Rekord, rekord, rekord!

O 21 osób Ruch z Wisłą pobiły swój zeszłoroczny wynik frekwencji. To najlepszy rezultat w polskim futbolu klubowym od 1975 roku.

Patryk Szwedzik (z prawej) strzelił swojego 11 gola w tym sezonie. Fot. Krzysztof Porębski/Press Focus

O randze meczu wiedział każdy i czuć ją było w powietrzu już od niedzielnego brzasku. Na szczęście – wbrew deszczowym zapowiedziom, tylko trochę pokropiło, więc w świetnej aurze do Kotła Czarownic ciągnęły tłumy, jakich ten obiekt w futbolu ligowym nie widział od...14 miesięcy. Kibice w czerwonych i niebieskich trykotach byli wszędzie, a po wjeździe na teren Parku Śląskiego w oczy rzucały się rzędy zaparkowanych autokarów, niczym w wielowagonowym pociągu towarowym. Już w znacznej odległości od Stadionu Śląskiego do nie lada wyzwań należało odświeżenie „twitterka”, aby sprawdzić, jakie składy wybiegną na boisko, bo sieci internetowe były solidnie przeciążone.

Zmiana bramkarza

No właśnie, składy... Trenerzy obu zespołów zdecydowali się dokonać pewnych roszad, co bardziej zaskakujące było w przypadku Ruchu. Trener Waldemar Fornalik nieczęsto bowiem miesza w wyjściowej jedenastce, jeśli nie musi. Na „mecz mistrzów” zdecydował się jednak na trzy zmiany, z czego jedna była wagi ciężkiej – bo do bramki po raz pierwszy od 5 października i meczu właśnie z Wisłą wszedł Jakub Bielecki. Na stopera szybko po kontuzji wrócił Nikodem Leśniak-Paduch, a w środku pola rywalizację z Denisem Venturą ponownie wygrał Mateusz Szwoch. Wisła? Po 1,5 miesiąca od początku zagrali Jakub Krzyżanowski i Marc Carbo. Pod nieobecność kontuzjowanego Angela Rodado opaskę kapitana ponownie założył Julius Ertlthaler.

Wisła się poślizgnęła

Szybko stało się jasne, że Ruch nie spali się przed wielką frekwencją tak, jak przed rokiem. Obie drużyny weszły w spotkanie skoncentrowane, ale lepiej układało się gospodarzom. Od początku aktywni byli Marko Kolar i Patryk Szwedzik, którym pomagali... ślizgający się obrońcy rywala - Raoul Giger nawet dwa razy w jednej akcji. 

W 15 minucie Niebiescy przeprowadzili płynną akcję, a środkiem urwał się ruchliwy Shuma Nagamatsu. Japończyk „wypuścił” rozpędzonego Szwedzika, który uciekł Gigerowi i spokojnie umieścił piłkę w siatce. Stadion oszalał, a pewnej symboliki dodał wszystkiemu fakt, że chwilę wcześniej race odpalili kibice Ruchu, powodując niebieską mgłę otulającą całe wnętrze Kotła Czarownic. 

Gospodarze dobrze wyglądali w pierwszej połowie, gdyby nieco lepiej w 2-3 sytuacjach zachował się Kolar, może mogłoby być nawet i 2:0, ale co najważniejsze – daleko od bramki Bieleckiego trzymana była Wisła. Na początku Krakowianie mieli kilka akcji, gdy liczba atakujących była równa liczbie broniących, lecz klarownej sytuacji nie mieli żadnej. Dopiero w 45 minucie pojawiły się z ich strony strzały z dystansu, które można by określić (lekko na wyrost) mianem godnych odnotowania.

Narodziny pesymizmu

Optymizm Chorzowian mógł być uzasadniony także po przerwie, boprzez pierwszy jej kwadrans gra toczyła się głównie na połówce Wisły, nawet w jej polu karnym. Po godzinie jednak coś się zacięło. Andrej Lukić z niezrozumiałych przyczyn zatrzymał się w swoim polu karnym, gdy obok przelatywała piłka. Dzięki temu przyjął ją, chyba niezauważony przez Chorwata Frederico Duarte, płynnie ułożył sobie piłkę do strzału i przymierzył nie do obrony, obijając jeszcze poprzeczkę. W przeciągu pięciu minut Wisła miała jeszcze 2-3 dogodne okazje na gola, lecz czujny był „Bielu”, zatrzymując przede wszystkim Ertlthalera.

W ostatnich 20 minutach optymizm Chorzowian stał się pesymizmem, bo lider I ligi przejął całkowitą kontrolę nad wydarzeniami. Na szczęście gospodarzy Biała Gwiazda nie podkręciła tempa aż tak bardzo, jak zwykła to robić jesienią, zresztą – by być też uczciwym – Ruch dobrze bronił, z tym że niemal w ogóle nie atakował, a jeśli już, to piłkarze podejmowali złe decyzje. Po stracie bramki chyba tylko Denis Ventura oddał obiecujące uderzenie (trochę takie jak Wisła w końcówce pierwszej części), lecz to było za mało, by zgarnąć jakże potrzebny komplet punktów. No i nawiązując do naszej zapowiedzi – Chorzowianie ponownie nie wygrali meczu na Stadionie Śląskim, na którym pojawiło się co najmniej 20 tysięcy kibiców... 

Piotr Tubacki

GŁOS TRENERÓW

Mariusz JOP: – Brać udział jako trener w takim meczu to duże wyróżnienie. W pierwszej połowie było u nas zbyt dużo nerwowości. Widać było, że niektórzy mieli problem z atmosferą. Sporo niedokładności, za długo trzymaliśmy piłkę. Po bramce potrzebowaliśmy kilkunastu minut, by dojść do siebie. Druga połowa dużo lepsza, więcej spokoju i cierpliwości. Byliśmy trochę bliżej zwycięstwa, ale trzeba oddać rywalowi, że bronił skutecznie.

Waldemar FORNALIK: – To był bardzo ciekawy i emocjonujący mecz. Spotkały się dwie bardzo zdeterminowane drużyny, które chciały wygrać za wszelką cenę. Otoczka była kapitalna, robiła wrażenie. Swoją postawą udźwignęliśmy ciężar gatunkowy tego meczu. Jesteśmy niezadowoleni z remisu, możemy mieć pretensje za straconą bramkę.


OCENA MECZU⭐ ⭐ ⭐

◼ Ruch Chorzów – Wisła Kraków 1:1 (1:0) 

1:0 – Szwedzik, 15 min, 1:1 – Duarte, 66 min

RUCH: Bielecki – Konczkowski, Leśniak-Paduch, Lukić, Karasiński (89. Preisler) – Sz. Szymański – Szwoch (70. Ventura), Nagamatsu (89. Rosół) – Jendryka (63. Ceglarz), Kolar (70. Szczepan), Szwedzik. Trener Waldemar FORNALIK.

WISŁA: Letkiewicz – Giger, Grujcić, Kutwa, Krzyżanowski (62. Lelieveld) – Carbo (70. Igbekeme), Duda – Kuziemka (62. Mikulec), Ertlthaler, Bożić – Duarte. Trener Mariusz JOP.

Sędziował Tomasz Kwiatkowski (Warszawa). Widzów 53 314. Żółte kartki: Karasiński, Jendryka – Carbo, Ertlthaler

Taki widok w polskim futbolu robi wrażenie! Trybuny pękają w szwach.Fot. Krzysztof Porębski/Press Focus

Materiał premium

Dalsza część jest dostępna dla subskrybentów

Odblokuj pełne wydanie i korzystaj bez ograniczeń. Czytaj ekskluzywne wywiady, analizy i felietony sportowe. Słuchaj podcastów oraz oglądaj materiały wideo.

Zobacz pakiety i odblokuj wydanie

Dostęp od 12,50 zł • BLIK / karta • Anulujesz online, kiedy chcesz

Masz już dostęp? Zaloguj się