Raków dla dorosłych
WYMIANA KOSZULEK, cotygodniowy felieton Wojciecha Kuczoka
Ekstraklasowiec z Częstochowy w ciągu trzech dni strzelił więcej bramek niż Legia przez ostatni miesiąc. Drużyna zamiast być w rozsypce po złożeniu papierów rozwodowych przez Marka Papszuna, demoluje rywali. I to jest jednak spore zaskoczenie. Porażka u siebie z Piastem okazała się wypadkiem przy pracy, być może nawet była w istocie efektem paraliżującej wiadomości, ale drużyna Medalików błyskawicznie podniosła się na duchu, zaczęła grać efektownie i skutecznie. Jakby każdym meczem chłopcy wołali „Marku, nie odchodź do tej starej lampucery. Z nami żwawo pomkniesz po mistrzostwo”.
Im dłużej trwa ta telenowela, tym bardziej utwierdzam się w przekonaniu, że zmiana barw przez Marka Papszuna będzie wysoce szkodliwa nie tylko dla obu zaangażowanych klubów, ale dla polskiego futbolu w ogóle. Trener spod Jasnej Góry odejdzie w jasną cholerę - i przepadnie; nie tacy twardziele przy Łazienkowskiej wymiękali. Owóż, szyderstwem losu kluby „filialne” Legii radzą sobie doskonale właśnie teraz, gdy Wojskowi przeżywają kryzys sportowy i wizerunkowy, jakiego nie pamiętają najstarsze cwaniaki. Awanturnik Feio, którego z Ł3 wygnano za brak pokory, uczynił z Radomiaka czołową ekipę ligi, Stokowiec z Pogonią Grodzisk Mazowiecki, która w ogóle nie gra na własnym stadionie, bezczelnie trzyma się miejsca premiowanego awansem do ekstraklasy.
Wbrew mantrze kibiców stołecznych Legia najlepsza nie jest już nie tylko w Polsce, ale nawet na Mazowszu, bo jeśli ktoś może pomieszać szyki faworytom w walce o tytuł mistrza Polski 2026, to płocka Wisła Mariusza Misiury. Niedawno pofatygowałem się do Zabrza, żeby zobaczyć jak to możliwe, że mecz na szczycie rozgrywany jest między Górnikiem i Nafciarzami – zmarzłem niemożebnie, ale warto było nie tylko z powodu fantastycznej oprawy. Pierwszy raz gościłem na zabrzańskiej arenie po oddaniu do użytku ostatniej trybuny i przyznam, że w takim kotle jeszcze nie siedziałem – stadion im. Ernesta Pohla ma zdecydowanie najlepszą akustykę spośród naszych ligowców, tam „ogłuszający doping” nie jest li tylko językową hiperbolą – zaiste, decybele atakują na pełnej. Jako z urodzenia Niebieski czułem się jak bezdomny w pałacu, ten obiekt jest wart europejskich rozgrywek. Mecz się skończył remisowo, rzekłbym: zasłużenie, bez wskazania, ale płocka ekipa imponuje żelazną defensywą i świetnym, płynnym przejściem do kontrataku. Wisła Misiury jest budowana od tyłów, podobnie jak Raków Papszuna, ale to nie jest wynik parkowania autobusu w poprzek pola karnego, ci chłopcy potrafią grać w piłkę, nie zdziwię się, jeśli wiosną wyskoczą z drugiego szeregu i ponownie zrobią szpryngiel ku zaskoczeniu gawiedzi – jak awansowali z szóstego miejsca ligę wyżej, tak teraz mogą się przyczaić na podium.
Wracając do Rakowa – ostatnie jego mecze zakwalifikowałbym jako widowiska dla osób dorosłych, albowiem częstochowianie brutalnie obnażali słabości rywali. W Sosnowcu już drugi raz z rzędu nie potrafiłem odnaleźć trybuny prasowej (albo zatem jest dobrze ukryta, albo mam początki Alzheimera), przeto zasiadłem wśród wiedeńskich normalsów – mecz oglądać mogłem zatem w ciszy i skupieniu, bo kibicom ręce opadły zamiast klaskać, a morale tak zwiędło, że się nie odzywali nawet po honorowej bramce. Owszem: Rapid jest tej jesieni najgorszą drużyną Ligi Konferencji, ale to wciąż firma, która w lidze austriackiej ustępowała tylko o punkt liderującemu Salzburgowi (teraz już nie tylko, bo w miniony weekend dostali bęcki w Linzu). Peter Stoeger stracił robotę nie za wyniki ligowe, tylko za to, że dwukrotnie w ciągu kilku tygodni przyjechał z Polski na tarczy z bagażem czterech goli – to jednak wciąż nie do przełknięcia w stolicy Austrii, że ich drużyna zbiera baty od Polaczków.
W Gdyni Raków z pornograficzną bezwzględnością obnażył z kolei Węglarza, podającego się za bramkarza. Piłkarski aforyzm mówi, że bramkarzowi trzeba dać szansę się pomylić. Raków wręcz przeciwnie: dał mu kilka szans, aby się poprawił, ale nie skorzystał z żadnej. W efekcie drużyna Marka Papszuna wygląda teraz najlepiej w całej lidze, jest w gazie, ma na rozkładzie jeszcze w Lidze Konferencji dwóch rywali w sam raz na to, by awansować bezpośrednio do 1/8 finału, a w ekstraklasie drużyny w sam raz na to, by przezimować na podium. Czy naprawdę Papszun nie mógłby wytrzymać jeszcze chociaż do świąt, zanim się rzuci w ramiona swojej warszawskiej ukochanej? Warto wkładać kij w szprychy roweru, na którym się mknie po etapową premię? Ja rozumiem, serce nie sługa, zakochani nie znają cierpliwości, ale ja tu widzę układ lose-lose: magiczny efekt nowej miotły może wystarczyć, by się Legia z grajdołka wygrzebała i zapewniła spokojną zimę w środku tabeli, ale nikt już w Warszawie nie wierzy ani w mistrzostwo, ani nawet przyszłoroczne puchary. Papszun porzuci zatem drużynę, z którą mógłby latem powalczyć o Ligę Mistrzów, dla drużyny, która najwcześniej w Europie o coś zagra za półtora roku. No chyba, że wygra tegoroczną edycję Ligi Konferencji. Jeśli Marek Papszun takie sobie wyzwanie wyznaczył – pozostaje trzymać kciuki.
