Rynek dobrze znany?
W czterech ostatnich oknach transferowych na Bukową głównie sprowadzano Polaków lub obcokrajowców z polskich drużyn. Pomyłek jednak nie uniknięto.
Kacprowi Łukasiakowi (z lewej) nie udało się stworzyć skutecznej konkurencji w składzie dla Mateusza Kowalczyka. Fot. Press Focus
GKS KATOWICE
W poprzednim sezonie GieKSa był drugim klubem ekstraklasy, który najczęściej korzystał z usług krajowych piłkarzy. Udział Polaków w meczach zespołu wynosił 85,2 proc. Liderem pod tym względem było Zagłębie Lubin. Rafał Górak podkreślał nieraz, że najważniejsza nie jest narodowość piłkarza, który przychodzi do GKS-u, ale jego umiejętności. Wspomniana statystyka pokazuje jednak, że w Katowicach stawia się na Polaków. Klub wychodzi z założenia, że ich transfery obarczone są najmniejszą szansą niepowodzenia, bo wiadomo, czego może się po zawodniku spodziewać. Tak też jest w przypadku Mateusza Wdowiaka, z którym podpisano kontrakt kilka dni temu. Dlatego właśnie w tym sezonie GieKSa jest liderem, jeśli chodzi o udział w spotkaniach ekstraklasy zawodników krajowych, z wynikiem na poziomie 74,1 proc. Lubinianie spadli na drugie miejsce (71,3).
Cudzoziemcy, ale... swoi
Mniejsze ryzyko niepowodzenia transferów dotyczy też piłkarzy zagranicznych, którzy sprowadzani są do stolicy województwa śląskiego z zespołów ekstraklasowych (lub pierwszoligowych). Tak było latem 2024 roku, gdy GKS zakontraktował Borję Galana (Hiszpan) z Odry Opole i Adama Zrelaka (Słowak) z Warty Poznań. Obaj zostali wcześniej przetestowani na polskich boiskach. W tym sezonie dokonano dwóch podobnych transferów – latem z Legii sprowadzono Ilję Szkurina (Białorusin), a w poniedziałek GKS ogłosił podpisanie kontraktu z Erikiem Jirką (Słowak) z Piasta Gliwice. Każdy, kto śledzi polski futbol, doskonale zdaje sobie sprawę z tego, co ci dwaj zawodnicy mogą dać drużynie Rafała Góraka. Nie są to w każdym razie transfery na chybił trafił, ale takie, które mają przynieść wymierny efekt.
Odkąd GKS Katowice awansował do ekstraklasy, takich ruchów klub wykonał sporo. Jedynymi piłkarzami, którzy zostali oderwani od schematu polityki transferowej obranej w Katowicach, są Eman Markovic oraz Jesse Bosch. Obaj trafili na Nową Bukową w trakcie bieżącego sezonu podczas letniego okna transferowego i nigdy wcześniej nie grali w naszym kraju.
Lato 2024 roku było piękne...
Przy wszystkich pozostałych zawodnikach sprowadzonych w ostatnich czterech (wliczając trwające) okienkach transferowych nie było ogromnych znaków zapytania. Latem 2024 roku od razu po awansie – poza wspomnianymi Galanem i Zrelakiem – do zespołu dołączyli Sebastian Milewski z Arki, Bartosz Nowak z Rakowa, Alan Czerwiński z Lecha i Lukas Klemenz z Górnika Łęczna. Ponadto trener Górak przywitał też Rafała Strączka z Bordeaux oraz Mateusza Kowalczyka z Broendby. Obaj Polacy mieli problemy w zagranicznych klubach, ale w przeszłości pierwszy świetnie grał w Stali Mielec, a drugi w ŁKS-ie. Co warto podkreślić, każdy z tych piłkarzy (nawet Strączek, który wygryzł jesienią Dawida Kudłę z bramki!) do tej pory jest ważnym elementem układanki trenera GKS-u. Najrzadziej gra Milewski, choć Górak ceni sobie jego obecność w kadrze. Co więcej, na początku sezonu 27-latek był bardzo bliski, żeby zostać następcą w pierwszym składzie Oskara Repki, który odszedł do Rakowa, ale doznał urazu, który wykluczył go z gry.
... ale następne już nie
Na tej podstawie można wywnioskować, że polityka transferowa obrana przez GKS jest skuteczna. Gdy jednak spojrzy się na transfery z ostatniego lata, pojawiają się wątpliwości. Poza Szkurinem do GKS-u z polskich klubów przenieśli się Filip Rejczyk ze Śląska, Kacper Łukasiak i Marcel Wędrychowski z Pogoni, Maciej Rosołek z Piasta, Jakub Łukowski z Widzewa oraz Aleksander Paluszek ze Śląska (wypożyczony został jeszcze Aleksander Buksa z Górnika, ale szybko jego pobyt w klubie się zakończył). No i...? Ano Rejczyk jesienią grał głównie w rezerwach; Łukasiak zaczął sezon w pierwszym składzie z powodu kontuzji Milewskiego, ale z czasem grał coraz rzadziej; Wędrychowski regularnie dostawał szanse, wchodząc z ławki, robił sporo szumu, ale nie przekładało się to na bramki; Rosołek zaczął w pierwszym składzie wskutek kontuzji Zrelaka, ale po transferze Szkurina zniknął; Łukowski nie odnalazł się w Katowicach i szuka klubu; Paluszek zaś przed wywalczeniem miejsca w składzie w sparingu zerwał więzadło krzyżowe.
Więc odpowiedź na pytanie, czy polityka transferowa skupiona na sprowadzaniu zawodników z rynku wewnętrznego działa, brzmi… „trudno powiedzieć”.
Kacper Janoszka
