Pytania z tyłu głowy
Rozmowa z mistrzem i wicemistrzem olimpijskim, zdobywcą 3. miejsca w MŚ 1974, legendą krakowskiej Wisły, członkiem „Złotej Jedenastki 100-lecia PZPN”
– O Jesus, co my teraz zrobimy? – zdaje się pytać Taras Romanczuk (z lewej). Fot. Weronika Morciczek / Press Focus
NA KOLEJKĘ ZAPRASZA ANTONI SZYMANOWSKI
Cztery lata nie było Białej Gwiazdy w ekstraklasie. Serducho Antoniego Szymanowskiego wytrzymało?
- Kurczę, śledziłem z bliska te losy, lepsze i gorsze wyniki. Już mi się wydawało, że to musi być „teraz” - bo baraże, bo dobrze grają. A końcówka bywała zła, fatalna. Ale dobra; już w końcu jest w tej elicie. Przyznam, że z mieszanymi uczuciami czekałem na pierwsze mecze, bo ten zespół – mimo wielkiej przewagi nad pierwszoligowymi konkurentami w ubiegłym sezonie - nie wyglądał jeszcze na w pełni gotowy na ekstraklasę. Więc mówię otwarcie: jestem mile zaskoczony, że wiślacy sobie tak świetnie radzą, w niczym nie ustępując rywalom. Wręcz przeciwnie. Wisła w każdym meczu próbuje narzucać swoją wolę, więc wydaje mi się, że jest na dobrej drodze, by przynajmniej być zespołem liczącym się w stawce, a nie tylko bić się o utrzymanie. Na dziś raczej widziałbym Wisłę w środku tabeli, co zresztą potwierdzają mecze, które rozegrała do tej pory. Same pozytywy! To naprawdę bardzo solidny średniak tej ligi.
Prezes Jarosław Królewski pewnie by się oburzył na słowo „średniak”.
- Ja się nie przejmuję opinią innych. Byłem na wszystkich domowych meczach Wisły w ekstraklasie i tak to widzę na teraz. Ale oczywiście wolałbym się mylić w tym temacie: niech Wisła skończy jak najwyżej.
Dla Angela Rodado to pierwsza przygoda z ekstraklasą po latach, w których był gwiazdą Wisły w pierwszej lidze. Będzie taką samą gwiazdą w tym sezonie? Trzy gole w dwóch ostatnich meczach – to już jest ten „killer”, na którego czekają kibice Białej Gwiazdy?
- Po okresie leczenia kontuzji został u progu tego sezonu „stłamszony” przez Jordiego Sancheza, choć wydawało się, że miejsce w drużynie będzie dla niego zawsze. Kiedy wchodził z ławki, był niewidoczny. Odżył dopiero po odejściu Sancheza. Znów uwierzył w siebie, zaczął być znów skuteczny. Kibice mówią, że woleliby mieć dwóch takich snajperów w zespole; że pewnie w końcu zaczęliby ze sobą współpracować. Mnie jednak cieszy, że on znów jest sobą. A Wisła, owszem, wygrywała z Sanchezem, ale i wygrywa bez niego – również dzięki „odrodzeniu” Rodado.
Mecz z Legią będzie swego rodzaju próbnikiem dzisiejszej mocy Wisły?
- Wykładnikiem tego, gdzie obecnie jest Wisła, było już spotkanie z Jagiellonią, której grą byłem bardzo rozczarowany. Nie była w stanie się przeciwstawić Wiśle, choć ta wcale nie rozgrywała „meczu życia”. A co do Legii: nie umiem wskazać faworyta tego spotkania. Legia to zawsze solidność i nie warto wracać do poprzedniego sezonu, w którym była w totalnej rozsypce sportowej i mentalnej. Ten kryzys ma już za sobą, jest w czołówce. Jeśli więc wynik okaże się korzystny dla krakowian, będzie to potwierdzenie, że Wisła jest czymś więcej niż tym średniakiem, o którym mówiłem. I tego tak naprawdę bym sobie życzył.
Afera z trenerem Adrianem Siemieńcem może wpłynąć na Jagę?
- Sytuacja, w której młody człowiek gdzieś pokątnie szukał handicapów dla swej drużyny, nigdy nie powinna mieć miejsca. Dobrze się więc stało, że wszystkich - począwszy od rodziny, przez zespół, po kibiców – przeprosił. Na jego szczęście, został potraktowany bardzo ulgowo, bo – moim zdaniem - powinien stracić licencję przynajmniej na jakiś czas, i to raczej dłuższy niż krótszy. A co do zawodników: muszą robi swoje. Grają dla siebie, dla klubu, dla kibiców właśnie. Atmosfera w drużynie – jak mi się wydaje – zawsze była tam fajna.
Ano właśnie. Taki Taras Romanczuk czy Jesus Imaz nie będą się teraz zastanawiać nad zaufaniem do trenera, którego – niby... - znali świetnie od lat?
- Może będą mieć gdzieś z tyłu głowy pytanie, czy przypadkiem w jakichś sytuacjach stykowych i w kluczowych momentach sezonu jeden czy drugi sędzia im swym gwizdkiem nie pomógł... Rozważać, czy na pewno wyłącznie ich zasługą była jedna czy druga wygrana. Może zaczną trochę inaczej postrzegać trenera.... Ale nie ma mnie tam, więc nie wiem, czy tą wiedzą, jaką ostatnio nabyli, są rozczarowani. Generalnie natomiast na wartości – a może raczej na sympatii – Jagiellonia nieco straciła. Tylko solidną grą może odbudować swoje imię. A mentalnie będzie trudniej niż dotąd.
Mają Białostoczanie świetną okazję ku temu, skoro akurat przyjeżdża do nich lider!
- Owszem. Bardzo wysokie oceniam w tej chwili Górnika. To nie jest Górnik z czasów Staszka Oślizły, Jurka Gorgonia czy Włodka Lubańskiego, z polską myślą szkoleniową u steru – choć wtedy też miewał trenerów zagranicznych. Proporcje nasi – obcokrajowcy są zupełnie inne. Ale Górnika bardzo przyjemnie mi się ogląda. I jest dla mnie faworytem tego spotkania.
I trzeci hit tej kolejki – w Częstochowie. Czy po Marku Papszunie ktokolwiek jeszcze może coś w Rakowie zbudować? Czy nie ma to szans, przy „zadżumieniu” właściciela osobowością i sposobem pracy Papszuna?
- Coś jest w tej diagnozie, którą pan postawił w pytaniu. Zdaje się, że większość zawodników w składzie Rakowa sprowadzał jeszcze Marek Papszun?
Owszem.
- No właśnie. I przygotowywał w ten sposób zespół na wielką grę. W życiu bym nie przypuszczał wtedy, że w ciągu pół roku drużyna może się tak rozsypać, spaść na dno. Raków bez Papszuna po prostu nie istnieje.
Skoro tak, to zmiany trenerów tego nie naprawią. Trzeba by „wypalić do korzeni” to, co zbudował Papszun?
- Może tak być, skoro w kadrze dominują zawodnicy, którzy ufali Papszunowi; wiedzieli, czego on od nich chce i dobrze się z tym czuli. Z żadnym kolejnym trenerem nie będzie więc „jazzu”, zwłaszcza jeśli będzie kombinować w inną stronę. Zobaczymy, jak w Częstochowie wykorzystano te trzy tygodnie przerwy. Ale GKS, czyli rywal „na dzień dobry”, jest bardzo solidny.
Bo trener pracuje tam od lat.
- Znam osobiście Rafała Góraka jeszcze z czasów, gdy pracowałem w Przeboju Wolbrom. On wtedy prowadził bodaj Ruch Radzionków. Spotykaliśmy się w Dzierżoniowie na obozach i zawsze mi mówił: „Jak to jest, że ja z tym twoim Przebojem nie mogę wygrać?”.
A teraz jego praca jest – nomem omen – przebojem ekstraklasy!
- On zawsze był fajnym, otwartym człowiekiem i trenerem. Byłem pewien, że wyląduje wysoko. Owszem, zdarzają się i jemu porażki, ale z reguły takie... bliskie remisu. Generalnie zaś prowadzi zespół z dużym wyczuciem. Ale... nie odważę się wytypować w tym spotkaniu zwycięzcy.
Rozmawiał Dariusz Leśnikowski
