Puchar Polski on Tour
Poznaliśmy już pary 1/8 finału, ale postanowiliśmy jeszcze wrócić do poprzedniej rundy, skupiając się jednak tylko na meczach widzianych na żywo.
Piłkarze i kibice Gryfa cieszą się z wyrównującego gola. Przedwcześnie, bo nie został on uznany. Fot. Piotr Matusewicz/PressFocus
STS PUCHAR POLSKI
Dzięki sensownie ułożonemu terminarzowi, takich spotkań udało mi się zaliczyć aż pięć, do tego w większości korzystając jedynie z połączeń kolejowych. Blisko 2000 przejechanych kilometrów ze startem i metą w Częstochowie.
Łódź
Zaczynamy we wtorek przed tygodniem w Łodzi starciem ŁKS-u z GieKSą. To wyjątkowo dogodnie położony obiekt dla fanów wybierających akurat ten rodzaj komunikacji. Wysiadając w Łodzi Kaliskiej, schodzimy do przejścia podziemnego, a na wyjściu stajemy na wprost efektownego stadionu im. Władysława Króla. Infrastruktura usługowa wokół obiektu jest dość uboga, ale po drugiej stronie można zrobić szybkie zakupy w markecie.
Deszczowa aura i wtorkowy termin okazały się słabym magnesem dla miejscowych kibiców, którzy -mówiąc wprost - „olewają” Puchar Polski. Gdyby nie liczna i głośna grupa z Katowic, sceneria bardziej mogłaby przypominać mecz sparingowy. Nie tylko te czynniki zadecydowały jednak najpewniej o niewielkim zainteresowaniu meczem. ŁKS gra w tym sezonie po prostu bardzo źle, a gdyby drużyna trenera Rafała Góraka wykorzystała wszystkie stuprocentowe okazje wypracowane w tym spotkaniu, skończyłoby się pogromem. Zamiast tego w końcówce zrobiło się emocjonująco, bo Arkadiusz Jędrych postanowił tego dnia strzelać w dwie strony – najpierw dla GKS-u z karnego, a w końcówce po niefortunnym kiksie do własnej bramki. Gdyby ŁKS wyrównał, katowiczanie zapewne długo pluliby sobie w brody. Wygrali jednak 2:1.
Kraków i Częstochowa
Drugi dzień pucharowych zmagań zaczynamy derbami Krakowa na Hutniku, który rywalizując z Wisłą miał okazję przypomnieć się całej piłkarskiej Polsce, ale jej nie wykorzystał. A w zasadzie było jeszcze gorzej – wykorzystał, ale w najgorszy możliwy sposób. Jadąc tramwajem z Ronda Mogilskiego na Nową Hutę można było odnieść wrażenie, że Kraków tego dnia szykował się na inwazję obcych wojsk, a nie do rozegrania meczu, który miał być świętem. Niestety, nie był – ani na trybunach, ani na boisku. Do wulgarnych okrzyków zdążyliśmy się już przyzwyczaić, ale wywieszenie transparentu nawołującego do zabijania przedstawicieli lokalnego rywala kwalifikowało się do przerwania meczu. Podobnie jak palenie szalików Wisły; wszystko w kłębach czarnego dymu. Reasumując, na Suchych Stawach można się było przenieść do kolorowo-mrocznych lat 90., a nawet wcześniejszych. O ile część związana z infrastrukturą mogła mieć jeszcze jakiś wydźwięk sentymentalny, to ta kibicowsko-mentalna już na pewno nie. Bramkę wyjątkowej urody na wagę awansu Wisły zdobył Kacper Duda, ale poza tym było to raczej spotkanie do zapomnienia.
Nie był to jednak koniec przygody z krakowskimi klubami w środę. Wieczorem, w Częstochowie Raków wziął srogi rewanż na Cracovii (3:0) za wcześniejszą ligową porażkę. Trzeba przyznać, że pod Jasną Górą widowisko stało na bardzo dobrym poziomie.
Słupsk i Gdynia
Kilka godzin odpoczynku i można było wyruszyć na północ do dalekiego Słupska, gdzie w czwartkowe południe czwartoligowy Gryf podejmował mistrza Polski, Lecha Poznań. To miała być jedna z tych historii, w której Kopciuszek znajduje złoty pantofelek, gdzie Dawid jest w stanie pokonać Goliata. – Jak jeszcze trochę popada, to mamy szanse. Lech nie będzie przyzwyczajony do gry na tak zmoczonym klepisku jak u nas – mówił w drodze na stadion taksówkarz, który sprawiał wrażenie mocno zagłębionego w futbolowe tematy. W Słupsku droga z dworca na stadion była już trochę za długa, aby pokonywać ją pieszo. – A czemu pan nie idzie na mecz? Takiego święta może długo tu nie być... – zagadujemy kierowcę.
- Na następną rundę na pewno pójdę. Dzisiaj pogoda taka sobie, wzmożony ruch, więc wolę trochę zarobić – odpowiada. Faktycznie, rozglądając się po mieście można było zobaczyć dość przygnębiający obraz mocno zapuszczonego, a momentami rozpadającego się miasta. Sport szczególnie w takich miejscach bywa przyjemną „odtrutką”.
Pod stadionem dzikie tłumy, biletów w kasach już nie ma, kibice w długich kolejkach czekają na swoją kolej wejścia na trybuny. Czegoś takiego jak trybuna prasowa nie ma, ale mecz można obejrzeć w sympatycznym towarzystwie zgromadzonych na sektorze VIP. – Nastroje bojowe, nadzieja wielka, warunki są jakie są, no nic trzeba walczyć! – mówił nam jeden z zagorzałych fanów przed pierwszym gwizdkiem. – Jeśli zagramy tak samo jak z Polonią, to może coś z tego być. Byłem w 1978 roku na meczu z Legią, gdy ostatnio tak daleko zaszliśmy w Pucharze Polski. Chodziłem wtedy do VIII klasy – dopowiada jego sąsiad, co uświadamia, jak wielki głód piłkarskiego sukcesu panuje w tym mieście.
Biorąc pod uwagę, że oba kluby dzieli tak naprawdę wszystko, a na pewno więcej niż cztery klasy rozgrywkowe, Gryf spisuje się niezwykle dzielnie i ambitnie. Mimo tego, że do przerwy gospodarze przegrywają 0:2 nie zamierzają się poddawać. Krótko po przerwie zdobywają gola kontaktowego, a potem choć trudno w to uwierzyć – amatorzy, którzy na co dzień łączą piłkarską pasję z pracą, dominują nad mistrzami Polski! W końcówce nawet zdobywają bramkę na wagę dogrywki. Sędzia dopatruje się jednak spalonego i nawet jeśli decyzja była słuszna, to jęk zawodu ludzi, którzy przez minutę byli w piłkarskim raju, jest bardzo głośny. Gryf ostatecznie odpada, ale pozytywne wspomnienia z tego meczu zostaną z jego uczestnikami już na zawsze. Na koniec jeszcze słowo o gospodarzach, dla których prawdopodobnie było to pierwsze tak duże przedsięwzięcie organizacyjne. Starali się jak umieli, do niczego nie można było mieć zastrzeżeń i jeśli w jakiejś sytuacji trzeba było pomóc – stawali na wysokości zadania.
Ewentualna dogrywka i rzuty karne byłyby niesamowitą historią, ale mogłyby mocno skomplikować sprawę dotarcia na kolejny mecz. Kropką nad „i” było bowiem jeszcze wieczorne starcie Górnika Zabrze w Gdyni z Arką. Ze względu na opóźnienie pociągu spowodowane zakrojoną na szeroką skalę akcją policji, która na Pomorzu poszukiwała zbiegłych przestępców, na ten mecz wchodzę lekko spóźniony. Na gola Lukasa Ambrosa z 33 minuty udaje mi się jednak zdążyć. Pod koniec meczu trafienie na 2:1 dokłada Kryspin Szcześniak i Górnicy meldują się w kolejnej rundzie. Jeśli terminarz pozwoli, w niej również mam w planie zwiedzenie kilku stadionów!
Mariusz Rajek
