Problemy bez rozwiązania
Jeżeli wybieramy się w podróż za polskimi drużynami, które są na obozie zimowym w Turcji, trzeba uzbroić się w cierpliwość...
Zanim zostałem świadkiem treningu Motoru Lublin, musiałem swoje wycierpieć. Fot. Kacper Janoszka
Kiedy tydzień temu wybierałem się na Riwierę Turecką, sądziłem, że wszystko mam przygotowane i nic mnie podczas eskapady nad Morze Śródziemne nie zaskoczy. Zarezerwowany miałem hotel, samochód na wynajem już na mnie czekał i umówiony byłem z kilkoma piłkarzami na rozmowy. Okazało się, że nawet najlepsze przygotowanie do podróży do Turcji może być niewystarczające.
Handel internetem
Na „dzień dobry” po wylądowaniu trzeba podjąć bardzo ważną decyzję. Jeżeli chce się mieć stały dostęp do internetu, najrozsądniejszym wyjściem będzie zakup tureckiej karty SIM do telefonu, która pozwoliłaby na korzystanie z dóbr XXI wieku bez większych przeszkód. Używanie danych komórkowych w ramach roamingu wiąże się z niewiarygodnie wysokimi kosztami. Sądziłem, że lokalną kartę będę mógł kupić w pobliżu lotniska. Nie myliłem się, choć nie mogłem przewidzieć ceny, jaką trzeba za nią zapłacić. Na lotnisku w Antalyi funkcjonuje kilka sklepów oznaczonych logiem znanej międzynarodowej firmy telekomunikacyjnej. Proszę się nie łudzić. To nie są oficjalne sklepy. To budki, które sprzedają karty SIM poza oficjalnym obiegiem. Najtańsza opcja internetowa dla turystów, nawet tych, którzy w Turcji spędzą kilka dni, kosztuje... 75 euro! Nie jest to cena, która szczególnie zachęca przybyszów z Europy, doskonale zdających sobie sprawę z tego, ile karta SIM z podstawowym pakietem internetowym kosztuje na Starym Kontynencie. Przykładowo, mieszkając w 2022 roku przez pół roku na Litwie, kupowałem co miesiąc karty SIM w kwocie trzech euro i nigdy internetu mi nie zabrakło. Stąd nie mogłem pogodzić się z turecką ceną i kartę SIM kupiłem później, w centrum handlowym w Antalyi, w oficjalnym salonie operatora sieci komórkowej. Nadal tanio nie było, ale kilkadziesiąt złotych można w ten sposób zaoszczędzić.
Pieniędzy nie zwrócimy!
Kolejne problemy spotkały mnie w wypożyczalni samochodów. Będąc w Polsce, zarezerwowałem dla siebie auto na kilka dni, zapłaciłem część kwoty za wynajem przelewem, a po przylocie do Turcji miałem dopłacić resztę i zostawić kaucję. Całość operacji wydawała się banalna, tymczasem na miejscu okazało się, że kaucję można opłacić tylko kartą kredytową (nie przyjmują kart debetowych oraz gotówki). Takowej przy sobie nie miałem, więc zamiast zwrotnej kaucji, zapłaciłem bezzwrotną karę. Takie najwidoczniej są uroki Turcji. Dlatego po pierwszych kilkudziesięciu minutach spędzonych w tym kraju miałem wrażenie, że na każdym kroku ktoś chce mnie oszukać i pozbawić pieniędzy. Zgaduję, że nawet gdybym miał przy sobie kartę kredytową i tak znalazłby się sposób na to, żeby wyłudzić ode mnie dodatkowe fundusze. Zaznaczę przy okazji, że wybrałem wypożyczalnię z niemal nienagannymi opiniami użytkowników…
Drogowe piractwo
W tym momencie wydawało mi się, że już nic na Riwierze Tureckiej mnie nie zaskoczy… I wtedy wsiadłem za kierownicę samochodu. Po minucie spędzonej na drogach Antalyi zrozumiałem, jak bardzo się myliłem. Jeżdżąc autem po Turcji, trzeba całkowicie zmienić swoje myślenie o przepisach ruchu drogowego. Przede wszystkim trzeba… przestać zwracać na nie uwagę. Najważniejsza jest obserwacja zachowań innych uczestników ruchu drogowego i dostosowanie się do panujących zasad. Jeżeli jedzie się po drodze, która oznaczona jest ograniczeniem prędkości do 50 km/h, z całą pewnością nie można jechać 50 km/h, bo jedzie się wtedy za wolno dla lokalnych kierowców. Naraża się wtedy na wysłuchiwanie dźwięku klaksonu samochodów nadjeżdżających z tyłu bądź na szaleńcze, niezwykle niebezpieczne manewry wyprzedzania miejscowych użytkowników dróg. Dlatego ograniczenie (prędkości) jest tylko w głowie kierującego. Tak naprawdę może on jechać nawet i 80 km/h, a z pewnością znajdzie się inny uczestnik ruchu, który będzie szybszy. Co więcej, czerwone światło nie zawsze oznacza, że trzeba czekać na zielone. Jeżeli zbyt długo stałem na czerwonym, kierowcy za mną błyskawicznie tracili cierpliwość i zaczynali trąbić, wykonując groźne gesty rękami. Dlatego przez kilka dni – przyznaję to ze smutkiem i żalem – byłem piratem drogowym. Jeździłem na czerwonym świetle, nie zatrzymywałem się na „stopie”, a co gorsza, znacząco przekraczałem prędkość. Najtragiczniejszym wnioskiem jest to, że gdybym postępował inaczej, stanowiłbym realne zagrożenie w ruchu lądowym.
Jestem tylko gościem!
Męczące psychicznie były też odwiedziny w hotelach, w których stacjonowały polskie kluby. Z uwagi na rangę resortów są one szczególnie chronione przed wizytami niechcianych gości. Zrozumiałem to w pierwszym dniu pobytu w Turcji, gdy byłem umówiony na rozmowę z Arkadiuszem Jędrychem z GKS-u Katowice. Utknąłem przed hotelowym szlabanem, próbując zdalnie porozumieć się z kapitanem GieKSy, panią z recepcji oraz z panią pilnującą przy szlabanie. Ostatecznie, dzięki uprzejmości i cierpliwości piłkarza oraz kierownika zespołu Jakuba Kobyłki, dostałem się na teren hotelu po kilkudziesięciu minutach starań. Szybko wyciągnąłem wnioski i zawczasu skontaktowałem się z rzecznikami Górnika Zabrze i Motoru Lublin, do których także miałem zawitać w kolejnych dniach, informując ich o potencjalnych problemach z wejściem na teren hoteli, w których przebywali. Obaj rzecznicy wpisali mnie na listę gości. Podali ochronie moje imię i nazwisko, numer rejestracyjny auta i wszystkie inne dane potrzebne do tego, żebym został wpuszczony na teren hotelu. To i tak było za mało. I tak musiałem stać przed szlabanami i próbować kontaktować się z klubami oraz recepcją hotelową, prosząc o możliwość wejścia do hotelu. Kilkanaście minut negocjacji przynosiło zamierzony przeze mnie efekt, ale stres mimo tego nie mijał, bo za każdym razem zostawiałem swój paszport w rękach zupełnie nieznanej mi osoby z ochrony, pilnującej szlabanu. Nie zdziwiłbym się – byłem wręcz z tym pogodzony – gdyby po wyjściu z hotelu okazało się, że mój paszport niefortunnie zaginął. Szczęśliwie, za każdym razem był w tym samym miejscu, w którym go zostawiłem.
Na Riwierze Tureckiej, choć na zdjęciach wygląda ona pięknie, nie ma więc łatwo. Trzeba być gotowym na wszystko, a i tak zapewne coś nas zaskoczy. Najsmutniejsze jest to, że na niektóre problemy nawet nie da się znaleźć racjonalnego rozwiązania. Ot, taki urok tego miejsca.
