Przywrócić godność
POWRÓT DO KORZENI, cotygodniowy felieton Michała Listkiewicza
Polski Komitet Olimpijski istnieje od 1919 roku - to instytucja od ponad 100 lat szanowana, poza małymi przerwami wolna od wpływów politycznych, ciesząca się międzynarodową renomą. Pierwszym jej prezesem był książę Stefan Lubomirski, później bardzo długo funkcję tę piastował generał Kazimierz Glabisz, bohater Kampanii Wrześniowej, także świetny prezes PZPN-u. Poznałem osobiście 10 sterników PKOl-u - nawet ci z nadania komunistycznych władz byli przyzwoitymi ludźmi, oddanymi idei olimpizmu. W tej dziesiątce jest też Radosław Piesiewicz, któremu kiedyś gratulowałem wyboru i nie zamierzam się tego wypierać. Nigdy nie wstydzę się rzeczy, które robiłem w dobrej wierze, choć niektóre moje decyzje okazały się głupie lub nierozważne. Dziś wiem, że wciąż urzędujący - chwilowo zza krat - szef PKOl-u na to zaufanie nie zasługiwał. Naiwność to wada, a dobrymi chęciami piekło jest wybrukowane.
W myśl konstytucyjnego zapisu, że człowiek nieskazany prawomocnym wyrokiem sądu uważany jest za niewinnego, nie zamierzam teraz skracać Piesiewiczowi nazwiska ani zamazywać mu twarzy czarną ramką, bo to nie w moim stylu. Nigdy jednak nie wybaczę mu świństwa, jakiego wspólnie z byłym prezydentem Andrzejem Dudą i wicepremierem Jackiem Sasinem dopuścił się względem poprzednika. Andrzej Kraśnicki był bardzo wartościowym człowiekiem. Skromnym, uczciwym, kulturalnym, przepełnionym życzliwością do ludzi i miłością do sportu. Był godnym następcą prezesów PKOl-u, z Aleksandrem Kwaśniewskim, Stanisławem Paszczykiem i Piotrem Nurowskim na czele.
Radosław Piesiewicz tej godności nie ma, zresztą jest człowiekiem znikąd, bez sportowej przeszłości. To typowy przedstawiciel pokolenia karierowiczów bez zasad otaczających nas teraz z każdej strony. Szantażem polegającym na groźbie zakręcenia kurka z państwowymi pieniędzmi zmuszono porządnego człowieka do rezygnacji z misji, której poświęcił życie. Krótko potem Andrzej Kraśnicki zmarł. Byłem wzruszony, gdy Jego najbliższa rodzina zaprosiła mnie na prywatną uroczystość pożegnalną. Całkiem niedawno wyrzucono z pracy Dorotę Goś, chodzącą legendę PKOl-u, gdyż ośmieliła się podać w wątpliwość głupi pomysł szefa. Co będzie dalej?
Fot. Mateusz Sobczak / Press Focus
W statucie komitetu olimpijskiego tyle namieszano i dopisano, że w teorii można nim kierować nawet z aresztu. Mam nadzieję, że dowodzona przez Roberta Korzeniowskiego grupa reformatorów prędzej czy później przywróci blask polskiemu olimpizmowi, a wielcy prezesi przestaną się przewracać w grobach.
Nasza codzienność psuje się w zatrważającym tempie. Psieje, przy całym moim szacunku dla czworonogów, które zawsze były w moim domu. Zapiewajło o pseudonimie Skolim, idol pokolenia mojej wnuczki (na szczęście nie jej samej) skompromitował się totalnie wyśpiewując ohydny seksistowski tekst i to w obecności dzieci. Zacytuję, by ktoś nie zarzucił mi, że się czepiam: „rozchylam nogi twoje i biorę to, co moje". W życiu nie usłyszałem ze sceny czegoś równie obrzydliwego. Nawet pokazanie gołego, wątpliwej urody tyłka przez muzyka Krzysztofa Skibę premierowi Jerzemu Buzkowi tego nie przebija. „Big Cyc a mały rozumek"- tak to wtedy skomentowałem, gdyż profesor Buzek jest człowiekiem wielkiej klasy, w dodatku fanem futbolu. Skolim zdecydowanie przebił sufit schamienia. Ten gość występuje też na imprezach sportowych, niedawno odwalił chałturę na meczu koszykówki w Gdyni. To ja już naprawdę wolę, gdy chórek kiboli zza bramki wulgarnie ryknie pod adresem sędziego czy rywala. Henryk Apostel był świetnym piłkarzem Polonii Bytom i Legii Warszawa a jako trener doprowadził polskich juniorów do wicemistrzostwa Europy i Lecha Poznań do mistrzostwa Polski. Z pierwszą reprezentacją w roli selekcjonera spektakularnych sukcesów co prawda nie odniósł, ale cudownego meczu z Francją w Paryżu nigdy nie zapomnimy. Był bardzo mi bliskim partnerem w zarządzaniu PZPN-em, świetnym wiceprezesem do spraw szkolenia. Wychowanek Rozbarku Bytom jest człowiekiem nadzwyczaj kulturalnym, w jego ustach słowo „cholera" to maksimum wypowiadane w chwili wielkiego wzburzenia. Dziś powszechne są wulgaryzmy na „ch", „jeb..." i „pier..."; a dla Henryka nielubiany człowiek to wciąż po prostu diabeł. Jego żoną jest Ela Panas, wybitna aktorka teatralna i filmowa, także świetna golfistka nie tylko na polu z dołkami, lecz także w pracy społecznej dla Polskiego Związku Golfa. Dziś Henryk Apostel podupadł na zdrowiu. Ela jest jego dobrym duchem, a ja marzę o chwili, gdy znów wspólnie zasiądziemy by wspominać dobre czasy. Gdy Apostel schodził z boiska po swoim pierwszym treningu w Legii, legendarny magazynier o pseudonimie Kulawka, którego bali się wszyscy w klubie, zagaił: „młody, zostaw buty, wyczyszczę ci na jutro". Trzeba dodać, że wtedy większość piłkarzy musiała czyścić sprzęt sama - dziś to nie do pomyślenia nawet u juniorów. Okazało się, że na tym treningu sam wielki Lucjan Brychczy większość podań kierował do nowego młokosa z Bytomia, a magazynier potraktował to jako dowód wielkiego talentu. Życie pokazało, że miał rację.
Przed tygodniem chwaliłem książkę „Język i sport", przekręcając jednak nazwisko jej autora. Profesor Mariusz Koper z Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego, kiedyś dobry biegacz na średnich dystansach, organizator corocznych spacerów po jego rodzinnej Lubyczy Królewskiej, chyba mi to wybaczy...
