Ścigając norweskie Ferrari
Z trzech szans na dobry wynik w biegu masowym „urodziły” się dwa miejsca Polek w drugiej dziesiątce. Do „pudła” zabrakło sporo; a wszystko – jak to w biathlonie bywa - przez pudła na strzelnicy.
Dorothea Wierer (w środku) kończyła przygodę z biathlonowymi trasami z uśmiechem, w towarzystwie sióstr: Magdaleny i Caroline. Fot. PAP/EPA
Wierzyliśmy w dziesiątkę, marzyliśmy o szóstce. A po cichutku może nawet o czymś więcej – autor tych słów, Tomasz Sikora, pozostanie jedynym polskim medalistą olimpijskim w biathlonie. W sobotnie popołudnie do białości ściskał kciuki za trzy Polski startujące w biegu ze startu wspólnego. Emocje były duże – i to niespodziewanie głównie za sprawą Joanny Jakieły, która dosłownie „za pięć dwunasta” zakwalifikowała się do „mass startu” dzięki dobremu występowi w biegu pościgowym. Właściwie już od pierwszego strzelania w biało-czerwonym tercecie prezentowała najlepszą dyspozycję biegową, a i do celności trudno się było przyczepić. Spośród 20 naboi tylko dwa posłała „Panu Bogu w okno” (druga i czwarta wizyta na strzelnicy). - Szkoda szczególnie ostatniej pomyłki. Trafiłam jednak 90 procent strzałów w trudnych warunkach (przez większą część biegu sypał gęsty śnieg – dop. aut.), a nie jestem na tyle dobrym strzelcem, żeby trafić sto procent - podkreśliła.
„Łyknięta” przed „kreską”
Owo ostatnie pudło odebrało naszej zawodniczce szansę na – tak oczekiwaną przez Sikorę – czołową dziesiątkę. Walczyła jednak o nią ambitnie, na ostatniej pętli wyprzedzając m.in. medalistki zakończonych właśnie igrzysk, Francuzkę Lou Jeanmonnot oraz Maren Kirkeeide. Norweżkę „łyknęła” niemal tuż przed „kreską”. - Chciałam ją pokonać, udowodnić sobie, że mogę z tak wielkimi nazwiskami sobie poradzić. Jestem pod wrażeniem, że wyprzedziłam norweskie Ferrari na ostatnich metrach! - emocjonowała się Polka na mecie.
Dziesięć (!) karnych rund
Ścigała się rzeczywiście fantastycznie. - Siódmy czas biegu bardzo cieszy, wcześniej tylko raz miałam czas w topowej dziesiątce: tu na igrzyskach, w biegu pościgowym – przypominała Zakopianka. Nieco słabiej wypadły jej koleżanki. Natalia Sidorowicz też popełniła dwa błędy i zajęła 15. miejsce. - Szkoda pierwszego strzelania. Gdyby wyszło na czysto, mogłoby to co nieco zmienić w końcowym wyniku. Później był jednak udany „reset” i cały start oceniam pozytywnie – mówiła.
Trzydziestoosobową stawkę zamknęła zaś Kamila Żuk. Biegała aż 10 (!) karnych rund i do mety dotarła ponad sześć minut po zwyciężczyni.
Przebieżka za Czeszką
A rywalizacja o medale – trzeba przyznać - była pasjonująca. Po czwartym strzelaniu na trasę pierwsza ruszyła Czeszka, Tereza Vorobnikova. Nie udało się się jednak obronić kilku-kilkunastosekundowej przewagi nad fenomenalnymi w Anterselvie reprezentantkami Trójkolorowych: Oceane Michelon i Julią Simon. Do tej drugiej straciła niespełna sekundę, ale i tak była przeszczęśliwa z powodu brązu.
Owacje dla (ślicznej) mistrzyni
Zdecydowanie największe owacje publiki zebrała tymczasem Dorothea Wierer. Niespełna 36-letnia Włoszka, która otwierała stawkę pań po pierwszym strzelaniu, ostatecznie przybiegła na metę piąta. I... pożegnała się oficjalnie z biathlonowymi trasami, ogłaszając koniec wyczynowej kariery! Śliczna sportsmenka w swej kolekcji ma cztery medale olimpijskie (ale bez złota), cztery tytuły mistrzyni świata i dwie Kryształowe Kule za triumf w Pucharze Świata. W honorowej rundzie wokół stadionu biathlonowego towarzyszyła jej inna kończąca przygodę z profesjalnym bieganiem i strzelaniem zawodniczka, Niemka Franziska Preuss.
Debiut z chłodną głową
Być może już wkrótce następczyniami wielkich mistrzyń zostanie któraś z Polek? Na przykład wspomniana Jakieła... - Igrzyska zapamiętam dobrze. Oczywiście zawsze chciałoby się więcej, ale jestem usatysfakcjonowana. Oceniam swój olimpijski debiut na „dobry z plusem”. Zachowałam chłodną głowę, mogłam pokazać się z dobrej strony – podsumowywała.
- A ja już nie mogę się doczekać pracy w najbliższym czteroleciu do kolejnych igrzysk – podkreśliła Sidorowicz,
Dariusz Leśnikowski
