Promujemy Polskę za granicą

Rozmowa ze Sławomirem Szmalem, prezesem Związku Piłki Ręcznej w Polsce, medalistą mistrzostw świata

Ubiegłoroczne mistrzostwa świata nie wyszły Biało-czerwonym (z lewej Arkadiusz Moryto). Może na Euro będzie lepiej... Fot. Norbert Barczyk / Press Focus

W jakim nastroju prezes federacji zakończył stary rok i z jakimi oczekiwaniami wszedł w nowy?

- To był dobry rok, więc nie narzekam, choć wymagał ode mnie mega wzmożonej pracy. Przed świętami już czułem, że jest tego za dużo; ponad pół roku nie byłem na urlopie. Praktycznie nie miałem dnia wolnego, a to jest podstawa, by dobrze funkcjonować. Dlatego pod koniec roku musiałem odpocząć. W święta świetnie się zresetowałem u boku rodziny, więc teraz z nowymi siłami i świeżym spojrzeniem mogę działać dla rozwoju piłki ręcznej.

12 miesięcy szybko zleciało...

- Idąc do wyborów („Kasa” został wybrany 26 października 2024 - przyp. red.) jasno mówiłem, że Szmal w ciągu 2-3 lat nie uzdrowi piłki ręcznej. To byłaby fikcja. Ale przyznam, że nie spodziewałem się, że pierwsze miesiące mojej kadencji będą aż tak niezwykle intensywne i pełne wyzwań. Czasami rzeczy, które wydawały mi się bardzo proste, wręcz błahe, które można załatwić na jednym spotkaniu, zajmowały dużo więcej czasu. To bywało deprymujące, że potrzeba tyle czasu, by pewne rzeczy zaczęły funkcjonować.

No to pochwalmy się, co już udało się zrobić...

- Nie chodzi o chwalenie się... Obecnie polska piłka ręczna znajduje się w fazie przebudowy, jednak widzimy już pierwsze pozytywne efekty wprowadzanych zmian. Systematyczne i konsekwentne działanie powoli przynosi efekty. Krok po kroku startują nowe inicjatywy, staramy się także o rozszerzenie dotychczas funkcjonujących projektów. Jestem szczególnie zadowolony z rozpoczęcia szeroko zakrojonej reformy systemu szkolenia, której celem jest stworzenie kompleksowego i spójnego modelu rozwoju młodych talentów. Od najmłodszych roczników, aż do wieku seniorskiego. Do tego mają służyć programy „Gramy w ręczną”, które promują aktywność fizyczną i zdrowy styl życia wśród dzieci i młodzieży. Wprowadzamy zmiany w nauczaniu Ośrodków Szkolenia Piłki Ręcznej, ten program finansowany jest głównie przez Ministerstwo Sportu i Turystyki. Zakłada powstanie akademii przy klubach sportowych, które w dużej mierze mają zastąpić Szkoły Mistrzostwa Sportowego, których działalność - oprócz dwóch placówek, chłopców w Kielcach i dziewcząt w Płocku - zostanie wygaszona. Do tej pory utworzono około 200 akademii. Najlepsze kluby w skali roku mogą liczyć na dotację rzędu 17-18 tysięcy złotych.

W perspektywie ilu lat te zmiany przyniosą pozytywne efekty?

- Liczę, że w ciągu trzech lat, mimo niżu demograficznego będzie więcej zespołów piłki ręcznej w kategoriach juniorskich. To powinno przekładać się na poziom rywalizacji i w efekcie na większą liczbę wartościowych juniorów trafiających do rozgrywek seniorskich. Priorytetem jest, by „łapać się” na najważniejsze, mistrzowskie imprezy. Mam na myśli reprezentacje we wszystkich kategoriach wiekowych, by nie stracić kontaktu z Europą i światem, a później z roku na rok robić wynikowy progres. Rozmawiałem z Norwegami, ogólnie ze Skandynawami, i oni nie mają celu zdobywania medali w kategoriach młodzieżowych. Oni po prostu chcą, by ich drużyny w nich uczestniczyły, doskonaliły się w gronie najlepszych. My zamierzamy iść tą drogą.

Kołem zamachowym są seniorskie reprezentacje. Pierwsi w 2026 roku do egzaminu staną panowie. Nie obawia się pan o ich start w rozpoczynających się 15 stycznia w Danii, Norwegii i Szwecji mistrzostwach Europy, mając w pamięci ubiegłoroczne 25. miejsce, najgorsze w historii, w mistrzostwach świata?

- Tu trzeba realnie patrzeć. Na dziś nasi grupowi rywale, czyli Węgrzy i Islandczycy są na wyższym poziomie. Chciałbym jednak, żebyśmy wygrali z Włochami, co też nie będzie łatwe. Podczas grudniowego Kongresu IHF w Egipcie rozmawiałem z trenerem Bobem Hannigiem, selekcjonerem włoskiej reprezentacji i menedżerem mistrzów Niemiec, Fuechse Berlin, który stwierdził podobnie - celem Włochów jest wygranie z Polską, ponieważ z Węgrami i Islandią będą mieli ciężko. Już teraz więc wiemy, do czego się ta polsko-włoska rywalizacja sprowadza, przynajmniej na papierze. Podkreślę jeszcze, że w ostatnich latach Włosi zainwestowali w piłkę ręczną duże pieniądze, co już przynosi widoczne efekty. To nie są chłopcy do bicia.

Panie w grudniu zajęły 11. miejsce na mundialu i stwierdził pan, że był to występ na miarę możliwości. Na co pan liczy w przypadku męskiej reprezentacji?

- Pytanie, jakim składem pojedziemy na Euro? Jeżeli wszyscy będą zdrowi, a już wiemy, że nie są, jeżeli na turniej pojadą aktualnie najlepsi zawodnicy, to będziemy inaczej zawieszali poprzeczkę, niż gdy trener Jota Gonzalez zdecyduje, że będzie chciał mocniej ogrywać młodzież. Powtórzę więc - grupę mamy dość ciężką i trzeba z tego zdać sobie sprawę. Uważam jednak, że od Włochów jesteśmy lepsi, więc z nimi trzeba powalczyć i udowodnić to na boisku. Z Węgrami i Islandczykami oczywiście również powinniśmy powalczyć.

Zapytam o atmosferę w drużynie, która jest podstawą sukcesów. Pytam w kontekście casusu Kamila Syprzaka. Nasz najlepszy obrotowy pod koniec ubiegłorocznych mistrzostw świata samowolnie opuścił kadrę, co nie spotkało z aprobatą kolegów i sztabu szkoleniowego. Został potem zawieszony przez związek.

- Od tego mamy selekcjonera. On buduje skład, tworzy atmosferę, pokazuje kierunek, w jakim chce iść. Podczas pierwszej rozmowy z trenerem Gonzalezem przekazałem informację, że może korzystać z każdego zawodnika, w tym Kamila („Sypa” na Euro nie zagra z powodu kontuzji - przyp. red.). Nie śmiałbym sugerować Hiszpanowi, kogo ma powołać, a kogo nie. To jego autonomiczna decyzja, on bierze odpowiedzialność. Drużyna awansowała na turniej, więc dajmy trenerowi szansę spokojnie popracować. Nie uszczęśliwiajmy wszystkich na siłę. Rolą związku jest stworzenie reprezentacji optymalnych warunków do przygotowań i gry. Tak to widzę.

Czyli klimat w reprezentacji został oczyszczony? Fajnie jest być znowu „na kadrze”!?

- Zapewniam, że nie było nikogo, kto by powiedział, że rezygnuje z reprezentacji, bo jest w niej zła atmosfera, więc nie doszukujmy się drugiego dna. Zawodnicy nie muszą się kochać, ale szanować jak najbardziej. Uważam, że to, co się dzieje w szatni, zostaje w szatni. Niczego na zewnątrz się nie wynosi. Tego mnie nauczyło życie, więc zostawmy już ten temat.

Inne dyscypliny z korzyścią dla siebie wzmacniają się zagranicznymi zawodnikami z polskim obywatelstwem. Siatkówka ma Wilfredo Leona, koszykówka Jeremy'ego Sochana z NBA, piłka nożna Matty Casha. O handballowych reprezentacjach Niemiec, Francji, Holandii już nie wspomnimy. Co na to piłka ręczna?

- Zapoczątkowaliśmy zbieranie informacji o Polakach, którzy są za granicą, a mają polskie korzenie. Dostajemy sygnały z zagranicy, diagnozujemy sytuację, czy on lub ona mają odpowiednią jakość, czy nie mamy lepszych na tej pozycji w kraju. Na tej zasadzie w młodzieżówce rocznika 2006 pojawił się Oskar Czertowicz, którego z Flensburga ściągnęło Wybrzeże Gdańsk. Mamy kolejne nazwiska z Niemiec oraz z Francji. Chciała u nas grać ciemnoskóra dziewczyna z Francji, mająca polskie korzenie, ale się nie zdecydowała. Szkoda, żałuję, ale nie można powiedzieć, że niczego w tym kierunku nie robimy.

Jak ocenia pan nowy format Ligi Mistrzów i Ligi Europejskiej?

- To trochę powrót do tego, co było kilkanaście lat temu. Powrót do grup 4-drużynowych, a jedyna zmiana jest taka, że dwa zespoły, które nie awansują wyżej w Lidze Mistrzów, grać będą w Lidze Europejskiej. Poprzednio grała jedna, a jedna definitywnie odpadała. Podobny system będzie miała Liga Europejska. Dlatego moim zdaniem to dobra zwiększająca rywalizację zmiana, podnosząca poziom, a jedynym problemem może być oczywiście aspekt finansowy.

Grając w piłkarskiej Lidze Mistrzów, zarabia się ogromne pieniądze...

- Piłka ręczna jest finansowo o lata świetlne, nawet w porównaniu do Ligi Konferencji stworzonej przez UEFA dla maluczkich, za piłką nożną. U nas środki z udziału w Lidze Mistrzów rekompensują jedynie udział i logistykę, a dopiero gra w Final Four pozwala coś zarobić, choć nie są to duże pieniądze.

Czy w tej sytuacji polskie kluby będzie stać na grę w europejskich pucharach? Gdzie szukać źródeł finansowania? Ostrovia, dopiero jak dostała wsparcie z miasta i znalazła sponsorów, zagrała w Lidze Europejskiej...

- Gdy rozmawiałem „na polskim podwórku” z innymi dyscyplinami, to wszyscy podkreślali wartość ministerialnego programu promocji Polski za granicą, którego drużyny biorące udział w europejskich pucharach były ambasadorami. Musiały spełnić kilka promocyjnych warunków, by to zadanie wypełnić. Miały reklamy Polski na koszulkach czy banerach. I wszyscy zainteresowani wypełnili to zadanie. To był całkiem dobry program przy Ministerstwie Sportu i Turystyki, więc warto do niego wrócić. W końcu przez grę w Europie promujemy Polskę za granicą. Kolejnym aspektem jest nabieranie doświadczania w konfrontacji z najlepszymi siódemkami na Starym Kontynencie, a przez to rozwój dyscypliny, jak również jej promocja  wśród kibiców. Dlatego uważam, że dalsza współpraca z MSiT byłaby bardzo cenna dla piłki ręcznej.

Rozmawiał Zbigniew Cieńciała

Sławomir Szmal ma jeszcze wiele do zrobienia... Fot. Marta Badowska/PressFocus

Materiał premium

Dalsza część jest dostępna dla subskrybentów

Odblokuj pełne wydanie i korzystaj bez ograniczeń. Czytaj ekskluzywne wywiady, analizy i felietony sportowe. Słuchaj podcastów oraz oglądaj materiały wideo.

Zobacz pakiety i odblokuj wydanie

Dostęp od 12,50 zł • BLIK / karta • Anulujesz online, kiedy chcesz

Masz już dostęp? Zaloguj się