Przesyt, który nie cieszy
Z DRUGIEJ STRONY - Mariusz Rajek
Kurt Cobain opowiadał kiedyś, że gdy za małolata wypatrzył w sklepie jakąś fajną promocyjkę, to strasznie był tym podjarany. Po latach, gdy stać go już było na to, aby kupić cały sklep – doszedł do smutnego wniosku, że już niczego z niego nie potrzebuje…
Refleksja z życia zmarłego 32 lata temu wokalisty Nirvany dopadła mnie w minioną niedzielę – prawdopodobnie ostatnią w tym roku, gdy oglądanie meczów sprowadziło się u mnie do perspektywy kanapowej z pilotem w ręku. Po pierwsze w weekend wraca już ekstraklasa, po drugie chęć jakiejkolwiek eksploracji stadionowej zastopowała choroba. Nie napiszę, że w całości, ale w znacznych fragmentach łyknąłem Schalke z Kaiserslautern, Barcelonę z Oviedo, Arsenal z Manchesterem United, multiligę Premier League, Juventus z Napoli i Romę z Milanem. Sporo tego, a przecież w zasięgu pilota tych meczów jest tydzień w tydzień, a czasem nawet dzień w dzień znacznie więcej. Dziś będziemy mogli rozkoszować się na przykład oglądaniem naraz 18 (!) meczów ostatniej kolejki Ligi Mistrzów.
Dziwię się, że przy takiej dawce spotkań, do tego praktycznie nieistotnych z naszej, czyli polskiej perspektywy, w głowie zostały jeszcze wyniki, ale za tydzień ich już tam nie będzie. Wyprą je nowe, na chwilę, a potem znów kolejne i kolejne… Praktycznie każdego dnia, mając akurat takie hobby, brak rodziny, innych zainteresowań i do tego będąc piłkarskim ortodoksem (niepotrzebne ewentualnie skreślić), można obejrzeć nawet nie jeden, a kilka spotkań, z czego większość będzie się toczyć o stawkę. Za dużo. Zdecydowanie za dużo…
Serwowana obecnie dawka futbolu sprawia, że przestał on cieszyć tak jak kiedyś. Przestał być świętem, wyczekiwaną niedzielą, a stał sięcałkowicie chlebem powszednim, zwykłym tygodniem – dostępnym praktycznie dla każdego, wszędzie i o każdej porze. Tęskno mi za czasami, gdy mecz w telewizji, środowy hit w Lidze Mistrzów, był wyczekiwanym momentem – czymś, o czym się rozmawiało długo jeszcze przed pierwszym gwizdkiem. Wybór dla przeciętnie zamożnego kibica nie był zbyt duży, ale dawał poczucie rangi wydarzenia. Canal+ 25 lat temu był dla wybranych ze względu na cenę w zestawieniu ze średnią zarobków w Polsce. Dziś nie jest wielkim obciążeniem dla rodzinnego budżetu – z tego możemy się oczywiście cieszyć, bo jako społeczeństwo jesteśmy bogatsi. Łatwość dostępu zabija jednak poczucie produktu premium, nawet hitowe mecze w absolutnie topowych ligach zwyczajnie nam spowszedniały. Sportowo również żyjemy w czasach dobrobytu, które być może za jakiś czas będziemy wspominać z wielkim rozrzewnieniem. Robert Lewandowski strzelający niemalże co tydzień dla jednego z najpopularniejszych klubów świata. Dziś normalne, ale dla pokolenia, które z zapartym tchem przeżywało transfer Andrzeja Niedzielana do NEC Nijmegen, było tak samo wtedy łatwe do wyobrażenia, jak mundial dla 48 krajów rozgrywany na całym kontynencie.
Świat się zmienia, ten piłki szczególnie szybko, a jeszcze szybszy przypływ pieniędzy sprawia, że ma być jej jeszcze więcej, częściej i dla każdego. Tylko w tym pędzie zapomnieliśmy o jednym… Kiedy możemy kupić wszystko, żadna promocyjka już nas nie cieszy. W ogóle nie chce nam się iść do sklepu.
