Ratowanie sezonu
Niewytłumaczalna momentami nieskuteczność pozbawiła w tym sezonie Częstochowian szans na mistrzostwo. Czy może ich także zabraknąć w europejskich pucharach?
Jonatan Braut Brunes (w środku) zdobył dla Rakowa w tym sezonie 15 goli. Mnóstwo okazji jednak też zmarnował. Fot. Grzegorz Misiak / Press Focus
Po środowej przegranej z Jagiellonią (0:2) przy Limanowskiego zapanowała wściekłość. Nie z powodu matematycznej straty szans na mistrzostwo Polski, bo na to od dawna nikt w Częstochowie nie liczył. Gorzej, że Raków przegrał mecz, który był absolutnie kluczowy dla losów walki o drugie miejsce w tabeli, a co za tym idzie - o eliminacje Ligi Mistrzów. Ból porażki był tym większy, że tym razem drużynie nie sposób było odmówić braku ambicji, zaangażowania, walki czy dochodzenia do sytuacji bramkowych. Na całej linii, podobnie jak w wielu spotkaniach tego sezonu, zawiodła jednak skuteczność. - Do wykorzystania były bardzo proste sytuacje, tu po prostu trzeba strzelić gola. Nie ma co do tego dorabiać jakiejś wielkiej filozofii, nie ma też żadnej wymówki. Jeśli z 2-3 metrów przenosimy piłkę nad poprzeczką, to prostszych sytuacji już nie będzie. Tego musimy wymagać od zawodników: konkretów i jakości – denerwował się na pomeczowej konferencji Dawid Kroczek, dla którego był to dopiero drugi mecz w roli pierwszego szkoleniowca Rakowa.
Za wrażenia punktów nie dają
Częstochowianie byli nieskuteczni do tego stopnia, że należy się poważnie zastanowić, w jaki sposób i czy w ogóle można drużynie w tej materii pomóc? Jeśli bowiem z 25 strzałów żaden nie znajduje drogi do bramki, a tylko trzy są celne, to znak, że coś nie funkcjonuje tak, jak powinno. - Zrobiliśmy wystarczająco dużo w ataku, żeby ten mecz wygrać. Przynajmniej jedną z pięciu sytuacji powinniśmy zamienić na bramkę. Z kolei niewystarczająco dużo zrobiliśmy, jeśli chodzi o działania w obronie: zbyt łatwo straciliśmy bramki. Statystyki nie zamażą obrazu konkretu, czyli strzelonych bramek. W piłce nie daje się punktów za wrażenia artystyczne – dodawał trener.
Zadecyduje bilans?
Szczególną wściekłość przy Limanowskiego wywołała druga stracona bramka z Jagiellonią. Może się bowiem na koniec rozgrywek okazać, że Raków będzie niżej w tabeli od Białostoczan z powodu gorszego bilansu bezpośrednich spotkań! Jesienią, jeszcze pod wodzą Marka Papszuna, Częstochowianie wygrali w stolicy Podlasia 2:1. Ten scenariusz wcale nie jest jakiś nierealny, bo zakładając wygrane z Piastem oraz Arką, a także całkiem prawdopodobną porażkę Jagi w Katowicach, może się okazać, że oba kluby na koniec będą miały taką samą liczbę punktów. Wówczas pod Jasną Górą pluć w brodę będą sobie okrutnie.
Obiektywne spojrzenie
Złość i poczucie rozczarowania to jedno, ale na czwarte miejsce w tabeli i wciąż dalece prawdopodobny udział w pucharach, choć raczej już jedynie w eliminacjach Ligi Konferencji, nie należy patrzeć wyłącznie jak na totalną klęskę. Zwłaszcza biorąc pod uwagę wszystkie problemy, z jakimi Raków w obecnych rozgrywkach się mierzył. Odejście Marka Papszuna w grudniu, liczne kontuzje, angaż Łukasza Tomczyka, który nie potrafił zapanować nad szatnią - wszytko to sprawiło, że na obecne miejsce Rakowa trzeba spojrzeć z większą dozą tolerancji.
Teoretycznie w Częstochowie wciąż mają o co grać. W niedzielę zmierzą się w Gliwicach z Piastem (godz. 12.15), któremu będą chcieli zrewanżować się za porażkę (1:3) z jesieni. Trzy punkty są też niezbędne, aby nie oglądać się na czających tuż za plecami piłkarzy GKS-u Katowice oraz Zagłębia Lubin. - Nie widzimy innego rozwiązania jak rehabilitacja w Gliwicach. Od sztabu płynie energia do zawodników i jestem przekonany, że każdy zagra na wysokim poziomie, aby wywieźć komplet punktów – kończy Dawid Kroczek.
Mariusz Rajek
