Pucharowa usypianka
Objęcia Morfeusza nie kojarzą się z futbolem. Niestety; tym razem bóg snów pochylił się nad stadionem Legii.
– Hej! Nigdy o mnie nie zapominajcie! Nigdy! – Kamil Grosicki na stadionie Legii. Fot. PAP / Leszek Szymański
Zawsze zasypiam bardzo łatwo. W kontekście meczu Legii z Pogonią okazało się to mocno zdradliwe. A spotkanie miało być przecież wielkim rewanżem za ostatni finał Puchar Polski. W maju na Stadionie Narodowym Legia wygrała z Pogonią 4:3. 4:3, luuuudzie złoci! Nie macie pojęcia, jakie to trudne nie zasnąć, gdy trzeba napisać relację z kołysanki.
Bułki z Powiśla
Legia zaskoczyła wyjściowym składem, pojawiło się bowiem kilku dotychczasowych dublerów. Pogoń od razu pokazała, że nie ma zamiaru kurczowo trzymać się własnego pola karnego: w 3 minucie Kamil Grosicki w charakterystycznym dla siebie stylu pognał na skrzydle, ale piłkę wyłożoną przez niego przed bramkę wybił Steve Kapuadi. Legia grała spokojnie, w swoim stylu, nie śpiesząc się przesadnie. Z czasem zaczęła jednak coraz bardziej przeważać. Okazje sobie stwarzała, ale nie takie, żeby gorączkowo klepać z ich powodu w laptopową klawiaturę. Zaaferowanie zostawiliśmy sobie na drugą połowę, bo pierwsza zakończyła się dwoma mięciutkimi zerami. Tak mięciutkimi jak wygodne poduszki, na których natychmiast się zasypia. Zieeeeew… Nie było przypadku w tym, że grały dziewiąta drużyna ekstraklasy z dziesiątą. Napiszę to wprost: pierwsza połowa była ciężkostrawna, jałowa i muląca niczym dwutygodniowe bułki z Powiśla. Najciekawsza w tej części gry była… zmiana tuż przed przerwą: kontuzjowanego Arkadiusza Recę, który podczas biegu złapał się za udo, zmienił Ruben Vinagre.
Gol i zieeew, zieeew i gol
Po przerwie długo było podobnie. Na szczęście potem w końcu coś zaczęło się dziać: w 58 minucie Senegalczyk Mor Ndiaye wypuścił płaskim podaniem Grosickiego, a ten nie przejął się, że miał przeciw sobie aż trzech obrońców. Zrobił zwód, kopnął i było po sprawie. Niedługo wynik mógł podwyższyć Sam Greenwood, ale jego strzał był jednak zbyt drewniany.
Legia długo nie była w stanie konkretnie odpowiedzieć, ale dała radę. Kamil Piątkowski wyrównał efektownym strzałem głową i można było się wybudzić. Tylko po co? Legia wyrównała i… znów zrobiło się sennie. Może poza ostatnią minutą podstawowego czasu, gdy doszło do spięcia Piątkowskiego z Rajmundem Molnarem. „Spadła nam atrakcyjność tego spotkania” – stwierdził tuż przed końcem regulaminowego czasu sprawozdawca. Trudno, żeby spadło coś, czego nie ma. Niestety, trzeba było przetrzymać jeszcze dogrywkę, choć końcówka była zajmująca – bohaterem Valentin Cojocaru, który obronił strzał z dwóch metrów, a po kontrze Adrian Przyborek uszczęśliwił Pogoń. Legia oklapła. Cóż; chyba czarne chmury nad Edwardem Iordanescu gęstnieją. Dokładnie o godzinie 23.35 odpadł obrońca trofeum. Czy może się jeszcze rozpogodzić przed zimą nad Łazienkowską?
(pacz)
◼ Legia Warszawa – Pogoń Szczecin 1:2 (0:0, 1:1) po dogrywce
0:1 – Grosicki, 58 min, 1:1 – Piątkowski, 79 min, 1:2 – Przyborek, 117 min
POGOŃ: Cojocaru – Wahlqvist, Keramitsis, Huja, Koutris (106. Borges) – Ulvestad (106. Biegański), Ndiaye, Juwara, Greenwood (88. Smoliński), Mukairu (61. Molnar) – Grosicki (73. Przyborek). Trener Thomas THOMASBERG.
Sędziował Szymon Marciniak (Płock). Widzów 18 741. Żółte kartki: Piątkowski, Vinagre, Szymański, Kapuadi - Ndiaye, Przyborek, Molnar.