Romeo na Spitsbergenie
WYMIANA KOSZULEK, cotygodniowy felieton Wojciecha Kuczoka
Mam do Mariusza Stępińskiego niewygasły sentyment - to był ostatni snajper tej klasy w Ruchu, zagrał tylko jeden sezon z niewielkim nadkładem, ale nigdy nigdzie później nie był tak skuteczny. Dla Niebieskich strzelił 18 goli w 43 oficjalnych meczach, w sezonie 2015/2016 był najlepszym polskim napastnikiem w ekstraklasie, co zaowocowało wyjazdem z kadrą Nawałki na pamiętne Euro 2016, ale młodziutki podówczas napastnik przyglądał się meczom z ławki rezerwowych. Latem został przez wiecznie potrzebujący gotówki Ruch sprzedany do Francji, chociaż ówczesny prezes Janusz Paterman cisnął na transfer do Moskwy, bo Rosjanie z Lokomotiwu chcieli zapłacić dwa razy więcej. Z perspektywy późniejszych wydarzeń i niewydarzeń miał chłopak szczęście, że karierę rozwinął w krajach romańskich, a nie na dzikim wschodzie, z którego nie wszyscy zdążyli w porę szczęśliwie uciec (patrzy: nieszczęsny casus Macieja Rybusa). Stępiński wyjechał do Nantes latem 2016, na początku sezonu, który skończył się dla Niebieskich tragicznie, pierwszym z serii spadków poza poziom centralny, ale pozostawił po sobie wrażenia, także estetyczne – to był piękny chłopak, który strzelał piękne gole; po grze w Ligue 1 zadomowił się w mieście Romea i Julii, przez kilka sezonów piszczały na jego widok panny werońskie, dopóki nie wyemigrował na Wyspę Afrodyty i w końcu stanął na ślubnym kobiercu. Chłopak grał przez parę lat w warunkach śródziemnomorskich, w Nikozji zimą też jest dwadzieścia stopni, tyle że na plusie, po czym przyjechał na Szpicbergen przy Łazienkowskiej i zamiast jęczeć, że mu marzną paluszki, trafił trzy razy do siatki, przy czym raz niestety z minimalnego spalonego, więc hattricka nie było. Instynkt strzelecki, świetne warunki fizyczne, a przy tym wybitnie inteligentne szukanie piłki, intuicyjne odnajdywanie się w polu karnym – Stępiński oprócz tego, że jest znakomity technicznie, świetnie umie czytać grę. I taki gość występuje na tle panów Melepety Rajovicia i Antonio Ciolaka, którzy razem wzięci przez pół roku strzelili w lidze mniej bramek niż Jean Pierre N’Same w pięciu letnich występach kwalifikacji do europejskich pucharów. Kibice Legii zobaczyli, jak ich najdroższy w historii napastnik strzela z jedenastu metrów tak, jakby piłka ważyła dziesięć kilo, nędznie kopie po ziemi w bramkarza i równie słabo dobija piłkę. Zobaczyli bezzębny uśmiech swojej ofensywy i nieporadność w defensywie, a na dobitkę napadziora klasy europejskiej, który przyjechał do nich z… Kielc, wygrał mecz gościom i jeszcze dowalił gospodarzom w wywiadzie pomeczowym („to normalne zwycięstwo, przecież jesteśmy wyżej w tabeli”). Nikt już nie przeżywa zwycięstw przy L3 jako najważniejszych tryumfów w sezonie, Legię ogrywa każdy, kto ma choć odrobinę porządku w szykach obronnych i wybieganych skrzydłowych do kontry – kibice może jeszcze nie zdają sobie z tego sprawy, ale miejsce Legii nie jest tymczasowe ani przypadkowe, warszawiacy powinni mieć świadomość, że ich drużyna raczej się w strefie spadkowej zdąży urządzić, niż ją opuścić. Dużo było szumu i ruchów transferowych zimą, w Łodzi poszli na ilość, tymczasem królową polowania okazała się Korona, w przeciwieństwie do rozrzutnych rywali z Widzewem na czele oddając tylko jeden celny strzał do z góry upatrzonego grubego zwierza. Jeżeli typowa drużyna środka tabeli ekstraklasy ściąga napastnika w optymalnym wieku i świetnej formie, który nastrzelał już 21 bramek dla trzech klubów z lig TOP 5 (Nantes, Chievo i Hellas Verona), a w ostatnich latach natłukł 43 bramki w lidze cypryjskiej, to znaczy, że ekstraklasa jest jeszcze atrakcyjniejsza niż się dotąd wydawało. Ba, staje się ligą modną nie tylko dla hiszpańskiego salonu odrzuconych, ale także dla Polaków na poziomie reprezentacyjnym. Przy Łazienkowskiej nie mogli trafić gorzej z inauguracją – drużyna, która w tym sezonie jest dojmująco bezradna w ofensywie trafiła na rywala, który właśnie sprowadził środkowego napastnika mającego potencjał na to, by wiosną wciągnąć całą ekstraklasę nosem i przy szczęśliwych wiatrach załapać się do kadry narodowej na mundial, a kto wie, czy już nie na mecze eliminacyjne. Jeśli ktoś wierzył, że start rundy jesiennej zweryfikuje dotychczasowy układ sił, wszystko zacznie z meczu a mecz wracać do normy, odwieczni ligowi krezusi zaczną odrabiać straty i piąć się w tabeli – musi jeszcze poczekać. Szczególnie Wisła Płock zrobiła wrażenie, wygrywając z Rakowem – jeśli dotąd można było mieć jakieś niepokoje, związane z kadrą lidera, to z powodu średniej wieku pierwszego składu, w którym wiodącą rolę odgrywają zawodnicy w wieku przedemerytalnym (Sekulski, Pacheco, Kamiński). Tej zimy ściągnęła z Kopenhagi nastoletniego Dominika Sarapatę i teraz zrobiła się z tego udana mieszanka rutyny z młodością. Po meczu z Rakowem po raz pierwszy w tym sezonie pomyślałem sobie, że Wisła może być drugim w historii, po Ruchu,beniaminkiem, który zakończy sezon mistrzowską koroną.
