Rywalizacja, która rozpalała cały przedwojenny Górny Śląsk

Na początku stycznia było ślisko, padał śnieg. Ernest Wilimowski przyprowadził więc na mecz znajomego szewca. Ten w przerwie meczu zdołał przybić dłuższe korki do sześciu par butów. Pozostała piątka piłkarzy ślizgała się na murawie nadal...

Reprezentacje obu Śląsków na wspólnym zdjęciu z 1927 roku, przed meczem na stadionie Pogoni w Katowicach. Drugi z lewej Alojzy Budniok, drugi z prawej - Paweł Lubina, którego pismo widać u góry fotki. Archiwum Mariana Lubiny

  Z lamusa  

Nie ma chyba lepszego momentu żeby opowiedzieć o niezwykłych futbolowych starciach reprezentacji polskiego Górnego Śląska z niemieckim Górnym Śląskiem, zwanym też opolskim (niezorientowanym przypominam, że granica przechodziła m.in. między Bytomiem, a Chorzowem). Akurat dziś mija dokładnie sto lat od pierwszego meczu między nimi! Te spotkania budziły tak gigantyczne emocje, że niemiecka prasa uważała, że są to „kleine Landerspiele” - małe mecze międzypaństwowe! 7 grudnia 1924 roku władze województwa śląskiego potraktowały to wydarzenie niezwykle poważnie. Śląski Związek Piłki Nożnej zakazał organizowania i rozgrywania jakichkolwiek innych meczów piłkarskich w regionie! Ogółem takich spotkań w latach 1924-39 odbyło się 23.

Dlaczego tamte spotkania były niezwykłe?

Po pierwsze - prawda jest taka, że na te spotkania się czekało, dyskutowało o nich zarówno w tanich barach przy piwie, jak i dystyngowanych kawiarniach przy winie lub kawie. Tak było na piłkarskim Śląsku po obu stronach. Dla niektórych rezultaty były dowodem przewagi jednej nacji nad drugą, dla innych liczył się tylko dobry futbol. Z dzisiejszego punktu widzenia to zajmujące, bo przecież ta rywalizacja całkowicie zniknęła z powszechnej społecznej świadomości.

Po drugie - zawsze organizowano je z wielką starannością. Przed zawodami i w przerwie przygrywały orkiestry, odgrywano hymny państwowe. Czasem była to okazja do prezentowania technicznych nowinek, przed jednym z meczów sprawozdawca zauważył, że nadawane będą płyty gramofonowe przez specjalny aparat radiowy i megafony. 

Po trzecie - śląscy piłkarze z polskiej strony granicy występowali w tych spotkaniach w niebiesko-białych barwach, na koszulkach był naszyty duży śląski orzeł. Niemieccy grali zazwyczaj w białych koszulkach i żółtych spodenkach.

Po czwarte – zdarzało się, że organizatorzy przewidzieli ulgi tramwajowe dla kibiców jadących na ten mecz za granicę: „W godz. 12-14 pasażerowie linii tramwajowej z Katowic do Bytomia mogą skorzystać z biletów dziecięcych, o ile wykupią bilety powrotne”. Tramwajami podróżowali na mecze czasem też piłkarze i trenerzy.

Po piąte - piłkarze dostawali tylko stroje, musieli grać we własnych butach. O premiach pieniężnych oczywiście nie było mowy, zawodnicy mogli liczyć tylko na zwyczajową kolację, organizowaną przez gospodarzy. 

Po szóste - obie strony traktowały rywalizację wyjątkowo prestiżowo, nic więc dziwnego, że zdarzały się wzajemne złośliwości i w efekcie nie szczędzono sobie brutalnych zagrań. W czerwcu 1927 roku na boisku katowickiej Pogoni goście stracili „znakomitego obrońcę Urbanskiego, który przy zderzeniu doznał złamania nosa". Zwolennikiem ostrej gry był wspomniany niemiecki działacz Stephan z Gliwic, szef tamtejszego okręgowego związku piłki nożnej. - Sędziowanie było zbyt szczegółowe. Jestem więcej sprzymierzeńcem sędziowania według sposobu dr. Bauwensa (wybitnego niemieckiego arbitra z Kolonii - przyp. aut.) i niereagowania na twardą grę - mówił w grudniu 1928 roku, po meczu wygranym w Katowicach przez jego rodaków 2:0. Ale słowa Stephana świadczą tylko o rozżaleniu po porażce, bo w tamtym meczu sędziował najlepszy polski przedwojenny arbiter, słynny Józef Lustgarden z Krakowa, legenda Cracovii. 

Po siódme – z powodu ligi i meczów reprezentacji coraz trudniej było o wolne terminy. Śląscy kibice zawsze jednak czekali na te mecze, więc grano nawet w... święta. W drugi dzień świąt, 26 grudnia 1937 roku, na Stadionie im. Hindenburga w Bytomiu reprezentacja Polskiego Śląska wygrała z gospodarzami 4:2.

Po ósme - w 1934 roku podczas meczu Polskiego Śląska z Niemieckim Śląskiem na stadionie Policyjnego KS-u w Katowicach (nieistniejące boisko przy dzisiejszej ul. Moniuszki) pierwszy raz zagrano hitlerowski człon hymnu narodowego Niemiec, tzw. Horst Wesselied, obowiązkowy od 1933 roku. Było to prawdopodobnie pierwsze publiczne zagranie zmodyfikowanego niemieckiego hymnu na ziemiach polskich.

Od południa zakaz gry w piłkę

Pierwszy mecz w 1924 roku odbył się na boisku 1.FC Katowice. Na stadion przyszło 8000 kibiców. „Kattowitzer Zeitung” podkreślał, że: „z uwagi na mecz w niedzielę od godziny 12 obowiązuje na terenie aglomeracji zakaz gry w piłkę nożną, bo o godzinie 14 rozpoczyna się wspomniane spotkanie”.

Przed inauguracyjnymi zawodami kapitan związkowy Alojzy Budniok powołał na to spotkanie czterech graczy Ruchu Wielkie Hajduki (obrońcę Kusza, napastnika Sobotę, pomocników Kiełbasę i Gensiora - ten ostatni to brat dziadka Dariusza Gęsiora, wychowanka Ruchu Chorzów), dwóch zawodników Pogoni Katowice (pomocnika Ledwonia i napastnika Pazurka) oraz po jednym z 1.FC Katowice (napastnika Goerlitza), Naprzodu Lipiny (napastnika Nastulę), AKS-u Chorzów (obrońca Urbańskiego), Iskry Siemianowice (napastnika Słabego) i 06 Załęże (bramkarza Wuestholza).

Nie wiedzieli, że będą reprezentantami

Inauguracyjny mecz w Katowicach zakończył się niecodziennym remisem 3:3, gdzie padły aż... trzy gole samobójcze! Dwa strzelili gospodarze, jednego goście. Jak padła historyczna bramka? „Grę rozpoczynają Niemcy i łatwo przedostają się na połowę Polski (...). Po ochłonięciu z pierwszych ataków gra staje się wyrównana. Pech jednak prześladuje biało-niebieskich, bo pierwszą bramkę bije samobójczo z rzutu rożnego Kiełbasa (...). Nasi nie tracą jednak nadziei i przechodzą do gwałtownej ofensywy” - donosiła „Polonia”.

„W ciemnościach, które ogarnęły boisko w drugiej połowie meczu, Polska doprowadziła do prowadzenia i gdy wydawało się, że zwycięstwo jest po polskiej stronie, padło wyrównanie” - opisywał końcówkę „Kattowitzer Zeitung”.

I tu szok! „Największym błędem kapitana związkowego było trzymanie ustawienia drużyny w tajemnicy. Gensior, Kiełbasa, Goerlitz, Sobota wcale nie przypuszczali, że będą reprezentować barwy reprezentantów. U dwóch pierwszych zauważono zdenerwowanie tremą. Do tak wielkich spotkań potrzeba odpowiedniego i moralnego wsparcia” - narzekali dziennikarze.

Po meczu gości zaproszono na uroczystą kolację w Chrześcijańskim Domu Związkowym. Dziennikarze psioczyli, że nie zostali zaproszeni.

W rewanżu za pierwszy mecz, czyli w pierwszym spotkaniu w Niemczech - na stadionie w Bytomiu, reprezentacja Polskiego Śląska przegrała 1:3, a honorowego gola zdobył Paweł Lubina, środkowy napastnik Pogoni Katowice. Co ciekawe, w latach 30. podczas meczów obu Śląsków Lubina będzie już kapitanem związkowym Górnośląskiego Związku Piłki Nożnej i jako taki właśnie on będzie wybierać skład.

Lata 20. dla niemieckiego Śląska

W latach 20. zdecydowanie lepsi byli Górnoślązacy z niemieckiej strony granicy, z czym Polakom oczywiście trudno się było pogodzić. „Że przegrana nie jest miernikiem sił obu części Śląska świadczy statystyka gier towarzyskich, w których nasze C-klasowe drużyny przeciw tamtejszym A-klasowym wygrywały mecze” - podkreślała „Polska Zachodnia” po rewanżowym meczu w Bytomiu w czerwcu 1925 roku, przegranym przez Polski Śląsk 1:3. Narzekano na brak ambicji naszych zawodników: „niech o tym świadczy fakt, że dwóch graczy w ogóle nie stawiło się do zawodów, tłumacząc się brakiem czasu i chorobą”.

Prawda jest jednak taka, że w tym okresie Niemcy mieli na Śląsku lepszych piłkarzy i chyba staranniej przygotowywali się do tych pojedynków. Przeciwko polskiej drużynie grali m.in. Kurt Hanke i Richard Malik. Ten pierwszy - pomocnik Preussen Zaborze - to pierwszy górnośląski reprezentant Niemiec. W 1932 roku wystąpił w nieoficjalnym meczu z Evertonem Liverpool. Jednak pierwszym Górnoślązakiem, którego znajdujemy w wykazie oficjalnych spotkań reprezentacji Niemiec, jest wspomniany, znakomity Richard Malik z Bytomia, z zawodu motorniczy kopalnianej lokomotywy. As Spiel - und Sportvereine 09 Beuthen - wspaniały technik, natchniony dyrygent każdej drużyny, w której grał, także ekipy Niemieckiego Śląska.

Pod koniec lat 20. polską drużynę gnębił potężnymi bombami Erwin Palluschinski, co ciekawe - rodowity katowiczanin. W meczach w 1928 i 1929 roku strzelił dla Niemieckiego Śląska trzy gole, przesądzając o jego zwycięstwach. W tym czasie ten masywny, dysponujący silnym strzałem zawodnik był asem Preussen Zaborze. Po wojnie mieszkał wciąż w Bytomiu, gdzie pochowany został na jednym z miejscowych cmentarzy.

Złą passę udało się przełamać reprezentacji Polskiego Górnego Śląska dopiero w ósmym meczu. W październiku 1929 roku 3000 kibiców radowały się na stadionie Pogoni (dziś boisko AWF-u Katowice) ze skromnego zwycięstwa 1:0. „Prawda, że w naszej reprezentacji grało aż czterech graczy bielskich, jednak nie przynosi to barwom polskim żadnej ujmy” - komentowała „Polonia”.

Lata 30. dla polskiego Śląska

W następnej dekadzie wszystko się zmieniło. Po polskiej stronie nastąpił wyjątkowy urodzaj, wysyp wybitnych piłkarzy - z olśniewającym Ernestem Wilimowskim na czele. Ślązacy byli tak dobrzy, że to oni decydowali o obliczu reprezentacji Polski i to dzięki nim potrafiła ona awansować na mistrzostwa świata w 1938 roku. W niemieckiej reprezentacji Ślązacy takiego przebicia nie mieli.

Świetnie w meczach obu Śląsków spisywał się oczywiście Wilimowski. Nadzwyczajnie zagrał choćby w marcu 1935 roku. Z okazji oddania do użytku Adolf Hitler Kampfbahn (dziś stadion Górnika) do Zabrza przyjechała reprezentacja Polskiego Śląska. Bohaterem był „Ezi”, który zdobył aż 3 gole i uratował remis 3:3. Pierwsza bramka padła po jego dalekim, precyzyjnym strzale, druga - po szybkiej zespołowej akcji, trzecia - po pięknej „główce” z podania klubowego kolegi, Teodora Peterka. - Zwycięstwo leżało w granicach naszych możliwości - podkreślał oglądający ten mecz Józef Kałuża. Selekcjoner polskiej reprezentacji na meczach obu Śląsków był regularnym i stałym gościem.

Wspólne zdjęcie piłkarzy i działaczy obu drużyn przed meczem na stadionie Pogoni w Katowicach w czerwcu 1927 roku. Drugi od lewej kapitan związkowy Alojzy Budniok, piąty - Stanisław Flieger, ówczesny prezes Śląskiego OZPN-u, drugi od prawej - Paweł Lubina, gracz reprezentacji Śląska, jeden z pierwszych reprezentantów Polski. W latach 30. będzie kapitanem związkowym OZPN-u (będzie wybierał skład reprezentacji Śląska) Archiwum Mariana Lubiny

Jako że mecze z Polskim Śląskiem niemieckiej stronie coraz trudniej było wygrywać, więc tamtejsi działacze zaczęli zasilać skład graczami z Breslau, którzy regularnie brali udział w rozgrywkach o mistrzostwo Niemiec. Także strona polska starała się wystawić jak najsilniejszy skład, ale nie zawsze się jej to udawało. Kiedy w 1934 roku nasi działacze dowiedzieli się o ściągnięciu na mecz graczy wrocławskich, Śląski OZPN zaczął starać się o przełożenie ligowego meczu Warta Poznań - Ruch Wielkie Hajduki, bo chciał, żeby w spotkaniu zagrali zawodnicy ówczesnych mistrzów Polski. PZPN jednak się nie zgodził. „Naszym naczelnym władzom nie zależy widocznie na zrehabilitowaniu się - chociaż częściowo po porażce w Warszawie (kilka dni wcześniej odbył się prestiżowy międzypaństwowy mecz pierwszych reprezentacji przegrany przez Polskę 2:5 - oba gole zdobyli Ślązacy: Wilimowski i Karol Pazurek - przyp.red.)” - narzekała prasa.

Równo cztery lata przed wybuchem wojny na stadionie katowickiej Pogoni doszło do meczu, który odbił się szerokim echem nie tylko nad Wisłą, ale i w Niemczech. 1 września 1935 roku Polacy odbili sobie wszystkie wcześniejsze niepowodzenia. Niemcy nie spodziewali się takiej klęski w najczarniejszych snach - zostali rozbici aż 9:1!

Szewc robił co mógł…

Ostatni mecz obu Śląsków odbył się w styczniu 1939 roku w Bytomiu - kiedy stosunki polsko-niemieckie były już bardzo napięte. Trzy dni wcześniej minister spraw zagranicznych Józef Beck spotkał się w Berchtesgaden z Adolfem Hitlerem, szefem niemieckiej dyplomacji Joachimem von Ribbentropem i ambasadorem w Warszawie Hansem von Moltke. Rozmowy nie przyniosły większych efektów. Tymczasem na Śląsku emocjonowano się przede wszystkim spotkaniem.

Niemcy bardzo chcieli wygrać i w ostatnim meczu obu zespołów im się to udało. Porażka nieoczekiwana, „tym bardziej że nawet najbardziej szowinistycznie nastawieni widzowie przepowiadali zwycięstwo gości”. Niemcy mieli satysfakcję, bo w 79 minucie grający w dziesiątkę gospodarze (kontuzja Grzesika) dołożyli piątego, zwycięskiego gola, wygrywając 5:3. Satysfakcja gospodarzy była wielka, bo od 1934 roku Niemcy nie wygrali ani razu i właśnie w tym meczu przełamali passę. „Strona polska postawiła na nogi wszystko, na co było ją stać, w tym ośmiu reprezentantów. Atak z Wilimowskim, który czuł się nieswojo na śliskiej, zaśnieżonej murawie, nie zademonstrował swoich możliwości. Jego dryblingi i indywidualna gra natrafiła na dobrą obronę przeciwnika” - pisał „Kattowitzer Zeitung”.

O tym meczu rozmawiam dla „Sportu” z człowiekiem, który na nim… był! Marian Lubina, miał wówczas 11 lat, na spotkanie zabrał go ojciec Paweł, wówczas kapitan związkowy reprezentacji Górnego Śląska. - Atmosfera na stadionie nie była napięta, nie czuło się wrogości. Dla publiczności liczył się mecz. Pogoda była jedna fatalna, piłkarze często zapadali się po kostki w śniegu. Nasi nie byli przyzwyczajeni do takich warunków. Jako syn trenera mogłem więcej, więc oglądałem mecz zza bramki. Po pierwszej połowie przyglądałem się niecodziennej sytuacji. Ernest Wilimowski przyprowadził na ten mecz znajomego szewca. Ten w przerwie zdołał przybić korki do sześciu par butów. Pozostała piątka zawodników ślizgała się na murawie nadal. Polski Śląsk przegrał 3:5 -wspomina Marian Lubina.

Nigdy więcej

Po obu stronach wystąpiło mnóstwo znakomitości; goście to była właściwie reprezentacja Polski z fantastycznym kwintetem napastników Wostal i Piontek (obaj AKS Chorzów) oraz Peterek, Wilimowski, Wodarz (wszyscy Ruch), kadrowiczami byli także pomocnicy Piec (Naprzód  Lipiny) i Dytko (Dąb Katowice) oraz Giemsa (Ruch), który od czasów słynnego 9:1 przeszedł z ataku do obrony.

Curt Stanitzek, utalentowany bramkarz VfR Gleiwitz, bronił w opisywanych przez nas meczach w 1937 i 1938 roku. Po wojnie został wywieziony na niewolnicze roboty do jednej z kopalń Donbasu, skąd już nie wrócił. Tutaj na jednym ze zdjęć dodawanych przed wojną do...  papierosów produkowanych przez firmę Union - Cigarettenfabrik z Drezna. Piłka nożna już przed wojną była świetnym nośnikiem reklamy. Archiwum Pawła Czado

Podporę niemieckiej defensywy stanowiło żelazne trio Vorvarts Rasensport Gleiwitz - bramkarz Otto Mettke oraz obrońcy Richard Kubus i Wilhelm Koppa. Najwybitniejszy z nich Kubus - zagrał nawet w reprezentacji Niemiec. Zmarł niespełna 20 lat temu. W pomocy wyróżniał się Florian Bismor, as Preussen Zaborze. Bramki strzelał nawet z 40 metrów, na co dzień był urzędnikiem w gminie. Po wkroczeniu Sowietów na Śląsk wyjechał w głąb Niemiec, grał po wojnie w TSV 1860 Monachium. Tragicznie skończył za to klubowy kolega Bismora, napastnik Adolf Obstoj, który w tym ostatnim meczu strzelił Polskiemu Śląskowi jedną bramkę. Na boisku słynął z uderzeń oddawanych z potworną siłą - ponoć austriacki bramkarz Platzer, próbując kiedyś obronić piłkę, którą Obstoj kopnął z rzutu karnego, połamał palce... W czasie wojny Obstoj został wcielony do Wehrmachtu i wysłany na front wschodni. Za odmowę sforsowania odcinka frontu (przedtem zginęli wszyscy jego poprzednicy) został zastrzelony przez oficera...

Tak czy inaczej - obie reprezentacje oczywiście już nigdy więcej się nie spotkały.

Paweł Czado

Polski Śląsk - Niemiecki Śląsk

1924 w Katowicach - 3:3
1925 w Bytomiu - 1:3
1926 w Bytomiu - 1:2
1927 w Bytomiu - 2:2
1927 w Katowicach - 1:2
1928 w Bytomiu - 2:4
1928 - w Katowicach - 0:2
1929 - w Zabrzu 2:3
1929 - w Katowicach 1:0
1930 - w Zabrzu 2:0
1930 - w Katowicach 2:1
1931 - w Katowicach 2:1
1932 - w Bytomiu 1:0
1933 - w Katowicach 0:2
1934 - w Bytomiu 0:0
1934 - w Katowicach 0:2
1935 - w Bytomiu 3:3
1935 - w Katowicach 9:1
1936 - w Bytomiu 3:1
1936 - w Katowicach 3:2
1937 - w Zabrzu 4:2
1938 - w Katowicach 2:1
1939 - w Bytomiu 3:5