Równolatkowie
REMANENT, cotygodniowy felieton Jerzego Chromika
– Było nas trzech, w każdym z nas...
Nie, nie o ten refren tym razem chodzi, choć to prawda, że każdy z nas miał inną krew... Tym razem chodzi o to, że z każdym z nas wiązała się inna historia. Jak ze Stadionem Śląskim.
Był 22 lipca 2016 roku. Heniek wyprawiał akurat 60. urodziny. Niezbyt huczne. Po kilku toastach już w wartkiej rozmowie okazało się, iż przy tej samej butelce siedzi z Heńkiem gość urodzony 1 września i trzeci, z 11 listopada. Tego samego roku! Gdyby zrobić casting w powiecie, to prawdopodobieństwo skrzyknięcia takich trzech dat historycznych byłoby bliskie zera. A nam się udało! Zrządzeniem losu, nie mylić z zarządzeniem sołtysa z Łózek.
Heniek interesuje się piłką nożną o tyle o ile. Dzwoni okazjonalnie, gdy reprezentacja gra ważne mecze, i pyta mnie przez telefon około 80 minuty gry, jaki mamy wynik. Nic więc dziwnego, że ani w 2016, ani w 2026 nikt z nas trzech nie rozmawiał 22 lipca o Stadionie Śląskim, równolatku Heńka, Jurka i Mariana. A Marian to ten z 11 listopada, który odszedł od nas przedwcześnie w 2020. Jako pierwszy.
Zastanawia mnie wciąż, dlaczego fety w Kotle Czarownic nie zrobiono zgodnie z rytmem kalendarza w dniu uchwalenia tamtego fikcyjnego manifestu, w fikcyjnej pierwszej stolicy PRL. Bo starszym mogło się to źle kojarzyć? Ale Heniek by się ucieszył! Poczekano kilka tygodni, niestety dłużej nawet niż do 1 września, bo wtedy to ja miałbym powód do podwójnego świętowania. A futbol kocham miłością pierwszą, choć nie zawsze odwzajemnioną. Tłumaczę więc sobie, że to dlatego, że akurat tego dnia wszyscy myślą o Westerplatte, a nie o piłce nożnej.
Ostatecznie termin obchodów legendarnego stutysięcznika wyznaczono na piąty dzień września, choć można było nawet świętować trzy miesiące wcześniej, w rocznicę jedynego zwycięstwa nad Anglikami! Byłby to wówczas jednak spory afront wobec gości. Jeszcze gorszy wydawał się też 17 października. Dlaczego? Bo trenerem reprezentacji oldbojów „dumnych synów Albionu”, jak lubią nazywać Anglików adepci w moim zawodzie, został Peter Shilton. Temu do dziś śni się Jan Domarski i brzmi w uszach nieprzetłumaczalny na angielski zwrot: „najszła, zejszła i wejszła”.
Wszystkie te rozważania wydają się teraz bez znaczenia, skoro mecz starszych o kilogramy reprezentantów Polski i Anglii doszedł do skutku. Choć moralnie uzasadnionym selekcjonerem naszej drużyny wydawał się Strejlau, to miał być nim Piechniczek. Pod jego usprawiedliwioną nieobecność porządek rzeczy został jednak przywrócony i narodową tego dnia dyrygował dumny facet z Warszawy. Z ręką na temblaku. Dlaczego? Bo ON na polskiej trawie nigdy nie przegrał z Angolami! Nie dawał im tylko rady na wyjazdach, tam przegrywał, w przeciwieństwie do profesora Górskiego. Ten zwyciężył w Chorzowie i jak pamiętać będziemy do grobowej deski – zremisował w 1973!
Okolicznościowy mecz miał kilka znaków zapytania. Po pierwsze zabrakło bramkarza, który zatrzymał Anglię, choć po dziesięcioleciach nie zapobiegł brexitowi. Mowa oczywiście o Tomaszewskim. Lekarz mu nie pozwolił. Ściągnięto zatem Boruca i ojca Wojtka Szczęsnego – Macieja. To były kolejne ślady stołeczne. Jeśli dodać Koseckiego i Dziekanowskiego, to wychodzi na to, że w reprezentacji narodowej grała przede wszystkim Warszawa, a to przecież nadużycie. A tych, którzy mieli moralne prawo w takim spotkaniu wystąpić, zabrakło wielu. Może dlatego, że o składzie decydowali Hajto z Koseckim? A jeśli mowa o podtekstach, to w jednej drużynie byli historyczni antagoniści. Kiedyś Kucharski na Łazienkowskiej omal nie skończył Szczęsnemu kariery, za co go do dziś przeprasza. A tenże Maciej pozwany został przed laty do sądu za nazwanie Peszki „debilem”! Piłka jednak łączy, pozwala zapomnieć i leczy rany. Jak czas...
I tak oto Strejlau wygrał wreszcie na naszym boisku z Anglikami! Niby do dwóch, ale tak po prawdzie do jednego, bo pierwszy, niby honorowy dla gości, padł ze spalonego! To był bowiem ukłon organizatorów, a nie decyzja VAR-u. Skąd to wiadomo? W trakcie przerwy trener odesłał sprzed ławki rezerwowych panią, która błagała, by pozwolił gościom przynajmniej na jednego gola. Została tak potraktowana, bo Strejlau nigdy nie brał i nie bierze udziału w meczach z ukartowanym wynikiem. Ale potrafi zachować się honorowo. Po ostatnim gwizdku wysłał Koseckiego do Shiltona z przesłaniem:
– Powiedz mu, że kiedyś Anglicy grali naprawdę dobrze w piłkę!
Oczywiście kocioł! A czarownice nad nim, także w trakcie jubileuszowego meczu. Fot. Marcin Bulanda / Press Focus
