Przedryblować czas
WYMIANA KOSZULEK, cotygodniowy felieton Wojciecha Kuczoka
Kto powiedział „Czasu nie oszukasz”? Bzdura - nie tylko możesz go oszukać, ale i okiwać, przedryblować, ośmieszyć, a potem ukłonić się przed rozentuzjazmowanym tłumem i zejść niespiesznie z boiska przy standing ovation. To się nie śniło, choć się zdarzyło w środku europejskiej nocy: Messi-Messi-Messi, po trzykroć, a mogło być po czterokroć, tylko odrobinkę spalił na dzień dobry. Świat od razu staje się lepszy, bezpieczniejszy, przyjaźniejszy, bo Mieciu Fogg wciąż śpiewa, przepraszam: Leo wciąż tańczy, wciąż pląsa, wciąż wygrywa mecze w pojedynkę, choć przecież lideruje pace z półki najwyższej – obrońcom tytułu mistrzowskiego.
Malkontenci szukają szpilek, które mogliby teraz powbijać fanom Albicelestes, pomrukują coś kąśliwie, że to miłe złego początki, że przecież Argentyna ostatnio wygrała mundial, kiedy przegrała pierwszy mecz… Ale tego święta popsuć się nie da, bo to nie tylko celebra zwycięstwa mistrzów świata nad przeciętną Algierią, to fiesta triumfu człowieka w starciu z przemijaniem.
Lionel Messi w jednym meczu pobił wszelkie rekordy – jako pierwszy w historii zagrał na szóstym mundialu i już dogonił Miroslava Klosego na szczycie rankingu mundialowych snajperów wszech czasów. Hat trick na mundialu tydzień przed 39. urodzinami – i to nie po wejściu z ławki, dostawieniu nogi, karnym, czy jakimś farfoclu wpuszczonym przez nieudacznego bramkarza - tylko piękny, soczysty, tłuściutki hattriczek po kropnięciach z dystansu i błyskawicznym starcie do dobitki.
Messi w tym meczu szalał jak nastolatek, bawił się grą, z uśmiechem rozdawał piłki albo strzelał bezczelnie często. Na dziesięć minut przed końcem, kiedy trener go zdjął - żeby uhonorować geniusza owacją na stojąco - przez chwilę wydawał się nawet być zdziwiony, przecież jeszcze by sobie pokopał, czemu ta mama tak wcześnie woła na obiad…
Podobną euforię czułem przed 32 laty, kiedy El Diego wrócił na mistrzostwa świata nieomal z niebytu, gdy już wszyscy myśleli, że on swoją reprezentacyjną karierę zakończy – wrócił i już na starcie władował cudnego gola Grekom, a potem podbiegł do kamery z dzikim wrzaskiem człowieka, który pokonał czas. A tydzień później okazało się, że to kokainowe złudzenie, organizatorzy byli bezlitośni, uznali, że nawet bóg przed wejściem na boisko nie może pudrować nosa i wszystko się skończyło.
Nie bardzo sobie potrafię wyobrazić Lego Messiego wciągającego w szatni koks – on po prostu wciągnął nosem całą kadrę Algierii i, owszem, to go może zdopingować do dalszej zabawy, zwłaszcza, że Jordania żadną miarą od Lisów Pustyni silniejsza nie jest. Choć i tak Austriacy ograli ją nie bez trudu dopiero po wejściu na boisko kolejnego weterana, Marko Arnautovicia. Zabawa dopiero się zaczyna – na tym mundialu nie ma już słabych drużyn (bo Polska nie awansowała), i nie ma już starych piłkarzy, są tylko mniej kub bardziej dojrzali.
Piszę ten tekst w ryzykownym momencie, bo państwo go przeczytacie po meczu Portugalii, w którym Cristiano Ronaldo równie dobrze może potwierdzić ten festiwal niespokojnej starości, trafiając do bramki kongijskiej, albo nie unieść presji, że ten konus z Rosario, jego odwieczny rywal, znowu go uprzedził, znowu zaszalał, odskoczył, ustawił poprzeczkę na niebotycznej wysokości.
O ile Messi gra na luzie faceta, który w piłce osiągnął już wszystko i każdy kolejny mecz traktuje jak dodatkową premię od losu, z uśmiechem pobijając kolejne rekordy, CR7 zdaje się toczyć z czasem walkę zajadlejszą, na jego twarzy nie ma tego beztroskiego uśmieszku bez mała czterdziestoletniego chłopca, który dziwi się, że jeszcze może tak chyżo pomykać, Cristiano ma w oczach strach faceta, który wie, że to koniec jest blisko, że to już czas ostatnich szarż, ale też czuje determinację, by na koniec kariery wznieść najcenniejszy puchar.
Zdawało mi się przed turniejem, że to będzie turniej kiepskich meczy o nieludzkich porach i gra na całego zacznie się dopiero w lipcu, tymczasem znowu dałem się wciągnąć od pierwszej, no może od drugiej „strony”, bo inauguracyjny paździerz Meksyku z RPA nie zwiastował takich emocji. Nie było mundialu, w którym gonitwa w tabelach wszech czasów była tak dynamiczna od samego początku – Kylian Mbappe też ustrzelił dublecik w kapitalnym meczu z Senegalem i ma szczyt snajperskiej listy na wyciągnięcie nogi. Wydawało się, że tych drużyn jest zbyt wiele, tymczasem po tygodniu dziwię się, że już wszystkie zdołały się zaprezentować. Ewidentnie kiepskich, trudnych do zniesienia spotkań nie było znów tak wiele, oprócz zaKatarzonej Szwajcarii żenująco zagrali bodaj tylko Haitańczycy ze Szkotami.
Osobną kwestią jest zdumiewająco słaby start zupełnie bezzębnych Hiszpanów. Ich wysunięty napastnik Oyarzabal przez pół godziny nie dotknął futbolówki w meczu, w którym jego drużyna miała 75-procentowe posiadanie piłki – to jest zaiste kuriozum, a jeszcze większym szprynglem jest fakt, że drużyna Cabo Verde w tym meczu sfaulowała tylko… raz. Czterdziestoletni bramkarz, który już trzy lata temu był za stary, żeby nadal bronić w lidze słowackiej, także zadrwił sobie z czasu i z napastników hiszpańskich, ale prawdziwymi bohaterami byli dla mnie obrońcy reprezentacji wysp Zielonego Przylądka, którzy blokowali strzały, wybijali piłki i zaliczali czyste odbiory w sposób perfekcyjny – to był najpiękniejszy autobus, jaki kiedykolwiek zaparkowano w polu karnym. Ja w tej drużynie widzę potencjał na największą turniejową sensację, zwłaszcza, że możliwości ofensywne dopiero pokażą w grach z łatwiejszymi rywalami.
Leo wciąż tańczy, wciąż pląsa, wciąż wygrywa mecze w pojedynkę, choć przecież lideruje pace z półki najwyższej – obrońcom tytułu mistrzowskiego. Fot. PAP/EPA
