Ryski hat trick?

Bartosz Zmarzlik ma zamiar powiększyć przewagę nad Bradym Kurtzem...

Bartosz Zmarzlik wygrywał na Łotwie w dwóch ostatnich sezonach. Fot. Marcin Karczewski/PressFocus

GRAND PRIX ŁOTWY

Obecny sezon jest zdecydowanie ciekawszy od poprzednich, bo znalazł się zawodnik, który jest w stanie rzucić realne wyzwanie polskiemu mistrzowi. Mowa oczywiście o Bradym Kurtzu, który przebojem wdarł się do światowej czołówki i po siedmiu rundach walki o mistrzostwo świata traci do Bartosza Zmarzlika zaledwie dziewięć punktów. Od jakiegoś czasu Grand Prix stało się w zasadzie areną zmagań jedynie tej dwójki. Przewaga Kurtza nad trzecim Fredrikiem Lindgrenem wynosi już 23 punkty, ale aby myśleć o wydarciu Zmarzlikowi mistrzowskiego tytułu, musiałby utrzymać rewelacyjną dyspozycję do końca zmagań i dodatkowo liczyć, że Polak zawali przynajmniej jeden z pozostałych turniejów.

Ryga lubi Zmarzlika

W Rydze raczej się jednak na to nie zanosi. Dla polskiego mistrza nie ma wielkiego znaczenia, na jakim torze startuje, ale są takie, które leżą mu wybitnie. Stolica Łotwy jest jednym z nich. W Rydze Zmarzlik wygrywał zarówno przed rokiem, jak i dwa lata temu. Na żadnym innym torze nie ma aż takiej, stuprocentowej skuteczności.

Łotewska runda walki o indywidualny czempionat jest zresztą specjalnością Biało-czerwonych. Przed triumfami Zmarzlika również trzy wcześniejsze rundy (na torze w Daugavpils) wygrywali nasi reprezentanci: Krzysztof Kasprzak (2014), Maciej Janowski (2015) oraz Piotr Pawlicki (2017). W latach 2016 oraz 2018-22 cykl nie zawitał do Bałtów.

Ubiegłoroczny triumf zapewnił Zmarzlikowi i piąty tytuł mistrza świata. Tym razem nawet w razie wygranej raczej nie będzie jeszcze mógł się czuć pewny złota. Tamta wygrana smakowała wyjątkowo z jeszcze jednego powodu. Zmarzlikowi w Rydze szło bowiem jak po grudzie, zaliczył groźnie wyglądający upadek walcząc w jednym biegu z Mikkelem Michelsenem, był też wolny, przegrywał starty, a po trzech seriach miał tylko cztery punkty. Kiedy przyszła jednak decydująca część turnieju, pokazał dlaczego jest najlepszy. Nie mamy nic przeciwko temu, jeśli podobny scenariusz (oczywiście bez upadków) będzie miał miejsce w sobotę.

Łotwa? Strzał w dziesiątkę!

Amerykanom z Discovery, którzy przejęli prawa do organizacji żużlowych mistrzostw świata od Brytyjczyków z BSI, zarzuca się, że nie rozwijają cyklu, brakuje nowych lokalizacji, szczególnie poza Europą. Dołączenie do kalendarza Rygi w 2023 roku okazało się jednak bardzo dobrym ruchem. Przede wszystkim to trzecia, po Warszawie i Pradze, stolica w cyklu, a to zawsze podnosi prestiż rozgrywek.

Grand Prix w łotewskiej stolicy próbowano rozegrać już w 2014 roku, ale wielką kompromitacją nie skończyło się tyko dlatego, że w sukurs przyszedł Lokomotiv Daugavpils - jedyny żużlowy klub na Łotwie biorący udział w rozgrywkach ligowych (na trzecim stopniu rywalizacji w Polsce). Z powodu złej pogody i fatalnego stanu toru zawody w stolicy zostały odwołane i przeniesione na następny dzień do oddalonego o 220 kilometrów miasta w Łatgalii.

Do Rygi powrócono w 2023 roku, ale była to jedyna runda przy świetle dziennym ze względu na brak masztów oświetleniowych na obiekcie. Przed rokiem stanęły już nie tylko przenośne jupitery, ale również dodatkowa trybuna na przeciwległej prostej. Za każdym razem wszystkie bilety zostały wyprzedane, a organizatorom nie można odmówić tego, że starali się zrobić wszystko, aby odwiedzający ich goście zabrali z Łotwy jak najlepsze wspomnienia.

W przypadku Rygi tradycyjnie powracają obawy o stan rzadko użytkowanego toru. Miejscowi nie mając na miejscu własnych toromistrzów przed rokiem poprosili o pomoc czeskiego fachowca Tomasa Topinkę. Tym razem ma być podobnie. Upadków nie udało się uniknąć, ale najważniejsze, że tor wytrzymał dwudniowe zawody, a emocji było całkiem sporo. Pozostaje mieć nadzieje, że w sobotę będzie podobnie. Synoptycy nie przewidują prawie żadnych opadów.

Mariusz Rajek