Smutek
LIGOWIEC - felieton Pawła Czado
Lukas Podolski nie wytrzymał: zgrzał się i odpalił. Wyleciał z czerwoną kartką za uderzenie Michaela Ameyawa z impetem łokciem w brzuch. Bardzo przykro ogląda się takie obrazki: to przecież mistrz świata i świetny piłkarz, który widział wszystko. Tyle przeżył, tyle zdobył, a kończy karierę zachowaniami, które mu nie przystoją. Piszę o tym, oddzielając dwie sprawy: oddaję cesarzowi, co cesarskie, ale i zauważam, co wstydliwe i godzące w jego reputację. Nie jest usprawiedliwieniem fakt, że chwile wcześniej dostał od Ameyawa barkiem w twarz.
Dyskutowaliśmy w redakcji nad tym zdarzeniem. Lubię argentyński futbol, ktoś powie więc, że to przejaw vivezy. Termin ten oznacza spryt, inteligencję i niezwykłą żywotność. Przede wszystkim odnosi się do umiejętności wykorzystania sytuacji dla własnej korzyści, czasami w sposób "etycznie wątpliwy". Liczy się tylko zdobycie przewagi nad innymi. To potoczne określenie cechy charakteru lub działania jednostek dla dobra siebie, ale i ogółu. Dlatego w Argentynie spojrzą na ciebie jak na wariata gdy stwierdzisz, że słynna ręka Maradony podczas meczu z Anglią w ćwierćfinale mistrzostw świata w Meksyku w 1986 roku to "etycznie wątpliwe". Maradona zrobił coś, co do niego należało, a że sędzia gapa? Cóż...
W zachowaniu Podolskiego podczas meczu w Zabrzu vivezy nie było. Stary mistrz po prostu stracił nerwy. Przykro ogląda się takie obrazki, bo przecież w tej sytuacji nie było niczego szczególnego, nikt nie polował na jego kości; zwykła walka o piłkę. Piłkarz stracił nerwy... A przecież było już właściwie po meczu: to był już doliczony czas, Raków, przegrywający dwiema bramkami nie miał szans uszczknąć czegokolwiek.
Zawsze gdy wielki mistrz traci nerwy - czuję smutek. To jakby smutek związany z przemijaniem. Wiadomo, że już wkrótce Lukas Podolski zakończy karierę, więc nigdy to nie jest fajne, gdy ostatnie jej przejawy kończą się tego rodzaju incydentami.
Podolski, wracając do polskiej ligi, wiele dla niej zrobił pod względem wizerunkowym. Sama jego obecność w Górniku to zjawisko nie tylko sportowe, ale wręcz fenomen socjologiczny. Pamiętam jego powitanie na stadionie Górnika. Byłem pod ogromnym wrażeniem. Na trybunach były tłumy, a przecież nie było żadnego meczu. Takiego powitania w lidze nie zaliczył żaden piłkarz. Gdy wychodziłem na parking, gdzie działy się słynne sceny z "Piłkarskiego Pokera", parkowały dwa TIR-y. Wysiadali z nich kierowcy z drugiej części Polski. - Słyszeliśmy, że witają tu dziś Podolskiego. Przejeżdżaliśmy i chcieliśmy to zobaczyć - mówili mi. Czy może być dla piłkarza piękniejsza laurka?
Podolski zawsze był człowiekiem z fantazją. Wiele lat temu gdy przyjechał, wsiedliśmy do mojego zdezelowanego grata i pokazał mi Sośnicę. Akurat był koniec szychty na kopalni - wysiadł z auta i przywitał się z wujkiem, który właśnie kończył szychtę. Inni górnicy wokół zrobili wielkie oczy. Bardzo mi się to wtedy podobało. Lukas Podolski rzeczywiście ma w sobie ten magnetyczny luz, który sprawia, że ludzie go zwyczajnie lubią. Bezinteresownie - jak gościa, którego da się lubić. Niestety - teraz coraz częściej ujawnia się jego druga natura - potrafi stracić nerwy i boleśnie zranić. Ktoś powie - mistrz musi umieć oddać.
Ale chyba nie w ten sposób, prawda?
