Radość małego dziecka
Dziewięć i pół roku – tyle minęło od poprzedniego meczu Mariusza Stępińskiego w ekstraklasie. Wrócił z wielkim przytupem, dwiema bramkami przy Łazienkowskiej.
Mariusz Stępiński i jego radość małego dziecka! Fot. PAP/Leszek Szymański
WYDARZENIE KOLEJKI
Nic dziwnego, że tryskał humorem. - Byliśmy wyżej w tabeli, więc to normalne zwycięstwo - na antenie Canal+ Sport z uśmiechem skomentował wygraną Korony w stolicy. Kielczanie czekali na nią jedenaście lat, więc sprawa tak całkiem „normalna”i oczywista nie była. Tym bardziej, że przecież za obiema drużynami blisko dwumiesięczna przerwa w ligowych bojach. - Fakt, inauguracja rundy to moment niewiadomej. Zawsze jest niepewność, jak to będzie wyglądało – podkreślał Mariusz Stępiński. Ta niewiadoma w przypadku Legii była jeszcze większa ze względu na roszadę na trenerskiej ławce i debiut w nowym otoczeniu Marka Papszuna.
- Taki lis jak Mariusz Stępiński, potrafi się odnaleźć w polu karnym i wykorzystać sytuacje, jakie zostały stworzone po infantylnych błędach – komplementował (choć z kwaśną miną) napastnika rywali Papszun. Nie od rzeczy przypomnieć będzie, że kielczanin przy Łazienkowskiej w niedzielę trafił trzykrotnie do siatki; jedno z owych trafień zostało jednak anulowane po bardzo nieznacznym spalonym.
Wyczyn Stępińskiego jest godzien podkreślenia z różnych perspektyw. Raz – że to jego pierwszy gol w oficjalnym meczu od 18 maja ub. roku. Bramka zaaplikowana APOEL-owi Nikozja w (przed)ostatniej minucie ostatniego meczu sezonu dała Omonii miejsce na podium. Wydawało się, że – nie tylko dzięki temu „incydentowi”, bo przecież w całym sezonie ustrzelił dla ekipy spod znaku koniczynki siedemnaście goli – kwestią oczywistą jest pozostanie na Cyprze. Domniemywać natomiast należy, że nie bez znaczenia był... wywiad udzielony przezeń miejscowym mediom jeszcze w grudniu 2024, po meczu Ligi Konferencji między Omonią a Legią. Polak piętnował w nim fałszowanie polskiej historii, jakiego dopuścili się wówczas fani z Nikozji. Tego mu najwyraźniej nie zapomniano. Wiosną jeszcze grał, jesienią 2025 od trenera Henninga Berga dostał już tylko 250 minut na murawie. Ostatnie dwanaście – w ligowym starciu w październiku; do Conference League nie został zgłoszony w ogóle...
- Wiadomo, że ostatnie cztery miesiące w Omonii nie były dla mnie kolorowe – przyznawał SuperMario (takim mianem ochrzciliśmy go w relacji z meczu z Legią). - Tym bardziej czuję się i cieszę się jak małe dziecko, któremu znowu pozwolono grać w piłkę! - zadeklarował z szerokim uśmiechem. I potwierdzał, że głód gry, ale przede wszystkim głód goli, był u niego ogromny. - Tego mi akurat nigdy nie brakowało. Jeżeli przestanę go czuć, powieszę buty na kołku i zakończę karierę – zapowiedział.
Wyczyn „Stępla” niezwyczajny był i z innego powodu. Świeżo położona murawa – a raczej to, co dopiero ma się nią stać – przy Łazienkowskiej nie ułatwiała panowania nad piłką. Do tego dochodzi jeszcze kilkunastostopniowy mróz. - Wielu znajomych śmiało się ze mnie, że ze wspaniałego klimatu (w niedzielę w porze meczu w Nikozji było 18 stopni ciepła – dop. red.) wracam do Polski, gdzie trzeba grać w takiej aurze. Ale dobry piłkarz potrafi dostosować się do każdych warunków! - uśmiechnął się na koniec. Nie było w tych słowach kokieterii: w czasie styczniowych przygotowań Korony strzelał przecież gole i w wiosennej temperaturze tureckiej riwiery, i podczas charakterystycznych w tym czasie dla tego regionu ulewnych deszczów...
(DaL)
