Samba głośniejsza niż tralalala
32 lata temu za oceanem triumfowała Brazylia. Jak będzie teraz?
W drodze na grobu Deyny na cmentarzu w San Diego. Od lewej: Stefan Szczepłek, Marek Wielgus, Tomasz Zimoch, Wiola Pienkos, Wojciech Filipiak, Bożena Szmel-Gowarzewska. Za kamerą – Andrzej Gowarzewski. Fot. Archiwum
Amerykański sen (część 6, ostatnia)
Ostatni tydzień mistrzostw świata w 1994 roku spędziłem w Los Angeles, gdzie udało się obejrzeć trzy mecze: półfinał Brazylia – Szwecja (1:0), o trzecie miejsce Szwecja – Bułgaria (4:0) i oczywiście finał. Brazylijczycy wrócili do domu z Pucharem Świata, ja również przywiozłem cenne trofeum, bo podczas przyjęcia dla dziennikarzy zorganizowanego przez firmę „Canon” wygrałem na loterii najnowszy model aparatu fotograficznego tej firmy.
Łyżwiarska rewia
Jeden dzień poświęciliśmy na wyjazd do San Diego, na grób pochowanego tam Kazimierza Deyny. Leżał na typowym amerykańskim cmentarzu ze skromnymi nagrobkami na trawniku, ale grób odróżniał się od innych tym, że było na nim jego zdjęcie w piłkarskim stroju. „Kto to był? – dopytywała się pani, która wskazała nam miejsce grobu. - Ludzie często o niego pytają”.
Deyna zginął w wypadku samochodowym 1 września 1989 roku, a w samochodzie znaleziono przy nim piłkę, napoczętą paczkę papierosów i 50 centów. „Amerykański sen” skończył się dla niego tragicznie. W 2012 roku przewieziono prochy piłkarza na cmentarz na Powązkach i złożono je w Alei Zasłużonych.
Nie spotkaliśmy Grzegorza Filipowskiego w Bostonie. Mieszkał wtedy już w Kanadzie, ale natknęliśmy się na niego dokładnie „po przekątnej” Stanów Zjednoczonych, w południowo-zachodnim rogu USA, w akwarium w San Diego, morskim ogrodzie zoologicznym połączonym z parkiem rozrywki, gdzie oprócz rekinów w szklanym basenie i tresury ptaków można było też oglądać popisy rewii łyżwiarskiej. Upalny lipiec, tropikalna pogoda, a tu lodowisko i łyżwiarze? Wszystko da się zrobić.
Oskarżony Andrzej G.
Powrót do Los Angeles miał przebieg cokolwiek kryminalny. Poszanowanie dla prawa jest w Stanach wysokie, toteż gdy na autostradzie jest ograniczenie szybkości do 70 mil (około 110 kilometrów na godzinę), to wszyscy jadą spokojnie jeden za drugim. Wolny lewy pas kusił, by przyspieszyć, ale głupio mi się zrobiło, gdy zobaczyłem, że tylko ja tak pędzę. Wróciłem więc karnie do szeregu, ale jadący za mną drugim samochodem Andrzej Gowarzewski miał pecha, bo dogonił go policyjny patrol, a miejscowy szeryf nie chciał słuchać tłumaczeń, że spieszymy się na mecz. W Stanach policja nie wystawia mandatów, co ma chronić obie strony przed korupcją, Andrzej G. (już teraz oskarżony) dostał więc wezwanie do sądu na połowę września. Nie pomogło tłumaczenie, że nas już wtedy w USA nie będzie. „W takim razie proszę zadzwonić do sądu i telefonicznie dowiedzieć się o wysokości kary” – pouczył policjant. Po powrocie do Polski Andrzej postanowił elegancko załatwić sprawę. Wysłał do wysokiego sądu list, w którym przyznał się do winy, bardzo przepraszał za popełnienie wykroczenia i prosił o uniewinnienie. A na pamiątkę wysłał sędziemu kolejny tom „Fuji”, już z opisem amerykańskich mistrzostw. Dalszego ciągu nie było, sprawa przyschła. Spadkobiercy szanownego sędziego długo się pewnie będą zastanawiać po jego śmierci, skąd w jego księgozbiorze wzięła się jakaś książka w dziwnym języku, w której na dodatek piłka na zdjęciach jest zawsze okrągła, a nie owalna.
Nietypowe zdjęcia Marka Wielgusa
Nie mieliśmy z reguły problemów z wejściówkami prasowymi na mecze, bo sektory prasowe były obszerne, a dziennikarze rozjeżdżali się po różnych miastach i stadionach. Do Los Angeles na ostatni mecz zjechała się już większość akredytowanych i nie dało się ulokować za bramkami wszystkich fotoreporterów. Nie dostał wejściówki Marek Wielgus! Nie pomogły osobiste rozmowy jego i moja ze znajomymi funkcjonariuszami FIFA: uprzejmie nas wysłuchali, po czym pokazali wiszącą na ścianie tabliczkę: „Żadne odwołania uwzględniane nie będą”. Znalazło się inne wyjście: ktoś się posunął, ktoś inny usiadł w drugim rzędzie i znalazło się dla Marka miejsce przy pulpicie prasowym. To dlatego na zdjęciach z finałowego meczu w wydanym po mistrzostwach albumie bramkarze widoczni są od przodu - tym razem Marek robił zdjęcia długim obiektywem z dalszej odległości.
Radiowy rozbieg
Na finałowy mecz, który rozpoczynał się o godzinie 12.00 (w Polsce o dziewiątej wieczorem) na Rose Bowl w Pasadenie, wyjechaliśmy z hotelu w Santa Monica już o szóstej, bo cała dziennikarska robota musiała być zrobiona wcześniej. To olbrzymi, odkryty stadion mieszczący około 90 tysięcy widzów, miejsce rozgrywania meczów futbolu amerykańskiego, ale także igrzysk olimpijskich w roku 1984. W tym roku piłkarze tam nie zawitają: mecze w Los Angeles odbywać się będą w Inglewood, położonym w całkiem innym miejscu aglomeracji.
Sam mecz opisał i skomentował w „Głosie” sprzed telewizora kolega w redakcji, ja zaś zająłem się opisywaniem atmosfery finałowego dnia. Zastanawiałem się na przykład, czy mistrzom wręczony został oryginalny puchar, bo dowiedziałem się, że istnieją cztery kopie, które prezentowane były przed mistrzostwami przy różnych okazjach, a ten właściwy spoczywał w sejfie szwajcarskiego banku. Tylko radio dawało szanse na przekazanie aktualnych wieści. Czekając na połączenie z Łodzią przygotowałem sobie „rozbieg”, czyli zdanie wprowadzające do korespondencji. Miałem zamiar na wstępie poinformować słuchaczy Radia Łódź, że mój głos dociera do nich z kilkusekundowym opóźnieniem, bo satelita wisi na wysokości 40 tysięcy kilometrów i tak dalej, ale mój ambitny plan storpedował siedzący w studio dyżurny, który miał inną koncepcję międzykontynentalnej łączności i zapowiedział, że „za chwilę połączymy się z Los Angeles, gdzie na drugim końcu transatlantyckiego kabla zatopionego głęboko w oceanie jest redaktor Wojciech Filipiak”. A taki ładny wstęp sobie wymyśliłem…
Dyndająca słuchawka
Na mecz pojechałem już w koszulce z napisem „Brazylia mistrzem świata”. Włosi nie zyskali mojej sympatii na tych mistrzostwach. Z trudem wyszli z grupy po porażce z Irlandią i remisie z Meksykiem, potem męczyli się strasznie z Nigerią i dopiero dwa gole Roberto Baggio w dogrywce dały im awans. Bezbramkowy finał był nudny, a na koniec Franco Baresi i tenże Baggio nie wykorzystali „jedenastek”. Brazylijska samba była głośniejsza niż włoskie tralalala – ogłosił w swoim stylu Tomek Zimoch w transmisji radiowej, wygrywając tradycyjny zakład z kolegami: miał użyć w relacji właśnie słowa tralalala.
Jedząc kolację w jednym z miejscowych barów zauważyłem, że ktoś w menu bufetu sałatkowego skreślił napis „Italian dressing” i dopisał „Brasilian”. Tomek na chwilę oderwał się od stołu, bo musiał jeszcze nadać korespondencję do „Sygnałów dnia” („u nas” był dziesiąta wieczorem, w Polsce siódma rano). Wszedł do widocznej przez okno restauracji budki telefonicznej, po chwili wyszedł z niej, trzymając słuchawkę, dyndającą na urwanym kablu. USA – piękny kraj…
***
Tak kończył się nasz amerykański sen, w którym najważniejsza była oczywiście praca i szybkie przekazywanie informacji słuchaczom i czytelnikom. Nie brakowało też momentów zabawnych i zdarzeń pozasportowych, o których w relacjach na bieżąco nie pisaliśmy i nie mówiliśmy. W tych publikowanych w „Sporcie” sześciu odcinkach starałem się wrócić do niektórych z nich. Wspominając kolejne etapy mojej podróży przez Stany Zjednoczone (a przy okazji przypominając sylwetki nieobecnych już z nami Marka Wielgusa i Andrzeja Gowarzewskiego) przeżyłem to jeszcze raz.
Obecne mistrzostwa na pewno będą się mocno różnić od tych sprzed 32 lat. Przede wszystkim nie będzie finału Brazylia – Włochy. Mój ostatni komentarz z mistrzostw miał tytuł „Wygrała Brazylia i futbol”. Może być tak i teraz.
Wojciech Filipiak
