Publiczna studnia bez dna
PARAGRAFY I SPORT - felieton Roberta Kiłdanowicza
Kłopoty sportowe Śląska Wrocław świetnie się wpisują w moją tezę, którą już od dłuższego czasu staram się przedstawić czytelnikom „Sportu”, że kluby zawodowe w Polsce funkcjonujące jako spółki kapitałowe nie powinny mieć publicznych właścicieli. Sam negatywny wynik sportowy nie jest jedyną przyczyną takiego stanu rzeczy i mojej opinii. Jest on jego skutkiem.
Samorząd i Skarb Państwa powinny tylko i wyłącznie finansować aktywność sportową dzieci i młodzieży, stwarzać warunki do uprawiania sportu zawodowego poprzez rozwój infrastruktury sportowej, tj. stadionów i kompleksów treningowo-rekreacyjnych i/lub współfinansować aktywność sportu rekreacyjnego oraz amatorskiego jako realizacji potrzeb społecznych obywateli. Łożenie zaś środków publicznych na sport komercyjny, niby profesjonalny - co do jego poziomu - jest po prostu sposobem na zubażanie kasy publicznej w czasie, gdy potrzeby budżetów publicznych rosną i będą wzrastać w tempie kaskadowym.
Jednocześnie należy przy tym zaznaczyć, że jestem realistą, a nie oderwanym od rzeczywistości teoretykiem. Nie da się tego procesu przeprowadzić szybko, na pstryknięcie palcem. Nie oznacza to summa summarum, że kluby profesjonalne winny być prywatne niezwłocznie. Zdarzają się w tym przypadku wyjątki od reguły, np. samorząd często - żeby nie rzec: zawsze - podejmował się misji ratunkowych w stosunku do klubu, jak miało to miejsce wcześniej w Katowicach czy w Zabrzu.
Śląsk Wrocław również przechodził etap prywatnego kapitału właścicielskiego w klubie. Był to okres dosyć burzliwy i boleśnie dla klubu z Wrocławia odczuwalny. W sumie okazało się, że Zygmunt Solorz nie potrafił skutecznie na dłuższą metę zarządzać wojskowymi z Wrocławia. Nie oznacza to jednak, że założenie przewagi efektywności organizacyjnej, kultury zarządzania i ekonomicznej klubów prywatnych nad klubami publicznymi jest nieprawidłową koncepcją wykonawczą. I nawet nie chodzi o to, że aktualnie czołówka tabeli Ekstraklasy to kluby prywatnych właścicieli. Bardziej chodzi mi o takie aksjomatyczne założenie, że własne środki wydaje się z większym rozmysłem, a dla publicznych szuka się tylko bardziej dogłębnych i wiarygodnych uzasadnień.
Co to oznacza w praktyce? Publiczni właściciele klubów powinni sprawniej szukać prywatnego kapitału do tzw. przejęcia akwizycyjnego klubu. Nie jest to zadanie proste, wręcz długotrwałe, lecz na przykładzie Górnika Zabrze widać, że ilość, tj. lata poszukiwań prywatnego właściciela, przełożyła się na jakość. Pozostawianie klubów w rękach właścicieli publicznych powoduje nieustanne dokapitalizowanie klubu (spółki), co powoduje albo szybujący pod niebiosa kapitał podstawowy spółki oderwany od realnej wartości, albo zwiększanie zadłużania spółki wobec właściciela.
Natomiast a propos Wrocławian należy dodać, że tylko w obecnym roku klub został dofinansowany przez wrocławski magistrat kwotą 40 milionów złotych (a chyba to jeszcze nie ostateczne wsparcie), natomiast w ostatnich siedmiu latach łącznie astronomiczną sumą 140 milionów. Wysokość dofinansowania w żaden sposób nie przełożyła się na wzrost jakości zarządzania klubem, a to, że za taki stan rzeczy nie ma odpowiedzialnych, staje się powoli polskim znakiem firmowym. Ale czyż inaczej jest w innych obszarach życia w Polsce? Czy może z opieką zdrowia, wymiarem sprawiedliwości, kwestiami transformacji energetycznej jest inaczej, lepiej? No to jest jednak niekończąca się opowieść, zdecydowanie na inną okazję.
Nie szukając taniego wytłumaczenia przepalonych pieniędzy w Śląsku, fakty są jednoznaczne: na dzisiaj klub jest na pozycji spadkowej w tabeli rozgrywek. Drużyna pożegnała się z trenerem Ante Simundzą oraz dyrektorem Rafałem Grodzickim, próbując uspokoić publiczną żądzę krwi obywateli Wrocławia. Czy następnym będzie prezes Remigiusz Jezierski? Wydaje się, że kolejna zmiana w managemencie klubu nastąpi po zakończeniu rundy. Za marnotrawstwo środków publicznych i dosyć słabe efekty, mówiąc delikatnie, finalne zapłaci swoją posadą prezes klubu.
Lecz taka personalna decyzja właściciela w żaden sposób nie spowoduje radykalnej zmiany w funkcjonowaniu klubu. Głowy zostaną ścięte na użytek aktualnej potrzeby lokalnej polityki stolicy Dolnego Śląska, a Wrocław będzie musiał na wiosnę wysupłać dodatkowe środki, broniąc klub przed bankructwem. I historia będzie toczyła się dalej po staremu, tylko z nowymi ludźmi w kierownictwie klubu i kolejnymi sumami go dofinansowującymi. Jedynie Państwo, poprzez wprowadzenie normy prawnej (ustawy), może przerwać ten chocholi finansowy taniec - albo nowy prywatny właściciel, któremu sprzedaż klubu trzeba przygotować.
Przygotowanie do racjonalnej, mądrej sprzedaży oznacza prawidłową restrukturyzację organizacyjną, zarządzania, osiąganych wskaźników ekonomicznych, w ostatecznym efekcie przeprowadzenia zmian personalnych w klubie, co powinno zaowocować stabilnym i wypracowanym wynikiem sportowym. I taka jest właściwa kolejność porządkowania klubu sportowego (piłkarskiego).
A kibice, opinia publiczna będzie odliczała czas do przekroczenia zainwestowanych w Śląsku – czytaj: przepalonych - 200 milionów złotych publicznych pieniędzy. Czy znajdzie się jakiś decydent we Wrocławiu, który przerwie ten zaklęty krąg? Dla pozostałych właścicieli publicznych klubów to świetny poligon doświadczalny, jak może się skończyć lekceważenie zasady racjonalnej gospodarki i traktowanie klubu jako politycznej zdobyczy. Rozliczenie nastąpi co najmniej i najpóźniej przy następnych wyborach, nie mówiąc już o tym, że może przyjść szybciej, mając na myśli referenda odwoławcze.
_______________________________________
* Robert Kiłdanowicz jest doktorem nauk prawnych. W przeszłości występował m.in. w I-ligowych (wg dzisiejszego nazewnictwa ekstraklasowych) zespołach Stomilu Olsztyn, Widzewa Łódź czy Śląska Wrocław.
Śląsk pożegnał się z trenerem Ante Simundzą (z prawej) oraz dyrektorem Rafałem Grodzickim, próbując uspokoić publiczną żądzę krwi obywateli Wrocławia...Fot. Mateusz Porzucek/PressFocus
