San Remo na trzy polskie głosy

Belgijka Lotte Kopecky z grupy SD Worx-Protime wygrała Primaverę, ale bohaterkami tego prestiżowego klasyku były też trzy Polki.

Dominika Włodarczyk atakuje na Poggio, na czele goniącej grupki późniejsza zwyciężczyni. Fot. Facebook Dominiki Włodarczyk

Rywalizacja pań w imprezie, która kończy się w stolicy włoskiej piosenki – w przeciwieństwie do tej, podczas której od ponad wieku ścigają się panowie – nie ma długiej historii. W sobotę odbyła się dopiero jej ósma edycja, druga z rzędu po trwającej dwie dekady przerwie. Dystans (156 km) też nie robi wielkiego wrażenia, ale trudno nie określać tego wyścigu wyjątkowym, skoro zapewne każda z jego uczestniczek marzy o tym, żeby w końcówce skutecznie zaatakować na słynnych wzniesieniach Cipressa czy Poggio i unieść ręce w geście triumfu na Via Roma w San Remo.

Katarzyna Niewiadoma

Z takim właśnie nastawieniem na starcie w Genui przystąpiła mistrzyni Polski, Katarzyna Niewiadoma, która w tym sezonie znajduje się w wyśmienitej dyspozycji. Wywalczyła już dwa drugie miejsca w wyścigach najwyższej kategorii (belgijski Omloop Nieuwsblad i włoskie Strade Bianche), a teraz z pewnością chciała więcej. I wydawało się, że tym razem może być o to łatwiej, bo do rywalizacji w Primaverze, czyli Wiośnie, nie przystąpiły jej dwie wielkie rywalki: Holenderka Demi Vollering (FDJ United-SUEZ) i Włoszka Elisa Longo Borghini (UAE Team ADQ). – To wcale nie będzie moja przewaga, bo z nimi mogłabym odjechać podczas podjazdów, a tak drużyny z mocnymi sprinterkami będą robiły wszystko, żeby dojechały one do mety w czołówce i między sobą rozegrały finisz – zauważyła Niewiadoma, pamiętając to, co wydarzyło się tu rok wcześniej, kiedy z niewielkiej grupy wygrała najszybsza sprinterka świata, Holenderka Lorena Wiebes (SD Worx-Protime).

Polka robiła zatem wszystko, żeby w sobotę to się nie powtórzyło. Kilka razy przyspieszyła na Cipressie (238 m n.p.m., 5,6 km podjazdu o średnim nachyleniu 4 proc.), przedostatnim wzniesieniu na trasie, i choć nie udało jej się odjechać, to znacząco ograniczyła prowadzącą grupę. Zapewne podobny plan miała też na Poggio (162 m, 3,7 km z 3,7 proc), ale tam już nie dotarła, bo – prowadząc grupę – rozbiła się podczas szaleńczego zjazdu z poprzedniego wzniesienia. Chwilę potem na Polkę z dużą prędkością wpadły kolejne zawodniczki. Wyglądało to bardzo groźnie, na szczęście w przypadku Niewiadomej skończyło się tylko na licznych skaleczeniach i siniakach.

– Jak mawiał mój trener: jeśli nie ryzykujesz, nie jest to sport na najwyższym poziomie – napisała potem z uśmiechem Niewiadoma w mediach społecznościowych. – Pewnie mogłam zachować większą ostrożność, ale jednocześnie chciałam wykorzystywać każdą okazję. Jestem wdzięczna mojemu zespołowi CANYON-SRAM zondacrypto za wsparcie i Kim Le Court Pienaar za upewnienie się, że wszystko ze mną w porządku. Bardzo doceniam! – dodała, dziękując mistrzyni Mauritiusa, że ta, widząc zakrwawioną Polkę, udzieliła jej pierwszej pomocy.

Mniej szczęścia miała inna uczestniczka tej kraksy, Debora Silvestri. – Czuję się całkiem dobrze, pięć złamanych żeber i mikrozłamanie barku. Mogło być gorzej – oceniła Włoszka.

Dominika Włodarczyk

Zawodniczka, która jeździ w koszulce UAE Team ADQ, podobnie jak Niewiadoma wyśmienicie rozpoczęła ten rok. W styczniu świetnie zaprezentowała się na wyścigach w Australii (czwarte i piąte miejsce w imprezach najwyższej kategorii), a dwa tygodnie temu cały kolarski świat mógł podziwiać jej moc, kiedy przez kilkadziesiąt kilometrów prowadziła czołową grupę, pracując na rzecz swojej liderki. Chorej Longo Borghini teraz zabrakło, mogła więc w końcu ugrać coś dla siebie. – Zrobimy wszystko, żeby Elisa była z nas dumna – zapowiadała Włodarczyk przed wyścigiem.

I Włoszka z pewnością mogła być zadowolona z tego, jak pojechały jej koleżanki, a szczególnie Polka. – Pamiętam, jak bardzo bolało mnie serce rok temu po tym wyścigu. Byłam bowiem ostatnią zawodniczką, która została pod górę. Ostatnią, czyli pierwszą, która nie załapała się do ścisłego finału – wspominała Włodarczyk w mediach społecznościowych. – A dzisiaj byłam spokojna przed wyścigiem, na Cipressie byłam tam, gdzie miałam być, a Poggio zaatakowałam. Przez ten rok pracowałam ciężko, ale mądrze, z odpowiednimi ludźmi wokół siebie. I dzisiaj na szczycie Poggio, oprócz ryku kibiców, towarzyszyła mi duma oraz dobre odczucia i nogi. Szkoda, że potem towarzyszyła mi też Lotte (Kopecky), która mnie skasowała – żałowała Polka, która samotnie wjechała na znajdujące się ledwie 6 km przed metą wzniesienie i jeszcze chwilę sama podążała do mety.

Potem dogoniła ją Belgijka i trzy inne zawodniczki. Wśród nich była jej koleżanka z drużyny, Eleonora Camilla Gasparrini, i od tego momentu to właśnie dla niej pracowała Polka, prowadząc czołową grupę. Była tak zmęczona, że nie uczestniczyła w sprincie i ostatecznie zajęła piąte miejsce. – Końcówka do dopracowania – podsumowała z uśmiechem.

Marta Lach

Największe powody do radości miała jednak ta, o której podczas sobotniej transmisji chyba w ogóle nie wspomniano. Choć też, jak Niewiadoma i Włodarczyk, odnosiła duże sukcesy w bliskiej przeszłości (choćby zwycięstwo pod koniec 2024 roku w kilkuetapowym wyścigu najwyższej kategorii w Chinach), to w obecnym sezonie nie ma tak znaczących osiągnięć jak jej dwie rodaczki. Wynika to także z roli, jaką odgrywa w SD Worx-Protime, jednej z najlepszych grup na świecie, gdzie także dostaje swoje szanse, ale zwykle jednak pomaga liderkom. Tak też było w sobotę. – Doganiając ucieczkę, pracę cały czas wykonywała moja drużyna ze mną w roli głównej. A zwycięska Lotte (Kopecky) jest moją koleżanką z drużyny, na którą pracowałam od pierwszego kilometra wyścigu – relacjonowała potem w sieci Marta  Lach, która zajęła 79. pozycję (7.34 straty).

– Jesteśmy zespołem profesjonalistek i dzisiaj to udowodniłyśmy. Dziewczyny wykonały tytaniczną pracę, aby dowieźć mnie na idealnej pozycji przed kluczowymi atakami – chwaliła koleżanki Belgijka, która na finiszu zdecydowanie wyprzedziła Szwajcarkę Noemi Rueegg (EF Education-Oatly) i Gasparrini. Dziewięć sekund potem większą grupę przyprowadziła Wiebes, jej koleżanka z drużyny i ubiegłoroczna zwyciężczyni, co dało Holenderce szóste miejsce. – Wygrana tutaj to uczucie, którego nie da się porównać z niczym innym. San Remo ma w sobie tę specyficzną magię i prestiż, o którym marzy każda zawodniczka – podsumowała Kopecky, która przed dwoma i trzema laty zdobyła mistrzostwo świata.

Grzegorz Kaczmarzyk

Materiał premium

Dalsza część jest dostępna dla subskrybentów

Odblokuj pełne wydanie i korzystaj bez ograniczeń. Czytaj ekskluzywne wywiady, analizy i felietony sportowe. Słuchaj podcastów oraz oglądaj materiały wideo.

Zobacz pakiety i odblokuj wydanie

Dostęp od 12,50 zł • BLIK / karta • Anulujesz online, kiedy chcesz

Masz już dostęp? Zaloguj się