Siatka i... motyle
REMANENT - Jerzy Chromik
Gdy Kulesza ociągał się z nominacją Urbana, to podsuwałem z przymrużeniem oka najlepsze z możliwych wtedy rozwiązań. Grbić do piłkarzy obunożnych!
Nie, nigdy, przenigdy. Za bardzo lubię siatkówkę, aby iść w tak niedorzeczne rozwiązania. Siatkówka jest jedna, jak matka. I nie można jej dokuczać, komplikować życia, a powinno się wyłącznie pomagać. Ona teraz karmi kibiców, zaspokaja jako jedyna potrzebę sukcesów. No, po prostu jest naszą niezastąpioną żywicielką emocji z happy endem.
Najpierw pokazały się panie. Były jak motyle nad siatką. Co prawda w Łodzi nie wygrały turnieju, ale wstydu też nie przyniosły. Trzecie na świecie? Daj Boże dożyć Januszom ze Stadionu Narodowego powtórki z 1974 i 1982. A nawet ich wnukom!
Która z siatkarek najbardziej przypomina damę polującą na motyle? Oczywiście Kąkolewska, po mężu Korneluk. Jak ona to zręcznie wszystko robi. Tak od niechcenia. Ścina właściwie bez wyskoku, a nawet bez podskoku. Czasami odrywa od parkietu tylko jedną nogę, a jest tak skuteczna, jak przed dziesięcioleciami koszykarka Siemionowa. Tamta miała tyle centymetrów przewagi nad rywalkami, że poruszała się majestatycznie jak... Aerofłot. Wchodziła do „trumny”, dostawała piłkę, wkładała ją od niechcenia do kosza i opuszczała pole trzech sekund gotowa do kolejnej akcji.
Siatkarki imponowały nam nie tylko w tym finałowym turnieju, bo Lavarini potrafi pracować z paniami. Na pewno nie tak, jak jeden z jego poprzedników. Ale to, co w sobotę i w niedzielę zrobili z rywalami panowie za Wielkim Murem, a właściwie za Wielkim Blokiem, przeszło ludzkie pojęcie! A co ciekawsze, nie wróciło...
Przeciwko Brazylii nie grał za dobrze Leon, no to grał wyśmienicie Sasak. Ścinał jak tasak! Do tego jeszcze dołączał Fornal, dobry duch tej wybornej paczki. Po skręceniu stawu skokowego na własną prośbę wrócił na parkiet, bo ponoć śpiewać każdy może, ale tańczyć to już niekoniecznie.
W niedzielnym finale, no może poza polem serwisowym, wziął sobie wolne Sasak, więc Leon musiał wrócić na właściwy poziom, czyli 330–340 cm nad siatką. Niszczył co drugą zagrywką, ale to wystarczało na Włochów, którzy nie wiedzieli, gdzie są i jak mają stać w dwuszeregu. Gubili nawet ustawienie. Dopiero nasi razem z sędziami pokazali im jak stać. Bo nad siatką nie za dużo mieli do szukania.
A skąd to skojarzenie z łąką i motylami? Bywając latem u babci, uwielbiałem pogoń z czapką za owadami. A nasi, zarówno siatkarki, jak i siatkarze, też bawili się setnie, choć nie na łące, a na parkietach. Ganiali piłki jak chrabąszcze i zmuszali je do szybkiego lądowania po stronie rywali, przykrywając je czapą. Tak się grało, że aż wszystko furczało!
Radość nie do opisania? Zmora wszystkich przypadkowych komentatorów, którzy znają tylko... 4F. Cztery przymiotniki i wszystkie na tę samą literę: fatalnie, fantastycznie, fenomenalnie i... No właśnie, jak? Koledzy kapitana Kuby Kochanowskiego popisywali się tak, że trudno sobie przypomnieć, co jeszcze może być na „f”. Zagrali olśniewająco, bo napisać koncertowo to za mało.
Lubię od czasu do czasu wpleść coś z poezji, a najchętniej z Andrzeja Poniedzielskiego, więc i dziś stosowny fragment utworu „Kardiogram”:
(...) I nie kombinuj już wtedyNie myśl o własnej sile
Spójrz za siebie, na tamtej łące
Łapałeś kiedyś motyle...
