Scenariusz polskiego pecha
Już po raz drugi na torze lodowym w Mediolanie Damianowi Żurkowi przypadło najbardziej znienawidzone przez sportowców czwarte miejsce. Przejął w tym pałeczkę z Pekinu po koledze z kadry, Piotrze Michalskim.
Nie tak miało wyglądać zakończenie rywalizacji na 500 metrów z perspektywy Damiana Żurka... Fot. PAP/EPA
ŁYŻWIARSTWO SZYBKIE
Zawodnik KS Pilica Tomaszów Mazowiecki może mówić o wielkim pechu we włoskich igrzyskach. W środę do brązu na 1000 m w Milano Speed Skating Stadium zabrakło mu 7 setnych sekundy, a w sobotę - w jego koronnej konkurencji 500 m - od podium dzieliło go dziewięć setnych. 26-letni Żurek wynikiem 34,35 zajął czwarte miejsce, trzeci był Kanadyjczyk Laurent Dubreuil - 34,26.
Pierwsze dwa miejsca znów należały do najlepszych na 1000 m, w tej samej kolejności - wygrał Amerykanin Jordan Stolz - 33,77 w czasie rekordu olimpijskiego, drugi był Holender Jenning de Boo - 33,88. Stolz powtórzył wyczyn swojego rodaka Erica Heidena z igrzysk w Lake Placid (1980) i po 46 latach został łyżwiarzem, który wygrał olimpijską rywalizację na dwóch najkrótszych dystansach.
Jechał po wszystkich
Brak medalu to rozczarowanie, bo Polak świetnie spisywał się w Pucharze Świata, był drugi w klasyfikacji końcowej na 500 m, za Stolzem, sześć z dziewięciu startów zakończył w czołowej trójce. Dwa tygodnie przed igrzyskami w Inzell pokonał Amerykanina, po raz drugi w sezonie.
Żurek nie miał jednak szczęścia przy ustalaniu par, gdyż jego bezpośredni rywal w wyścigu - Sebas Diniz - do tej pory nie wyróżniał się wybitnymi wynikami. Polak jechał już po najgroźniejszych konkurentach, a przede wszystkim po rewelacyjnym wyścigu z udziałem Stolza i de Boo.
- W takim biegu się nie kalkuje. Zawodnicy zaczynający z małego toru będą mieć teoretyczną przewagę, gdyż to wynika z fizyki. Żurek pod tym względem miał dobre losowanie - mówił w TVP Sport czterokrotny uczestnik igrzysk Paweł Zygmunt.
Holendra wyniosło
Ale Diniz w końcówce przeszkodził Polakowi w finiszu. Gdy Żurek minął linię mety, minimalnie przed Holendrem, na tablicy wyników pokazał się czas 34,35, ale obok „czwórka”, która oznaczała, że szans na medal już nie było.
- Żurek nie popełnił błędu, ale mógł po prostu szybciej pojechać pierwszą część dystansu. Wtedy nie doszłoby do zbliżenia na wirażu, chyba to kosztowało go utratę szans na medal - wskazał długoletni prezes Polskiego Związku Łyżwiarstwa Szybkiego Kazimierz Kowalczyk. - Żurkowi zabrakło nieco większego „powera”, błysku, nadzwyczajnej mobilizacji, choć absolutnie nie umniejszam jego sukcesu, bo tak trzeba rozpatrywać czwarte miejsce w olimpijskim wyścigu - podkreślił.
Podobnie wskazał Wiesław Kmiecik, były trener polskiej kadry. - Po mocnym otwarciu Żurek jechał za daleko od linii na wirażu. Diniza trochę wyniosło i nasz zawodnik czuł go bardzo blisko. Mogło to wprowadzić jakieś zamieszanie - uznał szkoleniowiec, który doprowadził Zbigniewa Bródkę do złotego medalu igrzysk w Soczi (2014) na 1500 m, a drużynę do brązowego na tej samej imprezie. - Kanadyjczyk był w zasięgu - dodał Kmiecik.
Automat zadziałał, ale…
Były wieloletni trener kadr narodowych Krzysztof Niedźwiecki uważa, że zabrakło… szczęścia. - Najgorsze miejsce, jakie można zająć, banał, ale bardzo prawdziwy. A dwa czwarte miejsca, to już naprawdę... Na 500 m się nie kalkuluje, nie zastanawia, gdzie, jak i czy w ogóle uda się te ułamki sekundy nadrobić. Tu na starcie włącza się automat i jedzie się na pełnym gazie. Automat zadziałał, zabrakło szczęścia. Damian w takiej formie powinien być na podium, ale to wypadkowa wielu czynników, takich jak poziom emocji czy dyspozycja dnia, nawet tej konkretnej chwili, nieco pół minuty. I albo wygrywasz, albo nie. W sobotę ktoś inny miał więcej szczęścia i o ten jeden oddech przed linią mety więcej niż Damian - zauważył szkoleniowiec, który w latach 2002-10 prowadził męską, a od 2012 do 2018 roku kobiecą kadrę Polski.
Mogło nim zachwiać
Jego syn Konrad Niedźwiedzki, dyrektor sportowy Polskiego Związku Łyżwiarstwa Szybkiego i zarazem szef misji olimpijskiej mówi, że dwa czwarte miejsca to świetne osiągnięcia, ale podkreśla, że Żurek przyjechał do Włoch z myślą o co najmniej jednym medalu, a na obydwa miał szansę. - Wydaje mi się, że ta wcześniejsza para - Stolz z de Boo - mogła trochę nim zachwiać, bo te czasy poniżej 34 sekund to ogromna różnica w porównaniu do reszty - analizował Konrad Niedźwiedzki.
W piątek pierwszy medal dla Polski od 2014 roku w tej dyscyplinie zdobył pochodzący z Rosji Władimir Semirunnij, który zajął drugie miejsce na 10 000 m. - Liczyliśmy, że będzie kolejny. Mam nadzieję, że Damian utrzyma ten poziom, który teraz prezentuje, podobnie, jak motywację do tego, żeby jeszcze do kolejnych igrzysk we Francji dojechać w jeszcze lepszej formie - dodał dyrektor w PZŁS.
Kania w ósemce
Do sobotniej rywalizacji przystąpiło 29 zawodników. Wśród nich była trójka Polaków. Oprócz Żurka, także Piotr Michalski, polski „pechowiec” z igrzysk w Pekinie (2022), i Marek Kania.
Michalski jechał z Holendrem Joepem Wennemarsem, mistrzem świata 2025 na 1000 m, który w Mediolanie powtarzał bieg na tym dystansie po tym, gdy rywal przeszkodził mu przy zmianie torów. Michalski (35,10) prowadził po starcie, ale później dał się wyprzedzić rywalowi (34,89) i zajął 24. miejsce. Kania rywalizował z Tatsuyą Shinhamą, mistrzem świata 2020 w wieloboju sprinterskim z Hamar. Na ostatnich metrach Warszawianina lekko zachwiało i Japończyk (34,46) był szybszy zaledwie o dwie setne. Polak skończył zawody na ósmym miejscu. - Czwarte miejsce Żurka i ósme Kani to świetne wyniki. Do pełni szczęścia, czyli medalu, zabrakło, jak to się często zdarza, łutu szczęścia - podsumował Kowalczyk.
(t, PAP)
