Sport daje... spokój

Rozmowa z Mirosławem Neinertem, atkorem i dyrektorem Teatru Korez w Katowicach

W ostatnim czasie na deski z przytupem wkracza pika nożna. Kiedy w pańskim teatrze grał pan w „Weltmajstrach" Zbigniewa Rokity to była dobra zabawa?

- Dobra, chociaż ryzykowna bardzo, ponieważ Darek Chojnacki jest tam kibicem Górnika Zabrze, Robert Talarczyk - kibicem GKS-u, a ja - kibicem Ruchu. To się o tyle zgadza, że jestem z Chorzowa, a Zbyszek Rokita to wiedział i tak to zaplanował... Choć muszę powiedzieć, że ten akurat kibic Ruchu nie odpowiada wyobrażeniom kibiców o tym jacy są. Nie mówi po śląsku - bo ojciec alkoholik go za to bił, jest wyraźnym gejem i fryzjerem, więc mogło to być dla nich trudne do przyjęcia. Jest jednak wielkim kibicem Ruchu i mówi, że to najlepsza drużyna na świecie. My ciągle mamy dużą radość z grania tego spektaklu. Co jakiś czas przychodzą na przedstawienie wielkie nazwiska piłkarskie. Ostatnio był Stanisław Oślizło i wtedy... dodajemy coś do spektaklu (uśmiech). Na przykład do kwestii „Kto będzie strzał tego karnego?!" pada odpowiedź: „Staaaannisław Ooooślizło!". Widziałem ze sceny, że to dla niego wiele znaczyło, bardzo był dumny i szczęśliwy.

Piłka nożna jest wspaniałym sportem, ale czy zgodzi się pan z opinią, że ostatnimi czasy zaczyna się trochę „rozjeżdżać"? Staje się rozrywką nie tyle dla robotników, dla których kibicowanie własnym drużynom było ważną częścią życia, co dla ludzi bogatych i bardzo bogatych. Świadczy o tym najbliższy mundial, gdzie ceny biletów są horrendalne...

- Raz, że chyba nie chciałbym teraz jechać do Stanów Zjednoczonych, chociaż wcześniej bywałem, a dwa - rzeczywiście trzeba być teraz arabskim szejkiem żeby iść tam na mecz. Ceny biletów są dla mnie czymś dziwacznym. Na Śląsku była to zawsze taka rozrywka, że koszt biletu był naprawdę niewielki, nie było przeszkód żeby dopingować swoich ukochanych piłkarzy i dopingować swoją ukochaną drużynę... Jeszcze pamiętam czasy - to jest nie do uwierzenia - że jak w trakcie meczu ktoś krzyknął jakiś wulgaryzm, to starsi kibice się odwracali i mruczeli, „Ej synek, ale miarkuj się trocha", a nawet gdy przeciwna drużyna strzeliła bramkę wyjątkowej urody, to miejscowego kibica, mimo zawodu, stać było na oklaski, na uznanie...

Doceniali!

- Właśnie. Doceniali klasę. Teraz „wojna plemienna" rozrosła się do takich rozmiarów, że uznanie jest raczej niemożliwe, jest za ostra. A poza tym nie wiem, czy część kibiców jest w ogóle zainteresowana meczem, czy raczej tym co się dzieje dookoła. 

Myśli pan, że część ludzi nie tyle przychodzi przeżywać, co... się pokazać?

- Przychodzą się pokazać, albo... załatwiać własne interesy, bo nie zapominajmy o tych wszystkich brudnych rzeczach, które dzieją się wśród kiboli, gdzie wyjazd na mecz jest tylko pretekstem. W końcu ten normalny kibic, który chce z synem czy córką przyjść na mecz, czuje się tylko... dodatkiem. To niedobrze. Myślę, że władze klubów, władze PZPN powinny robić wszystko żeby zwrócić piłkę nożną kibicom...

Czy za bajtla miał pan jakichś idoli piłkarskich lub niekoniecznie piłkarskich?

- Moje dzieciństwo i wczesna młodość trafiły na znakomity okres w piłce nożnej. W 1974 roku odbyły się mecze na mistrzostwach świata, które pamiętamy i odtwarzamy do dziś. Ci piłkarze.... Grzegorz Lato - to po prostu było cudo zupełne... Gorgoń..., Tomaszewski... Cała ta jedenastka była zachwycająca. Wcześniej oczywiście Lubański... Ale nie tylko z piłki nożnej pochodzili moi idole. Jako młody człowiek uprawiałem... zapasy.

Styl klasyczny czy wolny?

- Klasyczny. Jak oglądam czasem wolniaków, to często mówię sobie: „Ej, nie łap go za nogę!" i przypominam sobie, że wolno (uśmiech). Wolno, bo wolne... (uśmiech). Klub, w którym trenowałem, bo już tej sekcji nie ma, nazywał się AKS Chorzów. Salki zapaśniczej nie miał do dyspozycji, trenowaliśmy na Stadionie Śląskim. Wchodziliśmy na zajęcia po bokserach. Boże, jak tam capiło! To znaczy pachniało inaczej... Mieliśmy wspaniałych trenerów - Chyrę i Adamczyka, znakomitych fachowców. To była szkoła życia i myślę, że sport jest niezwykle ważny dla młodych ludzi. Bo czego sport mnie wtedy nauczył? Determinacji. Przyszło nas na pierwszy trening może z 60-70 chłopaków. Wtedy sport w robotniczych dzielnicach był czymś ważnym i powszechnym. Nie chodziło nawet o to, żeby się wyrwać z tego miejsca, żeby zrobić sportową karierę, nie! Nikt nie myślał wcale w kategoriach finansowych. Chodziło przede wszystkim o to, żeby coś robić, żeby mieć jakąś przygodę. I jak przyszli wtedy na trening ci chętni, to oni nam tak dali w dupę, że trudno sobie wyobrazić. Zima była, a my biegliśmy interwałami, raz szybko, raz wolno pod planetarium i z powrotem. Do tego w sali pierwsze ćwiczenia, trochę zapaśnicze. Następnego dnia do szkoły nie poszedłem, bo nie byłem w stanie wstać z łóżka... Musiałem pomagać sobie ręką, żeby nogę podnieść. Kolejny trening był za dwa dni. Przyszło ze 12 osób, może 14... 

Czyli specjalnie zrobili odsiew, żeby zniechęcić nie do końca zdeterminowanych.

- Tak. Zawziąłem się i poszedłem. W efekcie ten sport nauczył mnie dyscypliny, dotrzymywania słowa..  Tego, że jak się coś obieca, to ma być. Tego, że gdy człowiek jest umówiony, to przychodzi, a także... szacunku dla przeciwnika. Również tego, że dziś wygrałeś, a jutro możesz przegrać i nic złego się nie stanie. 

I odwrotnie.

- I odwrotnie! Gdy patrzę teraz, jaka odbywa się tragedia narodowa, bo ktoś odpada w eliminacjach mistrzostw świata. Wszyscy narzekają „Boże, jacy oni są słabi", to mówię sobie: nie są słabi. Tamci tego dnia, w tamtym momencie byli lepsi. Los się tak ułożył, ale to jest tylko sport.

Długo był pan zapaśnikiem?

- Nieeee, kilka lat.

Kilka lat? To były i poważne zawody na koncie!

- Były, były (uśmiech). Nawet byłem wicemistrzem Śląska przez chwilę, w juniorach. 

A nie bał się pan „kalafiorów”, czyli zniekształconych uszu?

- W tym wieku to jeszcze nie było groźne, jeszcze nie było tak ostro. Gdybym dłużej ćwiczył, to rzeczywiście być może bym się tego bał... Zapasy to jest taki dziwny sport. Laikom wydaje się, że polegający na sile, a to nieprawda. On polega na sprycie i na technice. To jest najważniejsze, a sama siła nic nie daje. Chodzi o to, żeby przeciwnika przechytrzyć jakimś sposobem, jakimś chwytem. Poza tym treningi, gdy ma się naście lat, to fantastyczna zabawa. Pamiętam, że traktowaliśmy to właśnie tak fajnie: że jest zabawa, ale gdy byliśmy na przykład na zawodach, gdzie startowała reprezentacja Iranu - to tam żartów nie było! Tamci chłopcy byli przygotowywani na mistrzów... Rzucali nami jak chcieli (uśmiech), ale bardzo miło to wspominam! Obaj moi trenerzy już niestety nie żyją...

Czy uprawianie zapasów dawało panu pewność siebie na co dzień. Nie mówię, że był pan pierwszy do bitki, chodzi mi o spokój...

- Nasz trener Chyra, który był ogromnym mężczyzną, takim, który nie miał powodów obawiać się niczego, gdy byliśmy już w miarę sprawnymi zawodnikami, spytał nas: „Panowie, jeżeli jest sytuacja na ulicy, że ktoś was zaczepia, w kilku przeciwników, to wiecie co macie robić?”. A my na to: „No pewnie, zaraz ich powalić na ziemię”, Spojrzał na nas uważnie. „Nie! Macie uciekać...” To jedyna słuszna metoda. Bo nigdy nie wiadomo, co może się potem stać... Sport rzeczywiście dał mi spokój i jeszcze - jako aktorowi później - koordynację. Miałem świadomość swojego ciała, że gram ciałem i nie jest ono dodatkiem do mojego umysłu, lecz integralną częścią mnie. Kiedyś graliśmy sztukę Jasminy Rezy i w jednej ze scen za żaluzjami ustawiam sobie na podeście krzesło, siadam na nim i czekam na koniec sceny. W trakcie jednego z przedstawień źle usiadłem, źle ustawiłem nogę, która wisiała w powietrzu. W pewnym momencie oparłem się i to krzesło poleciało do tyłu. Spadłem z tego podestu. Gdybym wcześniej na treningach nie wykonał setek padów - w przód, w bok, w tył, jak się tylko da - to pewnie bym się połamał, a tak, dzięki zakodowanej pamięci w ciele, instynktownie skuliłem się i upadłem tak, że nic mi się nie stało. Był tylko huk i... zaraz siedziałem z powrotem na swoim miejscu (uśmiech). 

Czy będąc zapaśnikiem zaczął pan marzyć o aktorstwie?

 - Hmmm... Nie wiem. Wychowałem się w Chorzowie Starym, to jest taka prawdziwie śląska dzielnica. Miała wtedy, nie wiem jak teraz, pewną szlachetność, zbiór zasad wśród chłopaków. Tam nigdy nie było tak, że dwóch atakowało jednego. Gdy dochodziło do bójki, zawsze jeden na jeden. Gdy szedł chłopak z nie naszej dzielnicy z dziewczyną z naszej dzielnicy - nikt go nie zaczepił i nie uderzył. Jak szedł z tą dziewczyną. Jak wracał to rzeczywiście mogło być już trochę inaczej... A jak jako syn nauczycielki, który przyjechał z Ziem Zachodnich, mówiłem bez śląskiego akcentu. W dzieciństwie nauczyłem się po śląsku, ale wtedy mówiłem zupełnie czystą polszczyzną. Polonistki były zachwycone. „Boże, jak on cudownie mówi po polsku! Musisz startować w konkursach recytatorskich". No i tak poszło (uśmiech).

Wróćmy jeszcze do polskiej reprezentacji piłkarskiej. Nie będzie jej w najbliższym mundialu. Tragedia? Rozczarowanie?

- Nie. Raz się wygrywa, raz się przegrywa. We współczesnym sporcie lubię coś, co chyba coraz mniej już funkcjonuje, czyli poczucie godności i honoru. Można przegrać, ale trzeba gryźć trawę. Walczysz - możesz przegrać. Nienawidziłem epoki Michniewicza - to znaczy „Jakoś dotrwamy do końca, będziemy się bronić i może uda nam się strzelić bramkę”. Nienawidzę kunktatorstwa w sporcie, lubię jak się walczy. Baraż ze Szwecją przegrali. Trudno. Ale walczyli. Pokazali drużynę. Dlatego mówię sobie: dobra, nie będą grali teraz, to za cztery lata! Nie na tym mundialu, to na następnym. Nie czułem wstydu. Trzymam kciuki w przyszłości. 

Rozmawiał Paweł Czado

Mirosław Neinert

◾ Ur. 12 stycznia 1959 roku w Żaganiu.

Aktor teatralny i dubbingowy, reżyser, dyrektor Teatru Korez w Katowicach,gdzie występuje w prawie każdym spektaklu. Laureat wielu nagród. 

Mirosław Neinert w redakcji „Sportu". Fot. Paweł Czado

Materiał premium

Dalsza część jest dostępna dla subskrybentów

Odblokuj pełne wydanie i korzystaj bez ograniczeń. Czytaj ekskluzywne wywiady, analizy i felietony sportowe. Słuchaj podcastów oraz oglądaj materiały wideo.

Zobacz pakiety i odblokuj wydanie

Dostęp od 12,50 zł • BLIK / karta • Anulujesz online, kiedy chcesz

Masz już dostęp? Zaloguj się