Przyjaciel mistrza świata

Józef Gawliczek z wielką radością przyjął zaproszenie Bogdana Szczygła, organizatora kolarskiego spotkania wigilijnego. Fot. Dorota Dusik
Przyjaciel mistrza świata
Przez lata ścigania Józef Gawliczek zgromadził tyle eksponatów, że stworzył własne muzeum.
Gościem honorowym kolarskiej wieczerzy wigilijnej, zorganizowanej przez fundację „Gwardia Katowice”, był 84-letni Józef Gawliczek. Nestor śląskiej rodziny kolarskiej został uhonorowany przez prezesa Polskiego Związku Kolarskiego, Rafała Makowskiego, oraz wiceprezesa Śląskiego Związku Kolarskiego, Bogdana Szczygła - inicjatora spotkania i pomysłodawcę tego wyjątkowego trofeum - okazałym pucharem za całokształt dokonań. Nic więc dziwnego, że laureat numer 1 „Kolarskiego Szczygła” z wielkim wzruszeniem przyjął wyróżnienie, a nagrodzony owacją przez młodszych kolegów po sportowym fachu obiecał, że eksponat wzbogaci muzeum urządzone przez trzykrotnego uczestnika mistrzostw świata, trzykrotnego mistrza Polski w wyścigu górskim oraz zwycięzcę wielu wyścigów, z Tour de Pologne w 1966 roku włącznie.
Nadzwyczajne wyróżnienie
- Co prawda nie było czerwonego dywanu i fanfar, ale dla mnie to wyróżnienie jest czymś nadzwyczajnym - powiedział z uśmiechem urodzony 29 stycznia 1939 roku w Mszanie Józef Gawliczek. - W ogóle się go nie spodziewałem. Nawet nie sądziłem, że w dzisiejszych czasach, kiedy ludzie sportu mają tyle codziennych problemów na głowie, bo działać jest coraz trudniej, ktoś będzie pamiętał o mnie i moich sukcesach sprzed pół wieku. Jestem bardzo wdzięczny i cieszę się, że w śląskim kolarstwie jest taki człowiek jak Bogdan Szczygieł, który ma prawdziwą duszę działacza-organizatora. Wiem co to znaczy zorganizować spotkanie pokoleń, bo 4 lata temu w Rybniku próbowałem zainicjować zjazd zwycięzców Tour de Pologne. To jest ogrom pracy. Nikt tego jednak nie docenia, bo to jest tak w naszej dyscyplinie - wszyscy widzą tylko ten moment, w którym pierwszy zawodnik przejeżdża linię mety, ale żeby ta chwila mogła się zdarzyć, trzeba przecież między innymi wyznaczyć trasę, zorganizować jej zabezpieczenie, zebrać zawodników i sędziów, zapewnić noclegi, znaleźć sponsorów na nagrody oraz zawiadomić widzów. Tych, którzy to robią, mało kto jednak zauważa. Dlatego kłaniam się nisko Bogdanowi Szczygłowi i choć w dniu spotkania nie czułem się najlepiej, nie mogłem go zawieść. Chciałem również skorzystać z okazji spotkania się z tak dużą grupą przyjaciół-kolarzy i jak tylko ich zobaczyłem, od razu zapomniałem co mi dolega. W takim towarzystwie nie choruję.
Wydarzenia wysokiej rangi
Odbierając wyjątkowe wyróżnienie chętnie wrócił pamięcią do najmilszych chwil przeżytych na polskich i zagranicznych trasach.
- Każdy z trzech startów w mistrzostwach świata, bo uczestniczyłem w nich przecież jako reprezentant Polski, był dla mnie wyjątkowy - zaznaczył Józef Gawliczek. - Tak samo każdy Wyścig Pokoju, w którym ścigałem się czterokrotnie, był niezapomniany. W tamtych czasach było to wydarzenie o niezwykle wysokiej randze. To było 14 etapów podziwianej przez tłumy prawdziwej sportowej wojny, której żaden inny wyścig, oczywiście poza „Wielką pętlą” zawodowców, nie dorównywał. Również każdy medal mistrzostw Polski i 3 złote w wyścigu górskim, w którym wygrywałem w latach 1966, 1967 i 1969, a także 2 brązowe w klasycznym wyścigu ze startu wspólnego w latach 1961 i 1967 miały swoją wyjątkową historię. To samo mogę powiedzieć o Tour de Pologne i Wyścigu Dookoła Anglii - Milk Race, które wygrałem w 1966 roku. Najbardziej lubiłem wyścigi międzynarodowe, a szczególnie Tour de l'Avenir we Francji. Startowałem w nim 3 razy i styl, atmosfera, pogoda, szosy oraz trasy bardzo mi się podobały. Za pierwszym razem, w 1961 roku, dostałem lekcję kolarstwa i czułem się jak „pierwszoroczniak” w szkole wyższej. Za drugim razem, w 1964 roku, byłem już doświadczony i to ze mną rywale musieli się liczyć. Walczyłem z nimi jak równy z równym, a wśród nich był między innymi Felice Gimondi. Wtedy startował jako amator do swojej wielkiej kariery, bo rok później - już jako zawodowiec i debiutant - wygrał Tour de France, a następnie triumfował w Giro d’Italia oraz w Vuelta a Espana, żeby w 1973 roku ukoronować swoją jazdę zdobyciem tytułu mistrza świata. W 1964 roku na Tour de l'Avenir jechaliśmy jednak ramię w ramię i bardzo się zaprzyjaźniliśmy. Tak, zaprzyjaźniliśmy, bo w czasach mojego ścigania, w których była walka na łokcie, pompki i bez pardonu, po minięciu mety tworzyliśmy jedną wielką rodzinę. Ba, nawet na zgrupowaniach kadry spotykaliśmy się z zawodnikami innych dyscyplin, bo ludzie sportu trzymali się razem.
Dyplomy, szarfy, koszulki, dresy
Wspomnienia są ulotne, ale nasz bohater, opowiadając o latach swojej kariery, ma argumenty w postaci eksponatów, trofeów sprzed pół wieku.
- Mam własne muzeum - dodał Józef Gawliczek. - Przez 30 lat byłem mechanikiem samochodowym i pracowałem w swoim warsztacie. Ten etap już się jednak skończył i z warsztatu stworzyłem galerię oraz salę wystawową. Zapraszam do Rybnika na ulicę Łokietka. Tam mieszkam, więc praktycznie każdy kto zapuka i zastanie mnie w domu, będzie mógł zobaczyć na przykład oryginalne koszulki, w których startowałem i wygrywałem. Żałuję, że nie zatrzymałem wszystkich, bo ta kolekcja byłaby jeszcze większa, ale i tak jest co oglądać. Są bowiem trofea, dyplomy, szarfy, dresy, a także sprzęt, a jeździłem od 1953 roku. Na początku było to ściganie na festynach wiejskich i zawodach szkolnych. Później, już jako zawodnik LZS-u Czernica, bo w 1958 roku wstąpiłem do klubu, zacząłem startować w zawodach i w 1959 roku zostałem wicemistrzem Polski juniorów. Całe sportowe życie, oprócz pobytu w Legii Warszawa, której barw broniłem podczas służby wojskowej, jeździłem dla klubu z Czernicy. Jako kolarz z licencją karierę zakończyłem w 1973 roku, ale poprosiłem Okręgowy Związek Kolarski o licencję tymczasową i w kolejnym roku jeździłem dla „roztrenowania”. Później byłem instruktorem kolarstwa i z tego mam emeryturkę, bo 30-letniej pracy mechanika w warsztacie samochodowym do emerytury się nie wlicza, ale nie narzekam tylko cieszę się życiem i z największą radością spotykam się z ludźmi, którzy tak jak ja kochają sport, a kolarstwo w szczególności.
Zwycięstwo z mistrzem olimpijskim
- Na kolarskiej wigilii, choć w większości uczestniczyła w niej młodsza generacja, którą pamiętam już jako instruktor, a później kibic, czułem się jak ryba w wodzie. Znam tych ludzi, kojarzę twarze, wiem w jakich zawodach wygrywali. Niestety, pokolenie Zygmunta Hanusika czy Stasia Gazdy, z którymi się ścigałem, powoli się wykrusza. Miło było się jednak spotkać z tymi, których pamiętam jeszcze z trasy, jak Stasiu Labocha, który jest młodszy ode mnie o 7 lat i wskoczył na podium mistrzostw Polski w wyścigu górskim, gdy już z niego zszedłem. Ścigaliśmy się jednak niejeden raz, a nawet razem jechaliśmy w Wyścigu Dookoła Jugosławii. Spotkałem też Henia Krawczyka, który 4 razy wygrał Kryterium Asów i wspominał jak zaczynał u mnie kolarską przygodę, bo po odejściu z LZS-u Czernica zostałem trenerem Zagłębiaka Będzin, a on pojawił się w nim jako adept. Takie spotkania zawsze są bardzo miłe i choć widzę, że czas biegnie nieubłaganie, bo moi wychowankowie są już „dziadkami”, to mam nadzieję, że spotkamy się jeszcze wielokrotnie. Humor mi dopisuje i nadal żyję kolarstwem, bo to moja pasja. Mam też nadzieję, że w nadchodzącym roku olimpijskim będziemy mieli powody do takiej radości, jaką przeżywałem na przykład w Wyścigu Pokoju, wygrywając rywalizację na pierwszej premii górskiej z mistrzem olimpijskim z 1960 roku, Wiktorem Kapitonowem. On był faworytem i miał ogromną chętkę, żeby zdobyć punkty, ale musiał przełknąć gorycz porażki ze mną, a kibice i dziennikarze skakali z radości widząc, że wyjechałem pierwszy. Może więc polski kolarz w Paryżu sięgnie po mistrzostwo olimpijskie, choć nikt się tego nie spodziewa, ale takie zwycięstwa są zawsze najmilsze i długo się je pamięta - zakończył Józef Gawliczek.
Jerzy Dusik
