Specjalne traktowanie
KONTROWERSJA KOLEJKI
Kto oglądał mecz w TV, ten widział tę oprawę i fajerwerki. Pytanie brzmi – dlaczego? Fot. Leszek Szymański/PAP
Pokazujące piłkę nożną telewizje na ogół nie prezentują w transmisjach pokazów pirotechnicznych. Zazwyczaj – jak w Polsce – jest to bowiem niezgodne z prawem, więc by nie legitymować czegoś w teorii zakazanego, udaje się, jakby nic się nie działo. Jasne, że czasem siłą rzeczy, gdy dzieje się jakaś akcja, kamera w tle pokaże małe co nieco, lecz prawie nigdy nie zdarza się, aby w naszym kraju kamera był skierowana wprost na płonące race. Prawie.
Wyjątkiem był ostatni mecz Legii z Widzewem. Jedna z grup stołecznych ultrasów (ci od dopingu i opraw) świętowała urodziny. Przygotowała więc kilka opraw, pirotechnikę, a z dachu stadionu zostały wystrzelone fajerwerki jak w Sylwestra. Ludzie mają różne podejście do takich pokazów – na pewno jest to widowiskowe, często ładne, a akurat, co trzeba przyznać, warszawscy ultrasi potrafią to robić bardzo dobrze. Ale nie w tym rzecz.
Chodzi bowiem o to, że w trakcie transmisji przez Canal+ realizator wielokrotnie pokazywał to, co dzieje się na legijnych trybunach. Kamera z drugiej strony stadionu obejmowała całą „Żyletę”, czyli trybunę ultrasów, na której prezentowane były oprawy. Więcej, gdy odpalane były fajerwerki – nad Łazienkowską unosił się dron z kamerą wysokiej jakości, transmitujący efektowną warszawską panoramę. Panoramę z czymś, co jest zakazane. Widzewiacy w swoim sektorze także zaprezentowali oprawę, także odpalili pirotechnikę – ale telewidz nie mógł tego zobaczyć. Dlaczego? Czemu tylko warszawskie (ładne, lecz niedozwolone) popisy mogą liczyć na specjalne udekorowanie telewizyjne?
– Canal+ nie realizuje obrazu z meczu i nie wynajmuje dronów by pokazywać oprawy. Dostajemy sygnał od LiveParku (spółka Ekstraklasy SA – przyp. red.) – tłumaczył się szef redakcji C+ Sport Michał Kołodziejczyk. W takiej sytuacji nie mogą jednak dziwić pretensje i sugestie o telewizyjne faworyzowanie Legii...
Piotr Tubacki
