Spokój olimpijski

REMANENT, cotygodniowy felieton Jerzego Chromika

Sześćdziesiątka pęka! Nie zakładałem, że zaproponuję tyle felietonów anonimowym w gruncie rzeczy Czytelnikom. Z tą anonimowością to jednak trochę przesadzam, bo do lektury przyznało się, poza oczywiście właścicielem, jego żoną i naczelnym, jeszcze kilkoro. Choćby Paweł Czado i Grzegorz Kaczmarzyk. A jeden z Czytelników nawet odpowiedział mi serdecznie po F57, zatytułowanym „Feedback”. Aż sobie i Wam zacytuje pana Roberta o nicku na Twitterze @rnrobertPL:

– Panie Jerzy, prosił Pan o feedback: to my prosimy o dalsze felietony w „Sporcie”. Pasuje Pan tu idealnie; i daje to nam dużo przyjemności czytania. Pozdrowienia.

Byłem tak wzruszony, że od razu przypomniała mi się – ponoć wcale nie do końca zmyślona – anegdota o schyłkowej gazecie mazowieckiej. Pewnego dnia wpadł do jej redakcji roztrzęsiony jegomość i od progu krzyczał:

– Ja sobie wypraszam, tak dalej być nie może!

Pootwierały się z zaciekawieniem drzwi pokoi kolejnych działów, a gość dobiegł do najważniejszego pomieszczenia. Odtrącił w progu sekretarkę, która chciała być Rejtanką, i wparował do gabinetu naczelnego. Powtórzył jeszcze głośniej:

– Ja sobie wypraszam, tak dalej być nie może, ja jestem waszym czytelnikiem!

Sędziwy redaktor wstał zza biurka i powiedział z olimpijskim spokojem:

– Ach, to pan, niech pan siada...

To dziś nie ostatnia historyjka z „Dziejów prasy polskiej w latach 1956–2026”.

W naszym „Sporcie”, co potwierdził mi obecny naczelnik stacji, czyli Jędruś, miała miejsca taka sytuacja. Redaktor odpowiedzialny za lekką atletykę dowiedział się, że w „jego” dyscyplinie lada miesiąc odbędą się pierwsze w dziejach MŚ, w Finlandii. Pobiegł podniecony do gabinetu najważniejszego redaktora, by podzielić się z nim tą niezwykle radosną wiadomością.

– Wie pan, fajna impreza się szykuje! Może bym tam pojechał jako wysłannik gazety?

I wtedy usłyszał:

– Wy, kolego, zajmujecie się lekką atletyką w aspekcie krajowym, a ja w zagranicznym. Sam tam pojadę...

Aha, pewnie jeszcze nie wspomniałem tu, że też mogłem być na igrzyskach. Na zimowych, ale dużo wcześniej, bo... w Nagano. Byłem wtedy szefem działu sportowego „Expressu Wieczornego” i mogłem z olimpijskim spokojem wypełnić sobie druk akredytacji. No, ale nie znałem japońskiego, angielski tylko z widzenia, a z niemieckim niewiele bym tam wskórał. Zaprosiłem więc do siebie Jędrusia Chylińskiego o mylącym pseudonimie „Ptyś”. Ten nasz redaktor-chodziarz reprezentował USA podczas igrzysk w Atlancie i biegle mówił z akcentem nowojorskim, bo przyszedł na świat w samolocie akurat nad tym miastem. Nawet ucieszył się, że znowu leci! Tym razem do Nagano, ale z zaciekawieniem zapytał:

– A ty nie chcesz? Dlaczego?

Do dziś nie wiem dlaczego, bo już wtedy było wiadomo, że to być może pierwsza i ostatnia okazja odwiedzenia Japonii. I to nie na swój koszt!

Ceremonię otwarcia i w Nagano, i w Mediolanie oczywiście obejrzałem w tv. I niczego nie żałowałem! A w Nagano do tej pory nie byłem, ale... na San Siro już tak! Taka to sprawiedliwość turystyczna. A co zapamiętam z piątku? Dwa znicze, bo tego jeszcze nie grano, gdyż prawie wszystko już było. Poza kobietą na czele MKOl. Mówiła składnie, ale za długo. A przemarsz olimpijczyków był do zanudzenia i choć w czterech miejscach naraz, to nie do obejrzenia bez wygodnego fotela.

Kochajmy sportowców, bo tak często upadają. Choćby Lindsey Vonn. Rozpętała się po jej wypadku na stoku twitterowa dyskusja, bezsensowna prawie jak akademicka. Czy ONA powinna startować? Odpowiedzi udzielił nam szybko narciarz z Haiti, który nie dał się zdublować i był 64. Przejechał linię mety z olimpijskim spokojem i szelmowskim uśmiechem.

I o to chodzi w tej zabawie na śniegu i lodzie. Idę więc zaraz na dwór, ubrany jak na sanki! Ale nie będę zjeżdżał z głową w dół. Za dużo mam w niej z tyłu, a nie chcę, by to, co najważniejsze, przesunęło mi się niepotrzebnie do czoła.

PS. Czołem Kacprze! W drugim skoku zachowałeś mój tytułowy olimpijski spokój, a przecież tak naprawdę nie wiedziałeś, co to znaczy i na czym ten spokój polega. Teraz o Tobie piszą i będą pisać wszyscy, więc ja już nie muszę. W chórze źle wypadam. Owszem, byłem w szkolnym, ale tylko po to, by z najwyższego rzędu zepchnąć nielubianego kolegę w trakcie pieśni apelowej. Nawet pamiętam refren...

– Ukochany kraj, umiłowany kraj,
Ukochane i miasta i wioski.
Ukochany kraj, umiłowany kraj,
Ukochany, jedyny nasz, polski.

Warto zauważyć, że nie zwracamy się do srebrnego medalisty olimpijskiego: drogi Kacper. Obowiązuje wołacz! „Drogi Kacprze, w pierwszych słowach mego felietonu chciałbym wyrazić i podziw i... zarazem zdziwienie.” Fot. PAP / Grzegorz Momot

Materiał premium

Dalsza część jest dostępna dla subskrybentów

Odblokuj pełne wydanie i korzystaj bez ograniczeń. Czytaj ekskluzywne wywiady, analizy i felietony sportowe. Słuchaj podcastów oraz oglądaj materiały wideo.

Zobacz pakiety i odblokuj wydanie

Dostęp od 12,50 zł • BLIK / karta • Anulujesz online, kiedy chcesz

Masz już dostęp? Zaloguj się