Ratowali nas policjanci na koniach
Rozmowa z Leszkiem Lipką, byłym reprezentantem Polski
Gol Leszka Lipki (pierwszy z prawej w biało-czerwonym stroju) rozwścieczył maltańskich kibiców. W miarę bezpiecznie było na środku boiska. Fot. YouTube/zrzut ekranu
Za trzy tygodnie minie... 45 lat od słynnego meczu grozy na stadionie Gzira. Wrócił pan jeszcze kiedykolwiek na Maltę?
- Nigdy. Jakoś... nie miałem ochoty (śmiech).
W poniedziałek atmosferę maltańskich trybun poczują zawodnicy Jana Urbana. Powinni się bać?
- Eee, to już historia. Inny stadion, inna płyta. Trawa na niej będzie.
A wtedy na Gzirze nie było?
- Sama ziemia, dobrze udeptana. Ani źdźbła trawy. Ot, takie szkolne boisko.
Nawet bramki tak wyglądały – widać to na skrótach z tamtego meczu, dostępnych w internecie...
- No właśnie. Może dlatego człowiek się tam... zupełnie nieźle czuł, skoro wcześniej połowę życia spędził na grze z kolegami na takich właśnie boiskach podwórkowych czy przyszkolnych (śmiech).
Czemu zaczęły w waszą stronę lecieć kamienie?
- Maltańczycy się „zagotowali”, kiedy padła druga bramka dla nas. Uważali, że był spalony, ale sędzia boczny ofsajdu nie sygnalizował, a główny uznał mojego gola. Kiedy zaczęto nas obrzucać kawałkami betonu, musieliśmy uciekać na środek boiska, bo miejscowi tak daleko rzucić nie potrafili. Sporo minut tam postaliśmy, nim gospodarzom udało się zorganizować jakąś ochronę. Kilku policjantów na koniach w końcu wjechało na murawę. Sprowadzono nas do budynku, choć tak naprawdę eskorta dawała iluzoryczne zabezpieczenie; kamienie wciąż leciały. W szatni siedzieliśmy potem chyba jeszcze ze dwie godziny, zanim miejscowym przeszło i się rozeszli.
Generalnie na tym wyjeździe zdawała się ciążyć klątwa. Poprzedziła go tzw. afera na Okęciu, na skutek której nie było już z wami na Malcie Młynarczyka, Bońka, Żmudy i Terleckiego... Pewnie długo i dużo rozmawialiście o tym?
- Owszem. Najgorsze w tym wszystkim było to, że całą sytuację rozdmuchali dziennikarze, choć sami brali udział w jej nakręceniu. A potem pisali o „bandzie czworga”...
Trudno się było pozbierać mentalnie?
- Niełatwo. Szokiem było dla nas to, że dla pokazówki zdecydowano się zawiesić chłopaków przed tym spotkaniem. Można było całą sprawę rozstrzygnąć po powrocie, po meczu. Ale widocznie w związku mieli naciski z góry, z władz państwowych. Dobrze, że trafiło akurat na takiego rywala, jak Malta. Gdybyśmy mieli jakiegoś mocniejszego przeciwnika – Holandię na przykład – pewnie trudno byłoby o dobry wynik.
Lecąc na Maltę, mieliście postój w Rzymie i... wizytę u papieża.
- Owszem. Zatrzymaliśmy się na parę dni, zagraliśmy sparing, a potem gościliśmy w Watykanie. To było miłe zaskoczenie. Przypomnę – był rok 1980, ledwie dwa lata po wyborze Karola Wojtyły na papieża. Na tę wizytę musiały się zgodzić ówczesne władze polskie.
Przywiózł pan coś z tej audiencji?
- Różaniec i wspólne zdjęcie z Janem Pawłem II.
Wygrana z Maltą była pierwszym krokiem na mundial w Hiszpanii. Drużyna Jana Urbana też walczy w eliminacjach do MŚ. Jak się panu podobał jej mecz z Holandią?
- Bardzo się podobał. Jest wiele zmian w naszej drużynie w stosunku do wcześniejszej nijakości. Może czasami – na tle takiego rywala, jak Holandia – brakuje samych umiejętności, ale widać w tej drużynie chęć walki, widać sportową złość. A przed Urbanem ta kadra grała bezbarwnie.
To najważniejsza zmiana?
- Ważna, ale jedna z wielu. Bo widać też, że nie jest już tak, że wszyscy patrzą tylko na Roberta Lewandowskiego. Pozostali zawodnicy już nie boją się brać ciężaru gry na siebie.
Jan Urban mentalnie wzmocnił graczy i drużynę?
- Oj tak, zdecydowanie. Dobiera takich zawodników, którzy chcą się pokazać w koszulce z „orzełkiem”. Spora grupa kadrowiczów to chłopaki na dorobku, którzy chcą wykorzystać te pięć minut, jakie od niego dostają. Myślę, że po prostu wierzą w jego słowa, kiedy mówi: „Grajmy w piłkę”.
A pan wierzył, że Holandią możemy zagrać nawet lepiej niż w Rotterdamie?
- Wierzyłem. Holendrzy niby mieli przewagę w utrzymaniu piłki, ale – zwłaszcza w pierwszej połowie - praktycznie nie stworzyli sobie sytuacji. Myśmy mieli więcej klarownych okazji na strzelenie bramki niż oni. Nawet trochę żal, że jednak nie pokusiliśmy się o zwycięstwo, bo była na nie szansa.
Czyja gra w naszej ekipie najbardziej przypadła panu do gustu?
- Dobrze grały boki. Może dlatego, że taka była nasza taktyka: dużo piłek ze środka właśnie do skrzydeł. A potem dojście do pola karnego albo do linii końcowej i szukanie dośrodkowaniem napastnika. Pewnie, że parę razy mogli to nasi zrobić nieco lepiej, ale w piłce nie zawsze wszystko wychodzi.
A jakieś deficyty w naszej grze też pan zauważył?
- W zasadzie nie widziałem zawodnika takiego, który by odstawał od reszty umiejętnościami, a zwłaszcza zaangażowaniem. Ci, co pojawili się na murawie, spełnili oczekiwania. Więc ja bym śmiało inwestował w tych chłopaków; no i w tych oczywiście, co jeszcze dojdą – jak Janek Bednarek na przykład. Jestem pełen pozytywnych myśli przed następnymi meczami.
A jak powinniśmy potraktować mecz z Maltą? Jako poligon dla dublerów czy jako zgrywanie podstawowej jedenastki w kontekście baraży?
- Myślę, że Malta – zbudowana wygraną z Finlandią – będzie bardzo waleczna w tym meczu, a nam są potrzebne punkty, żeby być rozstawionym przed barażami w pierwszym koszyku. Więc myślę, że ważny będzie najsilniejszy skład. Choć jeśli trener Urban ma jeszcze dylematy na jakichś pozycjach, to lepszej okazji do ich rozwiązania niż mecz o stawkę, mieć nie będzie. Gra opunkty zawsze pozwala lepiej ocenić również siłę psychiczną, mentalną poszczególnych zawodników, niż gra towarzyska.
Dziś nie wiemy, czy uda się nam przejść baraże i pojechać na mundial. Gdyby to się nie powiodło, jaka powinna być decyzja władz związku w sprawie dalszej pracy Jana Urbana?
- Selekcjoner pokazał, że jest w stanie odpowiednio zmobilizować zawodników i ustawić ich taktycznie w sposób, który bywa zaskoczeniem dla rywali. Nie wychodzą na murawę ze zwieszoną głową; mają w niej to, że piłka dlatego jest taka piękna, bo można w niej od czasu do czasu wygrać z dużo mocniejszym na papierze rywalem. Te dwa remisy z Holendrami były bardzo potrzebne chłopakom, a wszystkie powyższe argumenty to mocny sygnał za tym, że nie powinniśmy szukać kwadratowych jaj i dać Urbanowi szansę dłuższej pracy z drużyną. On wierzy w swoją filozofię gry, uwierzyli w nią zawodnicy, bo ten selekcjoner z każdym – z piłkarzami, ale i mediami – potrafi znaleźć wspólny język. To naprawdę właściwy człowiek na właściwym miejscu.
To na koniec jeszcze pytanie o to, kiedy doczekamy się kolejnego wiślaka w zespole narodowym?
- Mam nadzieję, że niebawem. Jeśli im woda sodowa nie uderzy do głowy, to wkrótce któryś z wiślackich młodzieżowych reprezentantów powinien na powołanie do pierwszej drużyny zapracować.
A który z krakowskich kadrowiczów Jerzego Brzęczka może – pana zdaniem – najszybciej je otrzymać?
- Oni wszyscy mają poukładane w głowach, a więc stwarzają nadzieję, że się dobrze rozwiną. Bardzo podoba mi się Maciek Kuziemka. Ciekawy chłopak. Nie boi się odpowiedzialności, bierze ciężar gry na siebie. Lubi uderzyć z dystansu, ale też stwarzać okazje kolegom – sporo jego podań kończy się golami.
Widzi pan w nim... Leszka Lipkę z młodych lat?
- Trochę podobieństwa jest (śmiech). Lubi podostrzyć, potrafi powalczyć o piłkę w odbiorze.
A co dziś robi Leszek Lipka? Wciąż przy piłce?
- Oczywiście. Pracuję z młodzieżą w Michałowicach, oprócz tego jestem kierownikiem pierwszej drużyny Michałowianki.
Rozmawiał Dariusz Leśnikowski
Fot. Krzysztof Porębski / Press Focus
Leszek Lipka (ur. 4 czerwca 1958) – były piłkarz m.in. krakowskiej Wisły (mistrz Polski 1978), 21-krotny reprezentant kraju, autor gola na 2:0 dla Biało-czerwonych w meczu Malta – Polska w eliminacjach MŚ, w grudniu 1980. Po tym trafieniu kibice maltańscy zaczęli rzucać kamieniami w kierunku arbitra i polskich piłkarzy. Mecz został przerwany w 82 minucie, UEFA przyznawała nam walkower, utrzymując wynik z boiska.
