Serce krwawi

Rozmowa z Kazimierzem Szachnitowskim, byłym piłkarzem GKS-u m.in. w okresie gry tyszan w ekstraklasie.

Kazimierz Szachnitowski. Fot. Łukasz Sobala / Press Focus

Czy spodziewał się pan, że w sezonie jubileuszowym – 50 lat po zdobyciu wicemistrzostwa Polski – wasi następcy zakończą jesień w strefie spadkowej?

- Nie. Absolutnie nie. To, co wydarzyło się w rundzie jesiennej tego sezonu sprawiło, że serce krwawi. Zarówno moje, jak i kolegów, z którymi pół wieku temu walczyliśmy o najwyższe miejsce w polskiej piłce. Nie tego się spodziewaliśmy. Owszem, zdawaliśmy sobie sprawę, że po letnich zmianach, kiedy odeszli czołowi piłkarze, może nie być łatwo, ale pierwsze mecze nie zapowiadały katastrofy. Drużyna, która na początku sezonu pokazała niezłą piłkę i dawała sobie radę w starciach z Miedzią, Polonią Warszawa, a nawet z Wisłą Kraków – choć przegrała to stoczyła z nią piękny bój, później straciła wszystkie atuty i stała się „chłopcem do bicia”. Zachodzimy z kolegami i z kibicami w głowę, co się stało!

Kiedy był pan najbardziej zawiedziony postawą tyszan w rundzie jesiennej?

- Seria 14 spotkań bez zwycięstwa, w dodatku z pucharową przegraną z III-ligowym Zawiszą Bydgoszcz, była bardzo dołująca. Od 25 sierpnia GKS zdobył tylko 2 punkty, więc niemal każdy mecz był frustrujący i dołujący. Remis z Wieczystą 3:3 w 13. kolejce wlał na chwilę kroplę nadziei w serca kibiców, ale szybko okazało się, że to był przypadek. Natomiast na kilku meczach przecierałem oczy, bo nie wierzyłem w to, co widzę. Piłkarze, inkasując porażkę za porażką, też chyba przestali wierzyć w to, że są w stanie powalczyć z kimkolwiek o zwycięstwo. Nikt nie był w stanie wytłumaczyć tego, co się dzieje, a zmiana trenera – w dodatku dokonana w nieodpowiednim terminie – też nic dała.

Rozumie pan transferowe i szkoleniowe decyzje włodarzy GKS-u Tychy w drugiej połowie 2025 roku?

- Nic a nic. Po pierwsze - odeszli najlepsi piłkarze, a ci, którzy przyszli, okazali się dużo gorsi. Po drugie - zapowiedzieli, że dają szansę Arturowi Skowronkowi do listopadowej przerwy na reprezentację, a zwolnili go tydzień wcześniej. W dodatku po niezłej drugiej połowie przegranego meczu na Stadionie Śląskim z Ruchem, drużyna wyszła na mecz z Pogonią Grodzisk Mazowiecki pod wodzą asystenta zwolnionego szkoleniowca, tymczasowego trenera, którego także kilka dni później zwolniono. To wszystko się nie spina i doprowadziło zespół do strefy spadkowej. Wygląda na to, że obecni prezesi zupełnie nie uczą się na swoich błędach i uważam, że to co się działo na boisku i w szatni, zaczęło się w gabinetach. Mam wrażenie, że tegoroczna udana runda wiosenna uśpiła ich czujność i przespali lato, a to się odbiło na jesieni.

Kto pana najbardziej zawiódł z piłkarzy?

- Przede wszystkim brakowało mi lidera w środku boiska. Julek Ertlthaler zawiesił poprzeczkę tak wysoko, że Damian Kądzior, eksreprezentant Polski i doświadczony internacjonał, ograny w ekstraklasie i europejskich pucharach, nie był w stanie godnie go zastąpić. Jego postawa załamała mnie kompletnie. To był dla mnie największy minus rundy, a plusów nie widziałem.

Wierzy pan w utrzymanie GKS-u Tychy w I lidze?

- Jak każdy kibic mam nadzieję, że będzie lepiej i uciekniemy z tej „czarnej dziury”. Tym bardziej, że ambitny i doświadczony piłkarsko Łukasz Piszczek ściąga zawodników, którzy mają doświadczenie i umiejętności. Wierzę, że dzięki nim się pozbieramy i kibice w Tychach będą mogli się znowu cieszyć z występu swojej drużyny.

Materiał premium

Dalsza część jest dostępna dla subskrybentów

Odblokuj pełne wydanie i korzystaj bez ograniczeń. Czytaj ekskluzywne wywiady, analizy i felietony sportowe. Słuchaj podcastów oraz oglądaj materiały wideo.

Zobacz pakiety i odblokuj wydanie

Dostęp od 12,50 zł • BLIK / karta • Anulujesz online, kiedy chcesz

Masz już dostęp? Zaloguj się