Serce nagle stanęło...
Rozmowa Lucyną Sobecką, zawodniczką Piotrcovii, której życie zmieniło się w sekundę
Mimo problemów zdrowotnych, Lucyna Sobecka (klęczy druga z prawej) postanowiła towarzyszyć drużynie w zwycięskiej walce o brązowy medal. Fot FB/Krasoń MKS Piotrcovia
Jak się pani obecnie czuje?
- Fizycznie czuję się całkiem dobrze. Wciąż jednak ta sytuacja jest dla mnie dziwna i jeszcze nie poukładałam sobie w głowie tego, co się stało 16 marca. Porównując, jak czułam się w szpitalu, po przebudzeniu, to teraz jest zdecydowanie lepiej. Wtedy czułam się mocno osłabiona. Obecny był ból, pojawił się też strach.
Co właściwie się stało? Jak tłumaczyli to lekarze?
- Ćwicząc w siłowni, zatrzymało się moje serce. Wykryto rzadką wadę, która powoduje groźne arytmie i tym samym niebezpieczeństwo zatrzymania akcji serca. Teraz już mam wszczepione specjalne urządzenie, które w takiej sytuacji samoczynnie pobudzi serce do pracy. Z tym już będę musiała żyć, bo taka sytuacja może się jeszcze powtórzyć, ale może też już nigdy nie nastąpić.
Wszystko, co się wydarzyło, zna pani jednak tylko z opowiadań...
- Tak, nic nie pamiętam z tego, co się wydarzyło. Mam co prawda przebłyski pamięci z tamtego dnia i z siłowni. Potem obudziłam się w szpitalu, ale z pobytu na OIOM-ie też niewiele pamiętam. Pierwsze moje pytanie brzmiało, czy to się dzieje naprawdę, czy mi się tylko śni. Później trudno było mi uwierzyć w to, co się stało. Pojawiły się myśli, czy moja przygoda z piłką ręczną będzie jeszcze trwać...
A jak zareagowali pani najbliżsi?
- To był dla nich szok. Nie dowierzali, co się stało. Zawsze byłam zdrowym sportowcem, a nagle znalazłam się w stanie śpiączki na OIOM-ie. Byli jednak bardzo silni i miałam od nich ogromne wsparcie. To było dla mnie ogromnie ważne, bym wróciła do równowagi psychicznej.
Sportowcy regularnie przechodzą badania. One nie są w stanie wykryć takiej wady?
- Można ją wykryć poprzez echo serca (bezpieczne, nieinwazyjne badanie USG, które pozwala ocenić budowę, pracę zastawek i przepływ krwi w sercu - przyp. red.), ale to bardzo rzadka wada i diagnoza jest trudna. Nie każdy na nią zwróci uwagę, widząc wyniki echa serca. Proste badania tego nie wykryją. Co dwa-trzy lata miałam badane echo serca i nigdy nie wskazywało, że mam taką wadę.
Spotkała się już pani z ludźmi, którzy udzielili pani pierwszej pomocy?
- Jeszcze nie. Chcemy zorganizować takie spotkanie, ale ze względu na charakter ich pracy, trudno jest to zgrać czasowo. Na pewno miałam dużo szczęścia, że byli obok. Godzinę wcześniej byłam sama w mieszkaniu i wtedy nie miałby mi wtedy kto pomóc... Teraz jest już trochę bezpieczniej, bo mam wszczepione urządzenie, które może mi pomóc.
Jak teraz wygląda pani codzienne funkcjonowanie?
- Przez pierwsze sześć tygodni miałam sporo ograniczeń. Nie mogłam nic dźwigać, musiałam być dalej od urządzeń, które mogą mieć wpływ na wszczepiony kardiowerter, takich jak kuchenka mikrofalowa czy płyta indukcyjna. Nie mogłam odbierać telefonu lewą ręką. Musiałam też mocno ograniczyć aktywność fizyczną i sytuacje stresowe.
Na mecz pani Piotrcovii z Zagłębiem w Lubinie koleżanki wyszły w specjalnych koszulkach, wspierających powrót do zdrowia i grały z myślą o pani...
- Odczułam to bardzo, oglądając potem zdjęcia czy filmiki z tego zwycięskiego spotkania. Poczułam ogromne wsparcie ze strony drużyny. Najgorsze jednak jest to, że nic nie pamiętam z tego, co się wydarzyło w siłowni. Dziewczyny widziały to z zewnątrz. Wiem, że to wyglądało groźnie i mocno je poruszyło. Wystarczyłaby chwila i mogłoby mnie nie być... Później odwiedziły mnie w szpitalu, więc z każdą mogłam porozmawiać. Trenerzy też mnie odwiedzili, wiem, że bardzo przeżywali całą sytuację. Widziałam się ze wszystkimi przez chwilę w hali na treningu, a niemal codziennie dostawałam sms-y, czy przez komunikator. To było bardzo miłe, bo czułam ich ogromne wsparcie.
Zdrowie faktycznie musi być coraz lepsze, skoro była pani na trybunach podczas meczu, który decydował o pierwszym po 17 latach medalu dla Piotrcovii...
- Czasem ma się kontuzje i też zmagania na boisku trzeba oglądać z boku. Na pewno jednak jest to dziwne uczucie, bo cały czas czuję się częścią tej drużyny. W tym sezonie już nie pomogę, ale moja sytuacja chyba jeszcze bardziej zjednoczyła zespół do walki o brązowy medal. Po zwycięstwie w Kobierzycach nikt nam nie zabierze miejsca na podium. Zawsze chciałam na nim stanąć i od kilku dni razem z dziewczynami mogę się z niego cieszyć.
Myśli pani o tym, co dalej?
- Nie wiem, czy mój powrót na boisko będzie możliwy. Wszystko będzie zależało od opinii lekarzy. Oczywiście, każdy powinien mieć „plan B”, bo jak pokazuje mój przypadek, w jedną sekundę wszystko w życiu może się zmienić. Moje życie było ułożone i toczyło się w rytmie, który nadawała piłka ręczna. Nagle z dnia na dzień wszystko się zmieniło. Obecnie kończę studia, by mieć jakąś alternatywę, gdyby przygoda z piłką ręczną musiała się skończyć. W lipcu mam obronę pracy magisterskiej, jednak na razie muszę zadbać o zdrowie i pomyśleć, jak wrócić do normalnego funkcjonowania. Życie oczywiście nie kończy się na sporcie, ale wszystko dotychczas poświęciłam piłce ręcznej. Mam nadzieję, że całą wiedzę i zamiłowanie do sportu będę mogła wykorzystywać dalej.
Opr. ZC
