Sosnowiec dał radę!
Basket opanował Zagłębie Dąbrowskie. Najlepszy finał Pucharu Polski w historii?
Koszykarze Trefla napisali w Sosnowcu piękny rozdział swojej historii! Fot. Stanisław Mucha
Finałowy turniej Pucharu Polski w sosnowieckiej Arenie z każdym sezonem prezentuje się coraz okazalej. Przyznam, że dwa lata temu byłem sceptyczny. Zastanawiałem się, czy decyzja PZKosz o przyznaniu wieloletniej organizacji miastu, które koszykówką żyło głównie 30-40 lat temu, była słuszna. Pierwsza edycja faktycznie nie podbiła mojego serca ani – jak sądzę – serc sporej części koszykarskiej Polski.
Kolorowo na trybunach
Wszystko zmieniło się rok temu. To wtedy do Sosnowca zawitali kibice i koszykarze z Wałbrzycha, pisząc niesamowitą, niemal bajkową historię. Wraz z nimi urosła ranga całego wydarzenia. Tegoroczna edycja wydaje się jednak najlepszą w historii. Do Zagłębia zjechały solidne grupy fanów z całego kraju: Wałbrzyszanie tradycyjnie w bieli i niebieskim, Sopocianie w żółto-czarnych barwach, a Zielonogórzanie z efektownym banerem „Zastal Express”.
Kazek i dziecięce uśmiechy
Nie zabrakło fanów z Gdyni, Wrocławia i Szczecina. Kibice z Warszawy, wraz z maskotkami – misiem Kazkiem i wilkiem Łowcą – odwiedzili przy okazji Centrum Zdrowia Dziecka w Klimontowie, niosąc prezenty i uśmiech małym pacjentom.
– Przyjechaliśmy na cały turniej i wrócimy z pucharem – deklarował 15-letni Oliwier, który z mamą wspierał drużynę z Sopotu. Za wierny i głośny doping spotkała go wyjątkowa nagroda: zaproszenie do szatni ukochanego zespołu.
Wiedza i wielkie emocje
Turniejowi towarzyszyło wiele imprez dodatkowych: wykłady, warsztaty i konkursy. Słynny skaut Rafał Juć wystąpił przed trenerami z intrygującym prelekcją: „Dlaczego jedni robią karierę, a inni nie – 10 prawd, których nikt nie mówi zawodnikom”.
Prawdziwym przebojem okazały się jednak konkursy dla kibiców. Padły dwa celne rzuty, które przyniosły szczęśliwcom 50 i 100 tysięcy złotych. Pojawiły się jednak głosy dyskusyjne: czy w takich zabawach powinni brać udział zawodowcy? W sobotę z połowy boiska trafił bowiem Dawid Grochowski, były gracz m.in. GKS-u Tychy i MCKiS-u Jaworzno.
Wilczkowy gen zwycięstwa
Rośnie ranga konkursów wsadów i trójek. Czy rodzina Wilczków ma monopol na rzuty z dystansu? W tym roku triumfował legionista Maksymilian, a dwa lata temu nagrodę zgarnął jego brat Dominik. – To mogą być geny. Grałem z ich tatą, Tomkiem Wilczkiem. On też miał „gorącą rękę” – wspominał komentator Tomasz Jankowski. – Dwa młode wilczki wchodzą do gry, a stary wilk ich tego uczył – dodawał z uśmiechem Mariusz Bacik.
Finał przyniósł skrajne emocje. Arkadiusz Miłoszewski, trener zespołu z Zielonej Góry, po raz drugi z rzędu musiał uznać wyższość rywala w finale (rok temu z Kingiem Szczecin). – Zabrakło nam fizyczności i rotacji. Trefl obnażył nasze braki kadrowe – komentował ze smutkiem, zapowiadając jednak walkę w lidze.
Szampańska zabawa
W ekipie Trefla Sopot nastroje były zgoła inne. Na trenera Mikko Larkasa w szatni czekała przymusowa kąpiel, którą zgotowali mu zawodnicy. Mimo że Jakub Schenk oglądał finał z ręką na temblaku (czeka go operacja nadgarstka i 2 miesiące przerwy), nie posiadał się z radości. Teraz przed Sopocianami największe wyzwanie: przełamanie klątwy, która od dziewięciu lat nie pozwala zdobywcy Pucharu Polski sięgnąć po mistrzostwo kraju. – Ktoś musi ją w końcu przełamać – skwitował Schenk.
(pp)
