Śląski charakter w Europie

WYMIANA KOSZULEK - cotygodniowy felieton Wojciecha Kuczoka

Nie ciesz się bratku z cudzego przypadku. W sobotę nie byłem w stanie powstrzymać schadenfreude, kiedy GKS w ostatnich sekundach zabrał Legii puchary, na które skądinąd w najmniejszym stopniu nie zasłużyła; po golu Wędrychowskiego parsknąłem nawet jak po puencie dobrego wicu. W niedzielę już mi nie było do śmiechu, gdy ostatnia szarża Polonii Warszawa, skutecznie zakończona przez Łukasza Zjawińskiego, odebrała Ruchowi baraże o awans, na który skądinąd w nikłym nawet stopniu nie zasłużył.

Z wiekiem jednakowoż człowiek się uodparnia; kiedyś byłbym szaty rozdzierał, z hercklekotami do kardiologa kazał się wieźć, wpadł w depresję głęboką i grząską – teraz po chwili wzruszyłem ramionami i powiedziałem sobie: „to tylko futbol”. Tylko i aż – należy z piłkarskich wzruszeń czerpać jak najwięcej radości i pocieszeń, ale mieć w zanadrzu skuteczne „wyjebongo”, kiedy rzeczy nie układają się po naszej myśli – w przeciwnym razie mielibyśmy niebezpiecznie wiele okazji do tego, by skończyć jak zdesperowani fani Canarinhos po Maracanazo w 1950 (czarna legenda głosi, że w rozpaczy masowo rzucali się z dachu trybuny dwustutysięcznika).

Katowice na puchary sobie zasłużyły – jeśli ktoś teraz w lidze reprezentuje mityczny „śląski charakter”, to właśnie Gieksa, w dodatku reszta kraju zazdrośnie spogląda na to, z jaką cierpliwością władze klubu pozwoliły zbudować siłę drużyny trenerowi Górakowi, świętującemu właśnie sześciolecie nieprzerwanej pracy na katowickiej ławce. Ponad dwie dekady poza Europą - głód wielkiej piłki w stolicy Górnego Śląska jest olbrzymi, choć Gieksa nie ma tak triumfalnych wspomnień, jak choćby zamożniejsi sąsiedzi z Zabrza, dlatego legendą obrósł dwumecz we wczesnej rundzie Pucharu UEFA z Bordeaux, jedyna w historii GKS konfrontacja z klubem europejskiego top 5 zakończona happy endem.

Legia, gdyby jej los bardziej sprzyjał, dostałaby szansę na Ligę Konferencji, ale nie otrzymałaby koniecznej lekcji pokory, dzięki której być może jej fani z krainy wyobrażeń wrócą do rzeczywistości i poskromią nieco swoją megalomanię. Zarządowi także przyda się nauka – od kiedy w GKSie pracuje Rafał Górak, w Legii zatrudniano już ośmiu szkoleniowców, warto dać Papszunowi popracować dłużej to i puchary się pewnie pojawią.

Na razie Warszawa sobie od Europy odpocznie przez co najmniej rok, za to Górny Śląsk nie miał się lepiej od kiedy sięgam pamięcią: Górnik w eliminacjach Ligi Mistrzów, Karvina w kwalifikacjach Ligi Europy (dzięki zdobyciu Pucharu Czech), a GKS powalczy o Ligę Konferencji – na domiar dobrego Medaliki mają stadion z dykty i pewnie znowu będą musiały grać w Sosnowcu, czyli u goroli tuż za miedzą. Jako istota odwiecznie niezmotoryzowana, już zacieram ręce na tę przygodę osiągalną przy pomocy krótkich przejażdżek tramwajowych bądź autobusowych. Górnik już wie, że wystarczy pokonać jednego rywala, aby pograć w pucharach aż do grudnia, wie nawet, że jeśli los się uśmiechnie, może załatwić sprawę już na starcie, bo ma 50% szans na wylosowanie Sturmu Graz, drużyny na zbliżonym poziomie, w przeciwieństwie do stambulskiego Fenerbahce.

Na domiar dobrego Piast się utrzymał w ekstraklasie; do tych wszystkich śląskich uciech brakowało tylko przyzwoitego meczu Niebieskich w Pruszkowie. Już zimą przewidywałem na niniejszych łamach, że Ruch o awans nie powalczy, ale do samego końca będzie trzymał się blisko baraży – nie spodziewałem się jednak, że moja prognoza ziści się z tak diabelską precyzją. Chorzowianie nie zrobili nic, aby sobie pomóc, przegrali ze zdegradowanym Zniczem zasłużenie, prezentując absurdalną niemrawość i brak woli zwycięstwa. A potem, kiedy już zjadaliśmy paznokcie, czekając na ostatni gwizdek w Opolu, pomyślałem sobie: przecież to nie ma sensu – z taką grą po raz kolejny boleśnie odbiją się od Wieczystej, ten Ruch do ekstraklasy mógłby się wedrzeć tylko fuksem, pewnie po to, by znowu po roku zlecieć.

Kibice Niebieskich przed wyjazdem do Pruszkowa byli pewni swego – ja zaś pełny byłem obaw, bo bez względu na poziom rywali Ruch musiałby wygrać czwarty mecz z rzędu, a takiej serii na poziomie centralnym nie pamiętają najstarsze dziady stadionowe. Trener Fornalik, tłumaczył na konferencji, że o klęsce zadecydował brak wykartkowanych Nagamatsu i Ventury – mógł mieć rację, ale tym gorzej dla Ruchu - drużyna z tak krótką ławką nie ma prawa grać na poziomie ekstraklasy.

Wesołe czasy dla Niebieskich raczej nie nastaną, jeśli klub nie znajdzie zamożnego właściciela – na rekordowej frekwencji w meczach przyjaźni i mistrzów już nie zarobią, bo Wisła i Widzew są szczebel wyżej; prezydent Michałek może być kolejną ofiarą referendum odwoławczego, na które niechybnie zapanuje moda po wydarzeniach w Krakowie – zaraz może się znowu okazać, że Ruch jest klubem bezdomnym, biednym i niechcianym. Jakże chciałbym się mylić.

Wesołe czasy dla Niebieskich raczej nie nastaną, jeśli klub nie znajdzie zamożnego właściciela, zaraz może się znowu okazać, że Ruch jest klubem bezdomnym, biednym i niechcianym... Fot. Radosław Makuch/PressFocus.

Materiał premium

Dalsza część jest dostępna dla subskrybentów

Odblokuj pełne wydanie i korzystaj bez ograniczeń. Czytaj ekskluzywne wywiady, analizy i felietony sportowe. Słuchaj podcastów oraz oglądaj materiały wideo.

Zobacz pakiety i odblokuj wydanie

Dostęp od 12,50 zł • BLIK / karta • Anulujesz online, kiedy chcesz

Masz już dostęp? Zaloguj się