Rzecz o ludziach między dwoma światami
Rozmowa z Robertem Talarczykiem, dyrektorem Teatru Śląskiego, aktorem, autorem sztuk teatralnych
Robert Talarczyk na planie spektaklu „Ezi” w rozmowie z reżyserem Januszem Zaorskim. Fot. Przemysław Jendroska
Napisał pan sztukę „Ezi”, poświęconą Ernestowi Wilimowskiemu, jednemu z najwspanialszych śląskich piłkarzy, dla wielu najwspanialszego. Zostanie wystawiona przez Teatr Telewizji, będziemy mogli zobaczyć ją w lutym! Co możemy o tej sztuce powiedzieć? Dlaczego powstała?
- Powstała z mojej potrzeby opowiedzenia historii o tym piłkarzu. Penetruję śląskie tematy i nosiłem się z tym od wielu, wielu lat. Wychodzi na to, że zajmuję się tylko Śląskiem, co nie jest do końca prawdą (uśmiech). Dostałem nawet sztukę o Wilimowskim od zaprzyjaźnionego dramatopisarza, ale jakoś nie do końca mi się podobała, bo nie była pisana przez człowieka „stond” , ale przede wszystkim takiego, który rozumie temat. Skąd te powikłane losy piłkarza, jakie jest ich źródło? Ostatecznie w pewne wakacje dwa lata temu postanowiłem napisać taką opowieść o Wilimowskim. W biografii Górskiego przeczytałem o jego spotkaniu z „Ezim” w trakcie mistrzostw świata w 1974 roku, mieli wymienić po trzy zdania. A ja sobie pomyślałem: skoro Wilimowski był takim idolem dla Górskiego przed wojną, że jeździł na mecze ze Lwowa do Wielkich Hajduk, żeby go zobaczyć - to ta rozmowa nie mogła trwać tak krótko, niemożliwe, żeby trwała dwa zdania. Z tego wysnuła się więc opowieść o długiej rozmowie, dyskusji przy alkoholu o futbolu, ale przede wszystkim o życiu, o skomplikowanych losach jednego i drugiego.
No właśnie: piłka nożna jest tu jedynie pretekstem: to przecież opowieść o życiu, o żalu za przeszłością, o tym, co można było osiągnąć, ale się nie osiągnęło... Miałem wrażenie, że oni w tej rozmowie się przepychali, że jeden naciskał drugiego.
- Jeżeli założymy, że Górski darzył uwielbieniem Wilimowskiego, to potem role się odwróciły. Rozmawiali przed meczem z gospodarzami - przypomnę, że Niemcom, żeby awansowali do finału mistrzostw świata, wystarczał remis - ale wtedy to Górski jako trener rewelacji turnieju był gwiazdą, jego drużyna należała do najbardziej topowych na świecie... A Wilimowski stał się człowiekiem, o którym nikt właściwie już nie pamiętał... W Polsce go skutecznie „wygumkowali”. Do dziś pamiętam z moich młodych lat, kiedy dowiedziałem się, że Polska grała na mistrzostwach świata przed wojną i przegrała z Brazylią 5:6, ale nazwisko strzelca czterech goli dla Polski było „wygumkowane”.
W czasach PRL-u istniały książki o piłce nożnej, gdzie miejsca dla tak istotnego gracza nie było. Czy ten spektakl może być szansą na opowiedzenie polskim telewidzom o skomplikowanych dziejach i skomplikowanych losach Górnego Śląska?
- Taka jest moja idea, taka jest moja podstawowa teza: że opowiadamy o nas, a właściwie o naszych przodkach, bo my jednak nie przeżyliśmy tak strasznych traum jak oni. Z perspektywy Polski taka figura, jak Wilimowski, może jawić się jako zdrajca, zagrał przecież dla III Rzeszy. Znany komentator Bohdan Tomaszewski tak kiedyś o nim powiedział... Ponoć z tego powodu „Ezi” nie przyjechał kiedyś na jubileusz Ruchu, choć był zapraszany (na 75-lecie, w 1995 roku - przyp.aut.). Ta sztuka to w założeniu opowieść nie tyle o znakomitym piłkarzu, a o ludziach, którzy funkcjonowali między dwoma światami i musieli dokonywać trudnych wyborów. A my musimy pamiętać, że to nie tylko Wilimowski, ale i inni piłkarze występujący w reprezentacji Polski - grali w czasie wojny w niemieckich klubach. Tyle że Wilimowski był wybitny i dlatego wzięli go do reprezentacji Niemiec... Podobnie zresztą było z Kazimierzem Górskim: po 17 września obudził się w Związku Radzieckim i jako lwowiak grał w klubach sowieckich. Gdyby był lepszym piłkarzem, to kto wie: może dostałby zaproszenie od reprezentacji Związku Radzieckiego? Ciekaw jestem, czy by odmówił, o tym też w tej sztuce się mówi... To też jest fascynujące, bo jeden i drugi są trochę ludźmi „obok”, „znikąd”, ludźmi osobnymi, z innych miejsc, którymi stały się po wojnie. To niezwykle ciekawe dla sztuki więc - tak jak pan mówi - piłka nożna jest tylko pretekstem do snucia tej opowieści. To o tym, w jakim świecie żyjemy, jak historia może w nie brutalnie wkraczać... Jakich wyborów dokonujemy i jak gorzką cenę musimy za to płacić później.
Kiedy byłem na planie „Eziego” przypomniała mi się sztuka sprzed wielu lat, którą widziałem w Teatrze Telewizji. „Kolacja na cztery ręce” w reżyserii Kazimierza Kutza, gdzie Bacha i Haendla grali wybitni aktorzy - Janusz Gajos i Roman Wilhelmi. Górskiego i Wilimowskiego w pańskiej sztuce też grają znakomici - Zbigniew Zamachowski i Andrzej Chyra. Czy oni panu pasują do tych ról?
- Oczywiście, że pasują (uśmiech). Ja jednak nie jestem reżyserem tego przedstawienia, tylko znakomity Janusz Zaorski - wspaniały człowiek, wspaniały reżyser. Pamiętamy jego film „Piłkarski poker”, jednym z moich ulubionych filmów jest „Matka Królów”, który nakręcił. To są jego personalne wybory, które w pełni akceptuję, też byłem chwilę na planie (spektakl kręcony był w Wiśle - przyp. aut.) i widziałem, jak chłopcy sobie radzą z tym materiałem. Widziałem, że się wściekali, że za dużo tych informacji (uśmiech). Ale w pewnym momencie zrozumieli - tak jak pan mówi: to nie jest opowieść o piłce nożnej. Oczywiście wątki piłkarskie to dodatkowe smaczki, kibice przypominają sobie zdarzenia, nazwiska - ale tak naprawdę nie o tym jest ta opowieść. Mnie bardzo zależało, żeby Wilimowski - w tym wypadku Andrzej Chyra - niósł ze sobą pewną tajemnicę, pewien dramat wewnętrzny, który będzie widoczny, który będzie się przebijał przez maskę dobrze prosperującego w Niemczech starszego człowieka... I Andrzej to ma! Już po pierwszym dniu zdjęć widziałem, że tajemnica, którą w sobie niesie, jest magnetyczna. Oczywiście trzeba było mu opowiedzieć o Wilimowskim, w Polsce ta historia nie jest powszechnie znana. Poczytał o „Ezim”, przybliżył sobie tę postać i w efekcie stało się to dla niego fascynujące jako zadanie aktorskie. A jak to będzie wyglądało? Zobaczymy. Wiem, że Janusz kombinował to sobie w bardziej filmowym stylu, dodał temu trochę powietrza i bardzo dobrze. Pisząc to miałem przed oczyma tamten „Teatr Telewizji” kręcony przez mojego cudownego mentora Kazimierza Kutza, z drugim - Januszem Gajosem... Tam jeszcze w trzeciej roli grał Jerzy Trela (Jan Schmidt), my tutaj nie mamy trzeciej postaci, są epizodyczne role piłkarzy. Nawet ja tam się przemazuję jako tajniak, ubek (uśmiech)...
Jak było?
- Cudownie (śmiech). Czułem się jak Alfred Hitchcock, kiedy kręcił własne filmy i w epizodach przemazywał się przez plan (uśmiech). Sam fakt, że byłem tam, gdzie tekst się urealniał, grany przez dwóch wspaniałych aktorów - było dla mnie czymś niezwykłym, wzruszającym. No i oczywiście Wilimowski - bo on tu jest najważniejszy w tym wszystkim.
Zawsze mnie to ciekawiło, zawsze zastanawiam się, ile trwa przygotowywanie się do tego rodzaju roli jak w „Ezim” Aktorzy mają rzeczywiście wspaniałą pamięć...
- „Jak pan się tego nauczył na pamięć... Nie wiem, samo wyszło” (śmiech). Muszę powiedzieć, że inaczej wygląda praca w teatrze, a inaczej na planie filmowym, czy w Teatrze Telewizji. W teatrze praca nad spektaklem trwa miesiąc, dwa, czasem nawet trzy. Dla nas, aktorów, proces uczenia się tekstu staje się banalny. Poza tym ciało pamięta sytuacje. Jeśli do sytuacji dopasujemy tekst - to mózg uruchamia tekst.
Czyli w którymś momencie pan usiądzie i wie, że teraz trzeba powiedzieć konkretną kwestię?
- Dokładnie. Ale jeśli chodzi o Teatr Telewizji to wiadomo, że aktorzy nie przychodzą na plan z całym gotowym tekstem. Jest tak, że kręcimy fragmenty scen. Wtedy intensywnie przygotowują się do tych konkretnych fragmentów, trzy-, pięcio-, siedmiominutowych. Przez te pół dnia, kiedy jest potrzebny, doskonale ten tekst przyswajają, doskonale go rozumieją, artykułują, a potem... Na drugi dzień już go nie pamiętają.
Zakuć, zdać, zapomnieć...
- Dokładnie. Tymczasem w teatrze, także dlatego, że jest powtarzany i grany wielokrotnie - tekst w głowie zostaje na dłużej.
Zaprośmy na koniec czytelników na spektakl „Ezi”...
- Kochani; najpewniej 23 lutego, bo słyszałem, że to data emisji - zapraszam was serdecznie premierowo przed telewizory. Najpewniej o godzinie 21.00 będziecie mogli zobaczyć spektakl, którego tekst miałem przyjemność napisać, reżyserowany przez Janusza Zaorskiego. Opowiada o spotkaniu Ernesta Wilimowskiego, którego gra Andrzej Chyra z Kazimierzem Górskim, którego gra Zbyszek Zamachowski. Serdecznie zapraszam!
rozmawiał Paweł Czado
Robert Talarczyk
Ur. w 1969 roku w Katowicach. Dyrektor Teatru Śląskiego, aktor, reżyser, scenarzysta, dramaturg.
Ernest Wilimowski - najsłynniejszy uśmiech przedwojennego futbolu polskiego. A potem świat się skomplikował... Fot. Narodowe Archiwum Cyfrowe
