studentami Wyższej Szkoły Morskiej w Gdyni, po czym stanął na nabrzeżu jako żaglowiec-muzeum. Wróciłem więc z rejsu, a 1 lipca 1981 roku podjąłem pracę w „Sporcie”, gdzie ściągnął mnie świetny redaktor naczelny i dziennikarz Janusz Jeleń.

Długo w „Sporcie” wtedy nie zagrzałeś miejsca…

- No nie, bo przyszedł 13 grudnia i nie zostałem pozytywnie zweryfikowany, podobnie zresztą jak wybrany wcześniej głosami kolegów dziennikarzy i pracowników na naczelnego Janusz Jeleń, który był bezpartyjny.

Jak to się odbyło?

- Był stan wojenny, telefony nie działały, więc wezwali mnie telegramem. Jak mi przekazano, miałem kiepski zapis z rozmów weryfikacyjnych, w związku z czym nie miałem szans na pracę w zawodzie. Z drugiej strony po powrocie „Sportu” na rynek prasowy wykorzystywano moje teksty powstałe jeszcze przed 13 grudnia. M.in. wywiady z Włodzimierzem Smolarkiem, który w 1981 został Piłkarzem Roku „Sportu”, oraz z Władysławem Żmudą. Materiały poszły, ale mnie już w redakcji nie było.

Co potem?

- Mój patron, a jednocześnie dobry duch z „Wieczoru”, pochodzący z Żor Stanisław Wojtek, dostał nominację na naczelnego „Trybuny Robotniczej” i po jakimś czasie - bez wątpienia za jego sprawą i wstawiennictwem - zostałem członkiem tejże redakcji. Człowiek nie miał nic do gadania, a jak chciał funkcjonować w zawodzie, to nie było alternatywy. Stanisław Wojtek był dla mnie takim drugim ojcem, jednocześnie kimś, kto czuł i znał sport. Był nadzwyczaj dokładny. Na przykład sprawdzając moje pisanie, potrafił policzyć bramki z meczu piłki ręcznej - czy wszystko się zgadzało.

Jak postrzegasz rolę „Sportu” w twoim życiu?

- Jako tytuł, który zgromadził wielu ludzi o ogromnym autorytecie, speców w danej dziedzinie, wysokiej klasy specjalistów, jak m.in. Andrzej Gowarzewski, Zbigniew Dobrowolny, Janusz Jeleń, poeta Stanisław Penar, Lech Drapiński. Każde z tych nazwisk w polskim dziennikarstwie sportowym bardzo wiele znaczyło. I jeszcze taki przykład związany ze „Sportem” i jego wpływem na moją zawodową przyszłość. To było tuż po ostatnim gwizdku rewanżowego meczu z Romą w półfinale Pucharu Zdobywców Pucharów w kwietniu 1970. Mecz na Stadionie Śląskim skończył się wynikiem 2:2. Po meczu wracamy przekonani, że Górnik odpadł, bo pierwszy mecz w Rzymie zakończył się wynikiem 1:1. Idziemy smutni koroną stadionu, wymieniamy uwagi, i nagle ktoś krzyczy. „Co?! „Sportu” nie czytaliście?! Przecież bramki w dogrywce nie liczą się podwójnie!”. Na marginesie: piłkarze Górnika też tego nie wiedzieli i myśleli, że zostali wyeliminowani. Z błędu wyprowadził ich Henryk Loska, wówczas kierownik drużyny Górnika.

Gazety, w tym „Sport”, rozchodziły się na pniu!

- Do gazet był wtedy trudny dostęp. Niełatwo było, ot tak, kupić, co się chciało. Krąży anegdota, że „Sport” był wkładany w inne gazety, tak żeby następni w kolejce nie widzieli. W najlepszym czasie, w trakcie mistrzostw świata 1974, nakład wynosił 250 tys. i taka była też sprzedaż. A trzeba pamiętać o reglamentacji papieru – w czasach tzw. socjalizmu wszystko było deficytowe; redakcje nie mogły same decydować, jaki chcą nakład.

Do „Sportu” wróciłeś w 1990 roku, pełniąc różne funkcje – sekretarza redakcji, zastępcy naczelnego, wreszcie naczelnego... A co dalej?

- Teraz zamierzam odpocząć. Poświęcić czas rodzinie, wnukom, ale niewykluczone, że jeszcze wrócę - wspomóc radą, tekstem. Można się zarzekać, że już nie, że dość, a potem odzywa się wewnętrzna potrzeba albo tęsknota za robotą.

Na koniec pytanie o dziennikarskie realia. Patrząc na rynek, jesteś optymistą co do zawodu dziennikarza sportowego czy niekoniecznie?

- Nie do końca optymistycznie patrzę na to, co się dzieje. Istnienie gazet narzucało jakość. W tej chwili możesz sobie odpalić stronę internetową i już jesteś dziennikarzem, ale tak oczywiście nie jest. Można napisać byle co, byle jak. Kiedyś było coś w rodzaju wewnętrznych hamulców - tego nie napiszę, to przemilczę. Teraz te hamulce poznikały. Żal mi przede wszystkim papieru, czyli po prostu gazet, bo one z definicji narzucają selekcję materiału. Ubolewam nad tym, bo Czytelnik powinien się stykać z czymś bardziej wyrafinowanym, mądrym, dającym do myślenia, a nie z byle jaką sieczką.

Rozmawiał Michał Zichlarz

ANDRZEJ GRYGIERCZYK

Data urodzenia : 20 października 1954 r.
Miejsce urodzenia : Czechowice-Dziedzice
Kariera dziennikarska : „Wieczór” (1978-81), „Sport” (lipiec-grudzień 1981), „Trybuna Robotnicza” (1982-90), „Sport” (1990-2002), „Trybuna Śląska” i „Dziennik Zachodni” (2002-07), „Sport” (2007-26)

Dwukrotny naczelny „Sportu”, w latach 2007-14 i od połowy 2024 do teraz.


48 LAT pracy ma za sobą Andrzej Grygierczyk. 

6 IGRZYSK olimpijskich obsłużył jako dziennikarz. Pierwszymi były te w Moskwie w 1980 roku, ostatnimi Ateny 2004.


Igrzyska w Seulu – jak każde inne – były okazją do spotkań z wybitnymi postaciami polskiego (i nie tylko) sportu. Na zdjęciu, od lewej: nasz rozmówca, nieżyjący już Andrzej Grubba, dziennikarz „Rzeczpospolitej” Mirosław Żukowski oraz trener kadry zapaśniczej, także nieżyjący, Jerzy Adamek.  Fot. z archiwum Andrzeja Grygierczyka

Camp Nou krótko przed rozpoczęciem fantastycznego finału turnieju piłkarskiego w Barcelonie w 1992 roku. Na tablicy – na razie – Polonia – Espana 0:0, na koniec 3:2 dla gospodarzy.  Fot. z archiwum Andrzeja Grygierczyka

Stulecie nowożytnych igrzysk obchodzono nie w Atenach, lecz w Atlancie. Odnieśliśmy tam sukcesy, do których na kolejnych igrzyskach nawet się nie zbliżyliśmy.  Fot. z archiwum Andrzeja Grygierczyka

Kazimierz Górski niejednokrotnie bywał na galach „Sportu” . Zachowując pokerową twarz, umiał rozbawić rozmówców, również Andrzeja. Fot. z archiwum Andrzeja Grygierczyka

Za Andrzejem Grygierczykiem prawie pół wieku dziennikarsko-redaktorskiej pracy. Większa część oczywiście w naszym dzienniku. Fot. Michał Zichlarz 

Materiał premium

Dalsza część jest dostępna dla subskrybentów

Odblokuj pełne wydanie i korzystaj bez ograniczeń. Czytaj ekskluzywne wywiady, analizy i felietony sportowe. Słuchaj podcastów oraz oglądaj materiały wideo.

Zobacz pakiety i odblokuj wydanie

Dostęp od 12,50 zł • BLIK / karta • Anulujesz online, kiedy chcesz

Masz już dostęp? Zaloguj się