Snajper zostaje w ROW-ie
Rozmowa z Jakubem Kuczerą, zdobywcą 37 bramek w 4. lidze śląskiej
Mateusz Kuczera (w środku) ma jeszcze w Rybniku wiele do zrobienia. Fot. FB/ROW Rybnik
Gdzie nauczył się pan seryjnie strzelać gole?
- Jestem... samoukiem. Owszem, moim pierwszym klubem, w którym zostałem zarejestrowany, jest Odra Centrum Wodzisław, ale wszystko zaczęło się w Jankowicach, bo tam się wychowywałem pod okiem taty, który grał głównie w miejscowym Orle. Był środkowym pomocnikiem, a mama uprawiała akrobatykę i lekką atletykę. To rodzice dali mi pierwszą piłkę i zaszczepili futbolową pasję. Moimi trenerami w wodzisławskich drużynach młodzieżowych byli Adam Mokry, Adam Knopek i Tomasz Zieliński, ale jeżeli mam mówić o trenerze, który mnie ukształtował, to muszę wymienić nazwisko Jacka Trzeciaka. To on, gdy jako 15-latek na początku 2019 roku podpisałem kontrakt z II-ligowym wówczas ROW-em, wprowadził mnie w świat seniorskiej piłki. 11 maja zadebiutowałem w wygranym 4:2 wyjazdowym meczu z Rozwojem Katowice, wchodząc za Bartosza Giełażyna, a 8 dni później pokazałem się rybnickiej publiczności, zmieniając Roberta Tkocza w zwycięskim 3:0 spotkaniu ze Zniczem Pruszków. Mimo tych zwycięstw w ostatnich 2 kolejkach spadliśmy wtedy do III ligi.
Czy to był dla pana moment zwrotny?
- Tak można powiedzieć, bo wtedy zaczęła się dla mnie poważna piłka. Zacząłem grać coraz więcej, aż do... złamania nogi, ale po wyleczeniu w kolejnym sezonie, w 26 spotkaniach, strzeliłem 10 goli i przeszedłem do II-ligowej Garbarni Kraków. W ten sposób zacząłem zbierać doświadczenia. Były chwile lepsze i gorsze, ale czy to w Krakowie, czy na wypożyczeniu w III-ligowych wtedy Odrze Wodzisław i Polonii Bytom oraz w Unii Turza Śląska, z krótkim pobytem w Rybniku jesienią 2023 roku, z każdego treningu i z każdego meczu starałem się wyciągnąć jak najwięcej. Już jako ukształtowany zawodnik, półtora roku temu wróciłem więc do ROW-u.
Wiosną ubiegłego roku strzelił pan 13 goli dla drużyny, która zajęła 5. miejsce. Z jakim nastawieniem rozpoczynał pan sezon 2025/26?
- Nikt nie myślał o rekordzie. Owszem, wysoko zawiesiliśmy sobie poprzeczkę, bo działacze postawili mi za zadanie zdobycie 20 bramek, a ja wyznaczyłem sobie granicę 30. Zaczęło się od trafienia w 1. kolejce ze Spójnią Landek, którą pokonaliśmy na wyjeździe 2:0, a skończyło się w Łaziskach Górnych, gdzie też wygrywając 2:0 przypieczętowaliśmy awans. Wykorzystany karny to był najważniejszy gol sezonu. Natomiast moje najbardziej wystrzałowe mecze rozegrałem w Rybniku z Przemszą Siewierz jesienią i z Szombierkami Bytom wiosną, bo trafiałem po 4 razy, a w Bełku skompletowałem hat trick. Myślę jednak, że w pamięci kibiców i mojej na pierwszym miejscu jest gol z Piastem II Gliwice. Przyuważyłem, że bramkarz wychodzi wysoko, bo tak teraz uczeni są młodzi golkiperzy, więc postanowiłem, jak tylko będzie okazja, uderzyć z daleka. Okazja się nadarzyła i choć byłem na środku boiska, nawet za kołem, to zastawiłem się, przyjąłem piłkę piętą i mimo obrońcy „na plecach” od razu kopnąłem „w ciemno”. Nie patrzyłem. To zadziałało jak automat i się udało.
Czy 37 goli wpadło w oko szefom klubów z wyższych lig?
- Pojawiła się propozycja z I ligi, ale postanowiłem zostać w ROW-ie. To jest mój klub. Tu są też ludzie, którym wiele zawdzięczam, jak Jasiu Janik, Paweł Mandrysz, Marcin Grolik i inni. Tu jest także moja dziewczyna, Nicola, oraz cała rodzina, bo oprócz rodziców kibicuje mi też starszy o 10 lat brat, któremu kontuzja przeszkodziła w piłkarskim rozwoju. Zresztą wiele jest osób, którym mam za co dziękować, bo miałem szczęście spotykać takich ludzi, dzięki którym się rozwijałem jako piłkarz, a teraz mogę z tego żyć. Wiele się nauczyłem, gdy jako 17-latek podglądałem Dawida Plizgę, grającego wtedy w ROW-ie, i słuchając rad trenera Rolandy Buchały.
Z jakim numerem zagra pan w sezonie 2026/27?
- Ze swoim, czyli 24. Taki numer dostałem jako 15-latek od kierownika Henryka Cichonia i tak zostało. Jest dla mnie szczęśliwy, więc zbliżając się do 24. urodzin mam nadzieję, że z nim zostanę jeszcze bardziej zauważony. Nie znaczy to jednak, że jestem przesądny, ale mam swój stały rytuał, czyli znak krzyża przed wejściem na murawę i postawienie lewej stopy na boisku. Jestem co prawda prawonożny, ale lewa noga – jak widać – też jest dla mnie ważna (śmiech). Jeżeli mówimy o liczbach, to zakładam sobie przekroczenie granicy 20 trafień i co najważniejsze, jak najwyższe miejsce naszego beniaminka w III-ligowej stawce. Jestem optymistą, bo jako drużyna udowodniliśmy w minionych rozgrywkach, że potrafimy sobie radzić ze wszystkimi trudnościami i wewnętrznymi, i zewnętrznymi,więc z taką szatnią i z nowym trenerem powinno być dobrze.
Rozmawiał Jerzy Dusik
